fot. autor tekstu

Bajka o starym domu

Stary dom jest jak człowiek. Rodzi się i umiera. Tylko powoli. I aż do samego końca opowiada swoją historię...

Wiosna jak teraz. Na starym trakcie z Posen do Gnesen ruch jak nigdy. Na porządnym bruku nie milknie stukot końskich kopyt. Widziano nawet, przed chwilą, pędzący automobil dziedzica. Narobił benzynowego smrodu i skręcił z fasonem w alejkę, ku nowemu jeszcze pałacowi. Zatrąbił na grupę biegnących obok dzieciaków i zniknął za wysoką bramą.

A przy szosie kończy się właśnie budowa zajazdu. Budynek może niewielki, ale porządny, niemiecki, z czerwonej ciemnej cegły. Parterowy, z wysoką wystawką, z metalową chorągiewką na czubku i takimiż sterczynami na narożnikach pokrytego dachówką, wysokiego dachu. Paradny niczym modna kamieniczka w niedalekim Gnieźnie. No i widać go z daleka.

Właśnie na drewnianym tarasie stolarz zbija ostatnie ławki. Gruby właściciel, z podkręconymi wąsami i w roboczym fartuchu, wspina się po drabinie, by zawiesić wielką, długą płachtę z napisem WILLKOMMEN. Litery trochę krzywe, żona sama wczoraj czarną farbą wymalowała, a dzisiaj kończy zaplatać girlandę z polnych kwiatów. Sąsiedzi już zaproszeni, będzie likier własnego wyrobu, a dla tradycjonalistów piwa nie zabraknie.

W wielką wojnę ruch w zajeździe zmalał, żeby nie powiedzieć zamarł zupełnie. Miejscowe ochlapusy w 1914 poszły na wojnę, paru już spoczywa na cmentarzach w całej Europie. Przyszła bieda, a miejscowi Polacy są coraz bardziej bezczelni. Teraz będzie tu Polska. Właściciel wrócił z wojny już bez wielkiego brzucha, załadował na furmankę rodzinę i co się jeszcze dało i tyle go widziano.

 W pałacu rozgościł się wkrótce polski dzierżawca, a do zajazdu wprowadzili się jego pracownicy. W największym pokoju z dużym oknem rodziły się kolejne dzieci. Urosły bzy wokół tarasu, a zajazd pod nowym właścicielem działał jak należy. Zatrzymywał się w nim zawsze kurier pocztowy jadący z Gniezna do Poznania. Tylko po likierni została sama nazwa. Do pokojów po niej goście szli nocować. Nawet pasowało, gdy mówiło się, że podpici klienci śpią w likierni.

 Już we wrześniu 1939 Niemcy przegnali mieszkańców zajazdu. Nie można powiedzieć, że nie dbali o dom. Naprawili dach, uzupełnili dachówkę. Tylko polski napis na froncie domu zamalowali na biało. Zimą 45 roku uciekli w popłochu. Zaraz potem jakiś krasnonoarmiejec przestrzelił po pijaku sterczyny na dachu. Wkrótce też też wrócili do domu przedwojenni mieszkańcy. Były jeszcze w środku ich meble, ich garnki i talerze. Tylko jeden widelec się wyszczerbił, a waza do zupy była pęknięta. Ale cały świat był już inny.

Majątek upaństwowiono, w pałacu powstał dom dziecka. Zajazd nie utrzymał się długo. W części domu zrobiono sklep, walący się taras rozebrano, a miejscowe pijaczki chlały jabola na schodach przed sklepem. Nikt już nie pamiętał o likierze. Dostawiono przybudówkę z łazienką jak się patrzy. Stare drzwi zastąpiono nowymi z gównowatej sklejki. Dom trzymał się nieźle i wydawać by się mogło, że wszystko zmierza ku dobremu.

 W nowych czasach wszystko się jednak w końcu posypało. Sklep upadł jako pierwszy. Dzieci dorosły i powyjeżdżały, rodzina rozpadła się. Dom opustoszał, ogród zarósł i zdziczał. I tylko stare bzy każdej wiosny wznosiły ku niebu gęstwinę blado fioletowego kwiecia. Ostatni urodzony tu mieszkaniec, od dawna już mieszkał gdzie indziej. A po domu dziecka w pobliskim pałacu nie pozostał żaden ślad. Wielka rezydencja stoi wybebeszona na przestrzał, bez okien i drzwi, straszy upiornie wśród ostatków dawnego parku.

Dzisiaj cicho na dawnym trakcie. Tylko w oddali zamurowały krajobraz lśniące ekrany akustyczne nowej trasy szybkiego ruchu Poznań-Gniezno. A stary zajazd wydaje się trwać jak zawsze. Dopiero przy bliższym przyjrzeniu widać, że dach jak sito dziurawy, a kominy rozpadną się przy pierwszym wietrze.. Nad wejściem ściana pękła, ale to już dawno temu. Porządne, ceglane mury skrywają w swym wnętrzu nadchodzącą katastrofę. Tylko ławeczka w kuchni, choć przysypana gruzem, trwa jakby nigdy nic. Ustawiona pod słonecznym oknem wciąż czeka na gości. Niepotrzebnie...

Mówią, że dom dopiero co sprzedano. A właściwie działkę. Nowy właściciel ma postawić obok w ogrodzie jakiś tani, typowy budynek. A stary zajazd? Jego tak naprawdę już nie ma. Zostaną po nim tylko te słowa.