fot. Mariusz Forecki

Animatorka z otwartą głową

Wśród dzieciaków panuje plaga, którą nazywam „nie-wiem-nie-umiem”, straszliwe problemy z motywacją do podjęcia nawet mini wyzwań oraz bezradność w sytuacji, gdy okazuje się, że trzeba kilka razy coś wykonać, by się tego nauczyć. Ze złością, płaczem i skrajnymi emocjami włącznie – opowiada Natalia Adamczyk, zajmująca się animacją i edukacją w obszarze sztuki dla dzieci.

KUBA WOJTASZCZYK: Czego boją się dzieci?

NATALIA ADAMCZYK: Zdarzyło mi się parę razy zadawać takie pytania wprost, na warsztatach wokół emocji lub na zajęciach w halloweenowych klimatach. Nawiasem mówiąc, bardzo lubię wykorzystywać temat halloween (którego nie można pomijać, prowadząc np. roczny cykl warsztatów plastycznych dla dzieci z klas 1-3 SP) do tego, by przemycić pod tym „chodliwym”, z punktu widzenia małych odbiorców, tematem coś głębszego i porozmawiać chwilę o strachu, o duchach, potworach, wśród których dzieciaki dorastają.

W ten sposób wykorzystuję naturalny entuzjazm dzieciaków, by pokazać wprost, że odpowiednio ujęty temat halloween, to nie tylko bezmyślna promocja amerykańskich zwyczajów, ale też dobry sposób, żeby wziąć na warsztat tematy fundamentalne. I powiem szczerze, otrzymuję bardzo zróżnicowane odpowiedzi. Czasem są to rzeczy typowe: wampiry i zombie z filmów dla dorosłych, czasem jest to klasyka dziecięcych strachów, czyli ciemność czy pająki. Ciekawe jest to, że bardzo dawno już nie usłyszałam o potworach pod łóżkiem czy z szafy.

Ale często też pada odpowiedź: „nie wiem” lub brawurowe „niczego się nie boję!”. I zanim ono padnie, poprzedzone jest wielkim zdziwieniem, namysłem, jakby dzieciaki nie były przyzwyczajone do rozmowy na takie tematy w gronie innym, niż rodzinny.



Nuda jest jednym ze strachów?

Pracuję najczęściej z maluchami, które na nudę raczej nie narzekają, przynajmniej nie w tym kontekście, w którym ująć ją można w kategorię rzeczy strasznych. Ale miałam ostatnio małą pogawędkę z gimnazjalistką, na temat nudy właśnie, podczas której na koniec powiało grozą (przynajmniej dla mnie). Dziewczyna narzekała na to, że musi robić „jakieś warsztaty”, mówiąc, że wolałaby iść do siebie i nie robić nic. Na moje pytanie, czy nie byłoby wtedy nudno, odpowiedziała: „No byłoby!”. Spytałam zatem, co z tym robi, jakie ma pomysły na to, by się nie nudzić, a robić coś fajnego, a ona na to mniej więcej tak: „Nie mam. Po prostu nic nie robię. Jak jestem w domu, to godzinami gapię się w ścianę i nie dzieje się nic”. I dla mnie to było jak spotkanie z zombie.

Nie chodzi tu o samą potrzebę pobycia w bezruchu i pozbawienia się nadmiaru bodźców na jakiś czas – bo to akurat jest dość zdrowy odruch, zwłaszcza w świecie nastolatków, podłączonych na stałe do nowych technologii. Grozę natomiast wywołuje totalna rezygnacja ze znalezienia jakiejś innej ścieżki pomiędzy zżerającą nudą, a „jakimiś warsztatami”, czyli propozycjami, które przychodzą z zewnątrz, wobec których ma się – co normalne dla nastoletniego wieku – wielkie NIE.

Ta niechęć w szukaniu fajnych rzeczy, które chciałoby się porobić, które mogłyby wzbogacić czas wolny od szkoły, wydała mi się ogromnie niepokojąca. A bezradność (i to taka nieuświadomiona!) z jaką dziewczyna skazuje się na nudę, z braku innych pomysłów na siebie, jest wręcz alarmująca. Być może trafiłam na taki „egzemplarz”. Ale nawet jeśli to marginalna sprawa, przeraża mnie myśl o istnieniu nawet kilku nastoletnich zombie – zapętlonych w rutynie, zawieszonych w pustce, gapiących się w ścianę, pozbawionych ciekawości i chęci poznawania siebie samych przez działanie w świecie, przeżuwających nudę dzień w dzień.



Czy, aby tę nudę zminimalizować, warto pytać dzieci o zdanie przy budowaniu dla nich warsztatów?

Zdecydowanie warto! Warto pytać jak najczęściej i zupełnie nie zrażać się tym, że nie otrzymuje się odpowiedzi lub słyszy tylko wielkie „nie wiem”, ewentualnie dostaje się odpowiedzi wyuczone czy schematyczne. Feedback jest strasznie ważnym elementem warsztatów, choć nie zawsze przyjemnym – zwłaszcza, gdy człowiek się nabiedził nad jakimś scenariuszem, jest z niego dumny, a tu klapa – dzieci nie angażują się, angażują się za to w bieganie w kółko. To się zdarza i całe szczęście! W końcu warsztaty są DLA dzieci, a nie dorosłych. I to na dorosłym spoczywa ciężar przemycenia pod warsztatem o dinozaurach (bo tylko to zainteresuje) takich treści, które będą istotne z punktu widzenia celów, jakie prowadzący chce zrealizować na zajęciach.

Oczywiście, inaczej jest z warsztatami okazjonalnymi, gdzie prowadzący często nie zna grupy docelowej i musi przygotować kilka wariantów i przede wszystkim popracować nad wstępem, nad fabułą, komunikacją z odbiorcą, czytelnością warsztatów, by zachęcić dzieciaki i ułatwić wejście w proponowaną „bajkę” na tyle głęboko, by mogły ją dalej opowiedzieć po swojemu. 

Co innego roczne cykle warsztatów, na których ma się mniej więcej stałą grupę i można dobierać tematykę oraz techniki niemal indywidualnie. Mam przyjemność prowadzić takie cykle z ramienia Fundacji Serdecznik, i nie układam ich inaczej, niż poprzez rozmowy o tym, czego dzieci chcą, a czego nie. Przy czym, nie zapominam tu o swojej roli pedagoga, mimo iż działam w obszarze zajęć pozaszkolnych. A rolą pedagoga jest też rozwój, nie ma natomiast rozwoju bez poznawania nowych rzeczy i przekraczania strachów, związanych z „nie wiem” i „nie umiem”. Trzeba być czujnym w tej materii, bo robienie rzeczy na siłę niszczy wszystko – motywację, relację, dobrą atmosferę. 



Uczysz się sama podczas własnych warsztatów?

Należę do tych osób, które starają się każdą okazję warsztatową wykorzystać do tego, by poćwiczyć „małe wyzwania”. Przedszkole i szkoła, z przyczyn, które w pełni rozumiem i których nie chcę krytykować, opiera się na schemacie i instrukcji. Niektóre domy to niwelują, niektóre nie (tego nie zamierzam oceniać, bo to zbyt złożone zjawisko).

Skutkiem tego jest plaga, jaka panuje obecnie wśród dzieciaków, a którą nazywam „nie-wiem-nie-umiem” – czyli straszliwe problemy z motywacją do podjęcia nawet mini wyzwań, a także kompletna bezradność w sytuacji, gdy okazuje się, że trzeba kilka razy coś wykonać, by się tego nauczyć. Ze złością, płaczem i skrajnymi emocjami włącznie. Dlatego tak ważne jest z mojej perspektywy, by ćwiczyć, kiedy się da, samodzielność w podejmowaniu różnych decyzji i sposoby na radzenie sobie w sytuacjach nowych i złożonych. To baza do bycia kreatywnym.



Z jakimi postawami wśród dzieciaków się spotykasz? Co ich kręci: patriotyzm, wolność i ojczyzna czy może fantastyka i czarny humor?

To oczywiście zależy od grupy, od konkretnych dzieci i tego, w czym wzrastają także w domu, na pewno jednak część tego, co kręci dzieciaki i daje im pewien zasób wzorów i postaw, wyznaczają niestety reklamy i to, co aktualnie grają w kinach (co skutkuje falą nowych gadżetów, które trzeba mieć). Ale zamiast załamywać ręce nad tym faktem, warto przemycać pod ich osłoną rzeczy bardziej istotne, niż zaspokajanie chęci posiadania jakiejś nowości. 



Na przykład?

Jeśli mamy na tapecie Star Wars, to jest walka ze światłem i ciemnością i można ten aspekt umiejętnie wyeksponować. Patriotyzm, wolność czy ojczyzna to w pewnym wieku rzeczy niepojmowalne dla dziecka, z przyczyn rozwojowych. Warto jednak ich jak najbardziej konkretne reprezentacje przytaczać, gdyż umysł dzieci przedszkolnych i wczesnoszkolnych jest nastawiony na rejestrację, wyczulony na wzory, na konkrety. 

Myślę, że temat to ważny aspekt, jednak im mniejszy człowiek na warsztacie, tym bardziej chodzi tu bardziej o przeżycia, o wiarygodny przekaz oraz emocje, orientowanie się w nich. Dopiero w późniejszym wieku zaczyna się obróbka, interpretacja i nazywanie – to też warto ćwiczyć, prowokować i poszerzać. Fantastyka i czarny humor to na dobrą sprawę normalka dla dzieciaków, które wychowują się w mniejszym czy większym stopniu przed telewizorem.

Bajki dla dzieci pełne są nadzwyczajnych istot i wydarzeń i są pożywką dla wyobraźni maluchów. Później, w okresie szkolnym, następuje taki przykry przeskok: człowiek chce nawiązać do czegoś z fantastyki i słyszy, że przecież w świecie przyrody jest to niemożliwe i że jednorożce nie istnieją. 



Przez warsztaty można propagować sztukę, kulturę, czytanie?

Przez warsztaty można, a wręcz należy promować czytanie (a przez to i kulturę oraz sztukę) i to jak najwcześniej! Zaczynam od czytania i książki, bo tak najczęściej pracuję, ale ten sam mechanizm dotyczy pierwszych kroków w obszarach, związanych z innymi dziedzinami sztuk. I dlatego tak mnie cieszy ogromna popularność festiwalu Sztuka Szuka Malucha, która w sposób przyjazny dla odbiorcy od 0 do 5 lat, umożliwia pierwsze kontakty ze sztuką na wszelkie sposoby świata, utrwala wspaniały nawyk korzystania z oferty kulturalnej.

Wracając do czytania, często zdarza mi się czytać w plenerze i zapraszać do czytania różne grupy wiekowe. Jako część Rowerowej Biblioteki CK Zamek, prowadzącej letnie warsztaty książkowe z czytaniem na głos w parkach, spotkałam się na przykład z takim zjawiskiem: książeczka dla najmłodszych dzieci jest przez nie kojarzona z zasypianiem – bajką na dobranoc. I sami rodzice czasami uważają, że takie zabawy wokół książek, „to nie dla nich bo dziecko za małe”. Ale podczas zasypiania nie czyta się raczej książek, po których można wykonać jakieś dzikie harce, jakąś miłą pracę plastyczną i pobawić się z rówieśnikami. Skutkuje to w przyszłości tym, że maluszek wyrasta z rytuału czytania do snu, a w domu, przedszkolu czy szkole brakuje czasu lub pomysłu na inne czytanie.

Przez to zaczyna brakować atrakcyjnych skojarzeń z książką. Bo kojarzy się z zasypianiem, wyciszaniem, a taki – dajmy na to – pięciolatek, potrzebuje aktywności! Więc książka nie jest dobrym odniesieniem. Do tego dochodzą później np. szkolne trudy z czytaniem i pisaniem – i za chwilę jedynym źródłem tekstów kultury stają się komputer i telewizor. 
Zapotrzebowanie na warsztaty jest moim zdaniem spore, także w placówkach oświatowych, gdzie brakuje czasu na swobodę i kreatywność. 

Wydaje mi się, że warsztat, w odróżnieniu od gry komputerowej, różni się od niej istotną kwestią: dziecko nie tylko wykonuje jakieś ciekawe aktywności, czy też poznaje nowe treści, ma też okazję poćwiczyć bycie w grupie, co jest ogromnie istotnym elementem kształtowania młodego odbiorcy kultury. 


Poza tym warsztat angażuje.

Dokładnie, a nic tak nie utrwala nowych informacji, jak emocje pozytywne – potwierdzają to neurodydaktyka. Poza tym, kiedy dziecko ma szansę zmierzyć się np. z techniką plastyczną, z pewnością jako dorosły doceni kunszt i ogrom pracy, gdy przyjdzie mu się spotkać z dziełem w tej technice wykonanej. Mimo, iż warsztat nie wyczerpuje tematu, jak artykuł w encyklopedii, ma szansę zasiać i ugruntować coś, co być może wykiełkuje w przyszłości. Im więcej takich nasionek, zasianych z uwagą, tym większy wybór później.



Czy przez kontrowersje wokół zmiany systemu edukacji, zwiększa się znaczenie zajęć pozalekcyjnych, warsztatów?

System edukacji – przynajmniej w wydaniu polskim, nie fińskim – choćby miał i najlepsze intencje, zawsze pozostanie systemem. Największą bolączką tego naszego, rodzimego, są moim zdaniem schematy, nacisk na realizowanie instrukcji, a także fatalne w skutkach posiekanie wiedzy na przedmioty (od 4 klasy szkoły podstawowej), bez dbałości o ich syntezę i bez troski o to, w jakich warunkach młody człowiek przyjmuje ten ogrom informacji szkolnych. 

Dlatego warsztaty pozalekcyjne są świetnym pretekstem do stworzenia przyjaznych okoliczności, zaproponowania innych sposobów na zdobywanie nowych umiejętności, w atmosferze pozbawionej stresu, oceny czy nacisku oraz presji czasu. Mam przyjemność realizować popołudniowe warsztaty plastyczne w podstawówkach i za każdym razem muszę mocno pracować z nadmiernym ocenianiem siebie i innych, jakie dzieciaki prezentują.

Obserwuję też, jak w miarę oswajania się z takim sposobem pracy, oni otwierają się na siebie i na mnie – piękne rzeczy wtedy się dzieją. Osobliwe (ale i przykre dla dorosłego) jest też zdumienie tym, że warsztaty mają formę otwartą: nie narzucam kolorów, prezentuję jedynie technikę, jej możliwości, ale sposób wykończenia, ozdób itd. są kwestią indywidualną. Wtedy, gdy się da, rezygnuję z przygotowywania przykładowej pracy do zaprezentowania, żeby niektórzy nie wzorowali się niej.

W przypadku np. zajęć w Ośrodku dla Niesłyszących w Poznaniu, warsztaty pozalekcyjne są rekompensatą ogromnej niesprawiedliwości, jaką jest niedostosowanie programu szkolnego dla dzieci i młodzieży niesłyszącej. Z powodu różnic pomiędzy językiem migowym i polskim oraz tego, że przekaz werbalny, na jakim opiera się nasze szkolnictwo, jest w tym środowisku najmniej adekwatnym sposobem uczenia – od lat dzieciaki mają nierówny start, mimo ogromnej pracy nauczycieli. Ale system to system.

Brak podręcznika i ignorowanie od lat próśb o opracowanie innego programu nauczania, to moim zdaniem niezły skandal. Więc to, co niemożliwe w szkole, realizujemy poza szkołą, by dać wyraźny sygnał, że można inaczej, że dzieci są zdolne, pojętne i chętnie się uczą, pod warunkiem, że sposób przekazywania treści nie jest poza ich możliwościami komunikacyjnymi.



Generalizując: czy rodzice w ogóle przykładają wagę do tematyki zajęć i ich możliwości rozwojowych, czy bardziej chcą „upchnąć” gdzieś dziecko, by mieć je z głowy na godzinę?

Trudno tu o generalizację, jeśli chce się być sprawiedliwym. Prowadzę zajęcia już ładnych parę lat i mogłam przez ten czas zaobserwować mnóstwo rodziców, wkręconych w tematykę warsztatów na równi ze swoimi dziećmi, jak i takich, będących totalnie obok tego, do czego zmuszają swoje pociechy. Są maniacy warsztatów i tacy, którzy od nich stronią.

Zdarzyło mi się mieć bardzo wąskie tematycznie zajęcia, na których mieliśmy bazować na przeczytanej książce, co było zaznaczone wyraźnie w opisie, a mimo tego tylko dwie osoby z dziesięciu, były w temacie. Reszta nie znała go nawet pobieżnie, przyszła na zajęcia nie wiedząc, co je czeka. Gdy zadałam sobie pytanie o to, co poszło nie tak, ktoś mi podpowiedział, że to „efekt niedzieli”. Zajęcia były w centrum miasta, w dobrym czasie na zakupy i to chyba zadecydowało o ich popularności. A mnie postawiło w sytuacji totalnej rezygnacji ze scenariusza, co było w sumie niezłą przygodą. 

Na szczęście takie przypadki zdarzają się rzadziej, najczęściej rodzice dość uważnie wybierają tematykę zajęć, o ile są to zajęcia tego typu. Rozumiem też rodziców, którzy dozują ilość warsztatów, na jakie dzieci uczęszczają, by nie przesadzić z nadmiarem bodźców.

Dlatego lubię tworzyć sytuacje otwarte, w których nawet przypadkowi spacerowicze mogą dołączyć i odłączyć się w dowolnej chwili warsztatu. Wtedy animator niweluje do minimum „szkody”, jakie wynikać mogą z opuszczenia jakiejś części.



Rozmawialiśmy o strachu dzieci. A czego obawiają się rodzice?

O rety, obawiam się, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sama nie jestem jeszcze rodzicem – tym trudniej zdobyć się tu na jakąś wypowiedź. To zbyt złożona sprawa. Ze skromnej perspektywy osoby prowadzącej warsztat, wydaje mi się, że czasem przebijają rodzicielskie obawy, związane ze szkołą, z grupą rówieśniczą – z tym, jak się w tym wszystkim odnaleźć i nie pogubić jako rodzic. Są też troski o to, że dziecko nie umie jeszcze wielu rzeczy i potrzebuje na coś więcej czasu, niż inni. Zdarzają się też rodzice bez szczególnych obaw, wręcz z przegięciem w drugą stronę. W przypadku maluchów, zdarza się obserwować nadmierne obawy, wynikające z funkcji opiekuńczych, co zrozumiałe.

Żartobliwie kończąc temat, patrząc z mojej perspektywy, najczęstsze obawy rodziców to te w stylu “czy ten warsztat będzie bardzo brudny i niebezpieczny”?

Natalia Adamczyk

Natalia Adamczyk, fot. Mariusz Forecki


NATALIA ADAMCZYK – animatorka i pedagog z wyboru. Po studiach polonistycznych miała pracować w wydawnictwie, ale nie wytrwała długo w tym postanowieniu, poszukując swojej ścieżki zawodowej o wiele dalej, niż można byłoby przypuszczać (czyli mniej więcej za siedmioma górami i pięcioma czytelniami). Obecnie skupia się na animacji i edukacji w obszarze sztuki dla dzieci, uzupełniając równocześnie swoje wykształcenie pod tym kątem. Współpracuje m.in. z Fundacją Serdecznik, Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, Bramą Poznania oraz wydawnictwami książek dla dzieci, realizując cykle warsztatowe w ramach większych projektów oraz pojedyncze, jednorazowe warsztaty twórcze. Od niedawna publikuje też scenariusze i artykuły w czasopiśmie dla nauczycieli przedszkolnych i wczesnoszkolnych „Inspiracje Nauczanki”