fot. Mariusz Forecki

Algiers – jak kamyk w bucie

Od: 25/07/2018

Początek: 19.00

Koncert zespołu Algiers był niewątpliwie jednym z najważniejszych wydarzeń w lipcowym kalendarium kulturalnym naszego regionu. Występ grupy w poznańskim klubie Meskalina okazał się pożywką zarówno dla wszelkiej maści eklektyków, jak i idealistów, którzy wciąż wierzą, że muzyką można zmieniać świat. Choćby na małą skalę.

Przyznam szczerze, że kiedy słyszę, że jakiś muzyk jest „zaangażowany”, w głowie mimowolnie zapala mi się czerwona lampka. Trudno nie podchodzić z dystansem do przelotnych flirtów (a czasem i gorących romansów) wykonawców i zespołów z polityką, pamiętając, jak wiele z nich kończyło się przyłapaniem przez słuchaczy na bezceremonialnej zdradzie. I bynajmniej nie chodzi tu wcale o sprzeniewierzenie się jakimś ideałom, ale o odstępstwo od muzyki jako takiej.

Odczuwam dyskomfort, kiedy słyszę, jak ceniony przeze mnie artysta z każdą kolejną płytą coraz mocniej skupia się na swoim „zaangażowaniu w sprawę”, brzmienie, melodię, rytm zaczynając traktować po macoszemu niczym weselny podkład muzyczny, na który nikt – między jednym kieliszkiem a drugim – i tak nie zwróci uwagi. To może być szczerze irytujące – i to bez względu na to, czy mamy do czynienia z muzykiem biegającym na polityczne wiece konkretnej partii, czy też z zawziętym anarchistą, zakrzykującym wszystkich, byle tylko przekonać do swoich racji.

ZAANGAŻOWANY EKSPERYMENT

Sprawa ma się zupełnie inaczej, jeśli obie rzeczy idą ze sobą w parze – jeśli protest song (bądź utwór do niego aspirujący) nie tylko nam „o czymś” mówi, ale również „jakoś” brzmi. Dzieje się jeszcze lepiej, kiedy jego autor mówi nam coś prosto w twarz, jednocześnie dokładając wszelkich starań, by z całej siły uderzyć w nas muzyką.

Członkowie amerykańskiego zespołu Algiers mają w tym dużą wprawę, choć tak naprawdę dopiero debiutują. Kiedy w 2015 roku ukazał się ich pierwszy, tytułowy album, krytycy i dziennikarze muzyczni (w tym żurnaliści z „The New York Times”) zaczęli drapać się po głowach, ale i szelmowsko uśmiechać pod nosem. Kiedy dwa lata później na półkach sklepów muzycznych pojawił się „The Underside Of Power”, wielu wpadło w szał. Trudno im się dziwić, ponieważ twórczość załogi Franklina Jamesa Fishera to „zaangażowany eksperyment”, przemyślany od początku do końca, co więcej, naprawdę trudno go zaszufladkować. Choćby dlatego, że artystyczny, w pełni awangardowy rock stanowi dla Algiers zaledwie punkt wyjścia. Co mamy dalej? Na usta ciśnie się długa i rozbudowana lista, z której największymi literami wypisany jest postpunk, industrial, noise, wreszcie „nowy” blues, gospel i soul. To słowa klucze, jakby niedbale namalowane na murze tłustymi, rzucającymi się w oczy literami.

Koncert zespołu Algiers, Klub Meskalina (Poznań, Stary Rynek 6)

GŁOŚNIEJSI OD BOMB

 

Mięsiste, frenetyczne brzmienie utworów Algiers wywołuje konsternację, zwłaszcza że kompozycje wwiercają się w głowę również wszechobecnym, bardzo jasno wyrażonym słowem – o polityce, religii, ekonomii, etyce, rasizmie i wszystkich tych rzeczach, przez które tak często mamy ochotę pogardliwie splunąć.

W OPOZYCJI, W EKSTAZIE

Perkusista Algiers: MATT TONG

 

Studyjne wersje utworów Algiers oddziałują na słuchacza z całą możliwą mocą – z każdą minutą wzbierają coraz mocniej, zarówno od strony muzycznej, jak i tekstowej – jednak ich prawdziwe oblicze ujawnia się dopiero podczas występów na żywo. Panowie udowodnili to w klubie Meskalina, który dla zespołu „głośniejszego od bomb” może i był nieco przyciasny (i na pewno zbyt duszny), jednak nawet w jego kameralnych wnętrzach chlastał po bębenkach jak najgorszy sadysta.

Niewątpliwie o wiele zasadniej jest opisywać koncerty Algiers w sposób całościowy niż wyrywkowy. Prezentowane utwory wiązały się ze sobą nie tylko na poziomie ideowym, ale również emocjonalnym. Gdyby jednak chcieć wskazać te kluczowe, z pewnością należałoby wspomnieć o otwierającym numerze „Cry Of The Martyrs”, który wprowadził momentalnie zlaną potem publiczność w kompulsywne drżenie. Hałaśliwymi, postpunkowymi riffami, ale również fenomenalnym refrenem, w którym ze ściany gitarowego hałasu wyłania się majestatyczny, czarny jak smoła wokal Fishera – sam artysta wyglądem, ale i charyzmą przypomina Jimiego Hendrixa.

Jak na dobre widowisko przystało, podczas występu Algiers liczyły się nie tylko piosenki, ale również ich efektowne wykonania. Za przykład weźmy „Black Eunuch” – utwór prowokujący tytułem, z chwytliwym, klaskanym motywem, jednak najbardziej przyciągający sceniczną ekspresją jego autorów. Widokiem odlatującego gdzieś daleko perkusisty Matta Tonga o aparycji klasowego nerda, bębniącego tuż nieopodal, wspierającego wokalnie basistę Ryana Mahana. Wijącego się w narkotycznej ekstazie, w gangsterskiej bandanie na twarzy, wyglądającego trochę jak inkarnacja Toma Morello z czasów Rage Against the Machine. Warto wspomnieć też o pięciu wymownych minutach z piosenką „Blood”, w której gospelowy, nucony sampel stanowi niepokojące tło pod depresyjnego, wytrawnego alt-rocka à la Nick Cave. Muzykę odwołującą się do tradycji wciąż nie do końca wyemancypowanych Afroamerykanów, a jednocześnie wyraźnie zdystansowaną do muzaku „białych” mass mediów. Oczywiście w zestawie nie mogło również zabraknąć „The Underside of Power”, który pozwolił zdać sobie sprawę, że twórczość tych muzycznych rebeliantów może w równym stopniu zainteresować fanów klasycznego punk rocka z płyt The Clash, jak i swawolnych, gitarowych wybryków Steve’a Reicha.

Basista Algiers: RYAN MAHAN

MUZYKĄ ZBUDOWAĆ MUR

Trzeba powiedzieć wprost, że przynajmniej tego wieczoru ciężar gatunkowy twórczości Algiers (jak i idące za nim natężenie decybeli) było doświadczeniem katharsis, czymś prawie nie do zniesienia. Ten koncert był jak kamyk w bucie – drażnił i wprawiał w dyskomfort. Ba, z pewnością dla wielu był jak kula u nogi. Nie dla nas, dobrze wiedzących, czego możemy spodziewać się po tym zespole, ale dla tych, o których jego twórczość tak często traktuje. Każda trasa tej grupy składa się z dziesiątek małych kamyczków, dzięki którym Wielki Brat – ten potwór na glinianych nogach – choć na krótką chwilę zaczyna kuleć. To cegiełki wnoszące wysoki mur, strzegący nas przed propagandą możnych tego świata. Trzęsących polityką, wszczynających wojny, przechadzających się po trupach…

 

CZYTAJ TAKŻE: Dominic Miller na Akademii Gitary: Wolny jak ptak
CZYTAJ TAKŻE: Chelsea Wolfe: Królowa tonie w mroku
CZYTAJ TAKŻE: Męskie Granie w Poznaniu: Orkiestra naszych czasów