fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Bakteriami w nazistów

Poznańska wojna biologiczna, wydana hitlerowskim okupantom przez grupę doktora Franciszka Witaszka, nie jest znana w szczegółach. Gestapo szybko rozbiło przeciwników, w odwecie dopuszczając się masakry.

24 kwietnia 1942 r. do gabinetu lekarskiego Franciszka Witaszka przy Breslauerstrasse (ul. Wrocławska) w Poznaniu weszli tajniacy gestapo. Aresztowali nie tylko Witaszka, również jego żonę i cztery inne osoby. Zarzut – uczestnictwo w grupie sabotażowo-dywersyjnej, działającej na szkodę III Rzeszy.

Tą grupą był Związek Odwetu – głęboko zakonspirowana sekcja poznańskiego Związku Walki Zbrojnej, a potem Armii Krajowej. Wiosną 1942 r. Niemcy wyłapali jej członków bez problemu – w ich ręce wpadł bowiem spis członków organizacji. Do Fortu VII i katowni gestapo na Ritterstrasse (dziś Niezłomnych) trafiło w sumie 35 osób – niemal cała siatka Witaszka.

 

Dopiero wtedy hitlerowcy odkryli, że w Poznaniu wypowiedziano im wojnę z użyciem zupełnie nowej, strasznej broni.

Lekarz się zawahał

Franciszek Witaszek, przedwojenny lekarz i pracownik Zakładu Mikrobiologii na Uniwersytecie Poznańskim, był niezwykle zdolnym i inteligentnym naukowcem. Przed wojną stworzył clarovac, środek umożliwiający wieloletnie konserwowanie owoców i warzyw. W latach 19371939 kierował prywatną firmą Catgut Polski, produkował struny operacyjne do szycia ran. Znany był z etycznej postawy, zgodnej z duchem przysięgi Hipokratesa. Wiadomo, że w czasie wojny miał wątpliwości. Wahał się, czy w walce z Niemcami można sięgać po aż tak drastyczne metody. Jego sumienie uspokoił dopiero biskup Walenty Dymek:

 

Gdy naród jest mordowany, musi się bronić wszystkimi możliwymi środkami, nawet trucizną powiedział mu w prywatnej rozmowie.

 

O wojnie bakteriologicznej grupy Witaszka nadal nie wiadomo wiele pewnego. Brakuje dokumentów ze śledztwa gestapo, a niemal wszystkich członków Związku Odwetu stracono. Raport gen. Stefana Grota-Roweckiego, dowódcy ZWZ, wysłany w połowie 1941 r. do Londynu informował o „wytypowaniu” przez dział bakteryjno-toksykologiczny Związku Odwetu kilkudziesięciu najrozmaitszych trucizn, skutecznych dopiero z „poślizgiem” po dłuższym czasie.

 

Raport potwierdzał też fakt stosowania ich przeciw Niemcom. Toksyny i środki bakteriologiczne miały spowodować 149 zgonów wśród okupantów.

Franciszek Witaszek, 1934 r., fot. archiwum rodzinne

Franciszek Witaszek, 1934 r., fot. Archiwum rodzinne

Wiadomo, że w porozumieniu z Warszawą (skąd zresztą pochodziły pierwsze szczepy bakterii, przesłanych do Poznania), na początku 1940 r. Franciszek Witaszek we współpracy z lekarzem Henrykiem Güntherem, a także farmaceutami, chemikami i laborantami zorganizował w prywatnych domach członków związku sieć tajnych laboratoriów. Produkowano w nich nie tylko środki toksyczne także substancję, która po dodaniu do paliwa uszkadzała silniki, wreszcie pomysłowe bomby zapalające.

W 1941 r. do grupy Witaszka dołączyły młode, zdolne laborantki Sonia Górzna („Sonia”) i Helena Siekierska („Lusia”). Górzna wraz z narzeczonym i „Lusią” prowadziła tajne laboratorium chemiczne w mieszkaniu rodziców na Blumenstrasse (dziś ul. Kwiatowa), choć niektórzy historycy kwestionują tę lokalizację. Było to jednak o tyle prawdopodobne, że na polecenie władz konspiracyjnych rodzice Sonii Górznej małżeństwo mieszane podpisali volkslistę, co stanowiło świetną przykrywkę dla takiej działalności.

Helena Siekierska jedyna Polka zatrudniona w niemieckim Instytucie Mikrobiologii na Uniwersytecie Rzeszy prowadziła w tajemnicy badania nad szczepami bakterii i wynosiła stamtąd szczepionki dla polskich dzieci.

Akcja w Café Sim

W 1962 r. Henryk Tycner jako pierwszy opublikował cykl tekstów prasowych o grupie Witaszka. Opierając się na relacjach byłego kelnera Mariana Schlegela, jedynego ocalałego członka konspiracyjnego związku w Poznaniu (uciekł z Fortu VII, dlatego przeżył wojnę), Tycner napisał, że Witaszek opracował kilka śmiertelnych specyfików, które dokonywały „powolnego spustoszenia” w organizmach zatrutych Niemców. Jeden z takich środków już po jednorazowym zaaplikowaniu niszczył śledzionę lub nerki, inny – po jakimś czasie powodował nagłe zatrzymanie akcji serca.

Tycner twierdził, że toksyny te zaaplikowano wielu gestapowcom, niemieckim urzędnikom i ich szpiegom. I opisał, jak polscy kelnerzy członkowie Związku Odwetu za pomocą toksycznego proszku rozpuszczonego w kawie uśmiercili wczesną wiosną 1942 r. pięciu niemieckich oficerów.

Do poznańskiej komendy AK przyszła wtedy zaszyfrowana informacja z Paryża: według niej, do Poznania miało lada chwila przyjechać pięciu wysokich rangą oficerów Abwehry. Mieli spędzić w Poznaniu ledwie kilka dni, a następnie pojechać dalej, na front wschodni. Dowódcy AK zdecydowali o likwidacji Niemców. Wywiadowcy organizacji ustalili, że oficerowie są już w mieście i po pracy spotykają się w Café Sim przy Wilhelmstrasse (dziś Alejach Marcinkowskiego).

Franciszek Witaszek z żoną Haliną z domu Muszyńską oraz córkami, 1941 r., fot. archiwum rodzinne

Franciszek Witaszek z żoną Haliną z domu Muszyńską oraz córkami, 1941 r., fot. Archiwum rodzinne

 

W tej restauracji „tylko dla Niemców” pracowali jako kelnerzy Stanisław Witkowski i Hieronim Schoepke, członkowie Związku Odwetu. To oni dosypali do kawy dla oficerów specjalny preparat, który powodował po pewnym czasie zatrzymanie pracy serca. Pech chciał, że tej samej kawy (z dzbanka) napiło się dodatkowo trzech cywilów. Kiedy następnego dnia zmarli dwaj z nich i dzień później kolejny, a także jeden z oficerów Abwehry, poznańskie gestapo poderwało się na nogi. Niemcy szybko ustalili, gdzie podano oficerom podejrzaną kawę. Gdy w ich ręce wpadli Witkowski i Schoepke, umarło trzech kolejnych oficerów Abwehry.

Rewelacje Tycnera potwierdził nieżyjący już dr Marian Woźniak, redaktor „Encyklopedii konspiracji wielkopolskiej”. Według Woźniaka, Związek Odwetu opracował około 30 specyfików zabijających oraz instrukcje ich stosowania. Jednak, zdaniem Woźniaka, trucizny stosowano rzadko. Tym bardziej, że kiedy latem 1941 r. Związek Odwetu był już prawie gotowy do akcji na szeroką skalę, rozpoczęły się pierwsze niemieckie aresztowania. Porucznik Zenon Pluciński, szef pionu sabotażowego poznańskiego ZWZ, wydał wtedy rozkaz zniszczenia tajnych laboratoriów.

Informację o akcji polskiego podziemia w Café Sim podaje również tzw. raport Kliewego, nazistowskiego profesora biologii, z końca 1942 r., który mówi o „sabotażowej działalności polskiej grupy oporu z bakteriami”. Raport wylicza lokale, w których mieli podawać nazistom toksyny polscy kelnerzy i opisuje proceder aplikowania przez nich pałeczek tyfusu do kawy niemieckich klientów, co było następnie przyczyną ich zgonów.

Atak miał być punktowy

Czy Związek Odwetu szykował się do uderzenia na szeroką skalę? Historycy w to wątpią. Po przymusowej likwidacji tajnych laboratoriów myślano raczej o uderzeniu bronią biologiczną w konkretne osoby na stanowiskach, na przykład w wysokich rangą oficerów z kierownictwa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy.

 

Prawdopodobnie użyto też broni biologicznej wobec koni, należących do Wehrmachtu.

Franciszek Witaszek, okres międzywojenny, fot. archiwum rodzinne.

Franciszek Witaszek, okres międzywojenny, fot. Archiwum rodzinne.

Przypuszcza się, że choroby koni przeznaczonych na front wschodni w stadninie w Gnieźnie wywołali właśnie poznańscy konspiratorzy. Raport Kliewego wspomina również o akcji polskiej grupy, w której próbowano zarazić wąglikiem m.in. klacz należącą do gauleitera Arthura Greisera, hitlerowskiego namiestnika Kraju Warty. Ile w tym prawdy dziś trudno odpowiedzieć.

 Zemsta wroga

Aresztowani kelnerzy zostali poddani okrutnemu śledztwu. Tak brutalnemu, że Hieronim Schoepke próbował dwukrotnie popełnić samobójstwo. Niemcy byli jednak czujni. W mieszkaniach kolejnych aresztowanych członków grupy znaleźli dziwny proszek, 25 ołowianych rurek i podejrzane płyny w fiolkach. Instytut Bakteriologiczny prof. Alberta Ponsolda z Berlina zidentyfikował proszek jako termit – składnik bomb zapalających.

Ołowiane rurki rozpoznano jako obudowę zapalników do bomb termicznych ładunków wybuchowych z opóźnionym zapłonem. To dzięki nim jadące na front wschodni wagony z żywnością i bronią płonęły z niewyjaśnionych przyczyn z dala od Poznania i od poznańskich kolejarzy. Prof. Ponsold musiał być zszokowany, gdy z kolei zarekwirowane u członków Związku Odwetu płyny okazały się… bakteriami duru i wąglika.

Witaszek również przeszedł przez wyjątkowo ciężkie śledztwo. Gestapowcy ustalili, że lekarz był kierownikiem naukowym badań prowadzonych przez Związek Odwetu, a Pluciński komendantem wojskowym i to jemu podlegała grupa kelnerów. W połowie 1942 r. gestapo znało już cały skład osobowy związku.

 

Witaszek nie musiał zginąć. Jesienią 1942 r. w Forcie VII pojawiła się komisja Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy z Berlina. Gestapowcy zaproponowali doktorowi wolność i osiedlenie się z rodziną w Niemczech. W zamian miałby pracować dla III Rzeszy, m.in. nad rewelacyjnym środkiem podobnym do antybiotyku, który odkrył już przed wojną. Doktor jednak odmówił.

Nie powiodły się próby przekupienia prowadzących śledztwo gestapowców przez AK. Chodziło o to, by Witaszek i jego ludzie zostali skierowani do obozu koncentracyjnego. 8 stycznia 1943 r. w Forcie VII powieszono doktora i 29 jego współpracowników i współpracownic. Przed śmiercią skazańców poinformowano, że niebawem zginą też ich rodziny.

Po egzekucji 70 osób z rodzin członków Związku Odwetu trafiło do Auschwitz. Tylko nieliczni z nich doczekali końca wojny. Dwie córki Witaszka Alodia i Daria zostały oddane niemieckim rodzinom do germanizacji. Znalazły się po długich poszukiwaniach w Niemczech dopiero pod koniec 1947 r. Przez długie lata nie potrafiły się odnaleźć w ojczystym kraju.

 

Piotr Bojarski – pisarz i publicysta, autor m.in. książki „Fiedler. Głód świata”.