fot. Marta Konek, na zdjęciu Monika Zelek

Bardziej otwieram oczy

Z dzieciństwa pamięta tulipany, które pochodząca z Rosji babcia Tatiana uprawiała w ogrodzie. I piwonie z ich różanym, słodkim zapachem. Mała Monisia biegała po łąkach i układała maleńkie bukieciki.

Przynosiła je mamie, a gdy dorastała marzyła o tym, żeby pracować w kwiaciarni. Gdy odchowała dzieci poczuła, że w jej życiu czegoś brakuje. I tak to się właśnie zaczęło.

Monika Zelek

Przyroda w jej życiu była jak powietrze – zawsze była, ale ona nie zawsze myślała o tym, że jest. Monika Zelek wychowała się w niewielkiej Lipce, położonej na skraju województwa wielkopolskiego i leśnego kompleksu, który przylega do Borów Kujańskich.

Gdy była mała, wracała ze szkoły, rzucała torbę w kąt, wsiadała na rower i jechała do Drozdowa, gdzie mieszkali jej dziadkowie.

 

Na grzyby zabierali ją dziadkowie z Lipki i wtedy poznawała okoliczne lasy.

Tata po Teleranku i filmie przyrodniczym, wyciągał ją na wędkowanie. Nasiąkała tym lasem, zmierzchem kładącym się na łąkach, zapachem jezior i pierwszymi obserwacjami zwierząt, które napotykała na tych włóczęgach.

A potem przyszła dorosłość, dzieci i czas, kiedy było trzeba być dla innych, a nie dla siebie.

 

Monika Zelek, fot. Marta Konek

Monika Zelek, fot. Marta Konek

"I nagle dochodzisz do momentu, gdy dzieci dorastają, idą do internatu, a ty stajesz w tej pustce i myślisz – cholera, w moim życiu nic się nie dzieje!" – śmieje się Monika.

Kółko fotograficzne

Dla niej w tym momencie wybawieniem okazało się ogłoszenie o kółku fotograficznym, które powstało w Gminnym Ośrodku Kultury w Lipce. Prowadził je Darek Staniecki, zapalony przyrodnik, który wyciągał ich na plenery przyrodnicze.

 

Monika mówi, że z tamtego okresu ma takie niespełnione, fotograficzne marzenie. Gdzieś w jakimś albumie zobaczyła zdjęcie bataliona nad Biebrzą.

I ciągle wierzy w to, że kiedyś nad tą Biebrzę zawędruje i dane jej będzie spotkać swojego bataliona.

Pierwszy aparat, jaki kupiła to był Nikon z obiektywem 18x55 mm.

 

"Nie miałam pojęcia co kupuję. Towarzyszyła mi wtedy taka frustracja, bo patrzę w album, a tam takie piękne zdjęcia. Patrzę na mój aparat i myślę sobie – no i gdzie to zdjęcie?" – nie poddała się jednak, kombinowała z krajobrazami, a po roku kupiła Tamrona 70x300. 


To już był sprzęt, który stwarzał większe możliwości. Zainwestowała w kamuflaż, zaczęła zasadzać się na zwierzęta, dostosowując się do ich rytmu aktywności. Zaczęła czytać, sprawdzać, poszerzać swoją wiedzę o tych gatunkach, które mogła spotkać wokół Lipki. Postanowiła sobie, że spróbuje na fotografii uchwycić to, co jest na wyciągnięcie ręki. Zaczęła dzielić się swoim zachwytem, zdjęciami i opowieściami na Facebooku.


Na pierwsze wyprawy ciągnęła ze sobą syna, potem coraz śmielej zapuszczała się w lasy wokół Lipki.

 

"Ludzie mnie pytają czasami – nie boisz się? A ja się lasu nie boję. Znam leśne ścieżki, znam leśne odgłosy. Ludzi bardziej się boję i staram się ich unikać podczas wędrówek" – zdradza.

 

Monika Zelek, fot. Marta Konek

Monika Zelek, fot. Marta Konek

Porusza się rowerem, więc maksymalny promień jej wypraw to dziesięć kilometrów, ale mówi, że gdyby ktoś jej wcześniej powiedział, że to wystarczy, żeby spotkać najbardziej niezwykłych mieszkańców lasu, to by nie uwierzyła. Tymczasem na swoim koncie ma zdjęcia borsuków, lisów, puszczyków, jeleni, dzików, zimorodków, bocianów czarnych.

 

"Nowy obiektyw wypróbowałam na sarnach. Stały sobie na polu, musiałam się z synem przedrzeć przez sosnowy młodnik, żeby znaleźć odpowiednie miejsce do zrobienia zdjęcia. I nagle mam, swoje pierwsze zdjęcie kozy i koziołka. Ten zachwyt, to zadowolenie i chęć zrobienia kolejnego, jeszcze lepszego zdjęcia…" - Monika zamyśla się na chwilę, jakby raz jeszcze oglądała tę scenę z wiosennego lasu i przeżywała te emocje, które jej wtedy towarzyszyły.


Po sarnach był bóbr.

 

"Jak już weźmiesz do ręki aparat z obiektywem 70-300, to bardziej otwierasz oczy – śmieje się Monika. Zaczyna się przebywać w miejscach, których do tej pory się nie odwiedzało. Idziesz nad wodę, szukasz żeremi, zaczynasz czatować na najlepsze światło, najlepsze wyjście zwierzęcych bohaterów. Na początku wystarczy wyjście raz na tydzień. Później idziesz i pojawia się bóbr. Myślisz – wyszedł raz, wyjdzie kolejny. I przyjeżdżasz to w miejsce o najbardziej odpowiedniej porze, szukasz najbardziej odpowiedniego miejsca i czekasz. Godzinę, dwie, trzy… Siedzisz, a bobra jak nie było, tak nie ma, ale nagle nad tonią przelatuje zimorodek. I czujesz taki zachwyt, takie szczęście i wiesz już, że oto zaczyna się nowa przygoda" – Monika o tym siedzeniu w lesie i kolejnych spotkaniach może opowiadać godzinami, bo te wyjścia w teren nigdy nie są takie same.

Jeszcze lepsze zdjęcia

Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Kolejnym zakupem Moniki był Nikon d7500 z obiektywem 150-600. To dało jej takie możliwości i takie zdjęcia, o których wcześniej nie śmiała marzyć.

 

fot. Monika Zelek

fot. Monika Zelek

Liski na przykład. Z liskami to było tak, że jak się chodzi po lesie, to zawsze się gdzieś norę przyuważy, jakieś tropy odbite na śniegu.

Wtedy jechała rowerem swoją trasą i jakiś mały cień przemknął przy drodze. Spojrzała, a to niedolisek taki, a za nim drugi i trzeci. Zaczęła się kręcić w okolicy, wypatrzyła miejsce, w którym lisia mama wykopała norę.

 

"Jak jesteś kilka razy w pobliżu, zostawiasz swój zapach i zwierzęta kojarzą, że nie jesteś dla nich zagrożeniem, to fotografowanie robi się łatwiejsze. A liski wiadomo, są ufne jak dzieciaki i zawsze znajdzie się taki mały dzikus, który się wyrwie, podejdzie bliżej niż pozostałe" – mówi lipczanka.

 

"Fajnie się żyje w świecie przyrody. Zanurzasz się w te ciszę, ten zapach i świat przestaje istnieć. Ten świat cywilizacji, który krzyczy, zasypuje nas bodźcami. Świat, którym jesteśmy zmęczeni. W lesie jesteś tylko ty, twoje myśli, cisza i zwierzęta, które spotykasz" – teraz Monika przygotowuje się do sezonu borsuczego.

 

Zaczęło się od spotkania z małym borsuczkiem, który właśnie wytoczył się z nory. To był maj, wokół kwitły konwalie, rozproszone światło rozjaśniało leśne poszycie. Po prostu miłość od pierwszego wejrzenia.

 


"Zderzasz się ze stereotypami na temat zwierząt. Czytałam gdzieś, że borsuki potrafią zaatakować człowieka. No i siedzę w pobliżu nory, czekam, światło coraz gorsze, aparat już nie daje rady i nagle z nory wychodzi pięć małych borsucząt. Zaczęły się bawić, brykać, jak to borsucze szczeniaki. I nagle wyszła matka. Usiadła, popatrzyła na mnie kodując moją obecność i po prostu poczułam w tym momencie, że ona zaakceptowała to, że jestem w pobliżu. Borsuczęta się bawiły, podbiegały do matki, ona je po borsuczemu pielęgnowała. W takich momentach czuję się częścią tego świata przyrody, czuję takie ogromne wzruszenie. To jest piękne." – opowiada.

 

fot. Monika Zelek

fot. Monika Zelek

W tym roku w jej borsuczym miejscu była przecinka, więc będzie bardziej świetliście. Borsuki są, widać ślady ich aktywności. Monika już się cieszy na te obserwacje, na te spotkania z borsukami i jeśli las będzie łaskawy, na zdjęcia, którymi będzie się dzielić z przyjaciółmi.

Ruda wariatka

Nie przyznaje się do tego podczas rozmowy, ale jej pasja już została zauważona.

 

Ma na koncie wystawę w pobliskim Debrznie, w Baszcie Czarownic jest stała ekspozycja złożona z jej fotografii i zdjęć Adrianny Pawlak i Łukasza Gwiździela.

Pisały o niej lokalne media. Opisy jej spotkań ze zwierzętami cieszą się równie dużą popularnością, co robione przez nią zdjęcia. Ciągle ma w sobie tą wielką skromność, która sprawia, że gdy piszę do niej i proszę ją o rozmowę pyta ze zdumieniem – ale na pewno chodzi ci o mnie? 

 

"Ruda wariatka, tak mówią o mnie na wsi" – śmieje się Monika.

Bo kto to widział, żeby stateczna kobieta siadała na rower, zarzucała plecak z aparatem, karimatą i siatką maskującą i ruszała w pola i lasy obserwować zwierzynę? Na szczęście Monice to nie przeszkadza, a coraz częściej widzi, że w tych komentarzach coraz więcej jest życzliwości i jakiegoś takiego podziwu dla jej pasji.

Niektóre odkrycia są zupełnie przypadkowe. Szuka się miejsca, w którym można spotkać jelenie albo dziki, a trafia na… puszczyki.

 

 

Monika ma takie ulubione miejsce w lesie pod Lipką – grodzisko położone nad rzeczką Stołunią. Rozłożyste buki, rozlewiska, meandrujący strumień.

Kilka lat temu w tej właśnie okolicy na drzewach zamontowane zostały budki lęgowe dla ptaków wodno-błotnych. To było w jej imieniny, więc pamięta nawet datę – 4 maja. Wypatrzyła budkę wiszącą na drzewie. Patrzy, a z budki wystaje coś jakby szmata. Nawet pomyślała – co za idiota zatkał budkę szmatą? Zrobiła zdjęcie, przybliżyła je w aparacie i zdębiała. Na zdjęciu była mała sowa!

 

"Czasami sama nie wierzę, że to mnie spotyka. Idziesz i wydaje ci się, że w pobliżu nie ma żywego ducha. Zatrzymujesz się, siadasz i nagle cały świat przychodzi do ciebie." – zamyśla się, a potem dalej z entuzjazmem opowiada o tym, jak po jednym małym puszczyku, z budki wyjrzał kolejny.

 

fot. Monika Zelek

fot. Monika Zelek

A potem mama puszczykowa objawiła swoją sowią obecność na pobliskim drzewie.

 


"Cały czas się uczę. Poznaję głosy zwierząt, uczę się rozpoznawać tropy. Kiedyś myślałam, że jest jedna sikorka, a teraz wiem, że oprócz bogatki jest kilka innych. Takie zakręcenie na punkcie przyrody i fotografii sprawia, że wyostrza się postrzeganie. Widzisz każdą dziuplę, każdą norkę, ruch w zaroślach. Nic ci już nie umknie" 

 

Monika mówi, że fotografia pozwala jej także spotykać świetnych ludzi. Takich, co żyją swoją pasją, potrafią się nią dzielić. Takich, po których widać, że są w tym autentyczni i że robią to, co naprawdę kochają.

 

Dzięki tej pasji miała okazję zobaczyć we Wdeckim Parku Krajobrazowym obrączkowanie zimorodków.

Ze znajomym zajmuje się czyszczeniem budek po sezonie lęgowym. Teraz z koleżanką wybiera się w okolice Tuczna na żubry.

 


"Nie ma we mnie takiego parcia na jakieś szczególne zdjęcia. Nie nastawiam się, że koniecznie muszę sfotografować wilka. Cieszę się tym, co jest. Czasami przytulam się do drzewa. Czuję, jak mi się w plecach ciepło robi, jak płynie we mnie ta energia. Łączę się z przyrodą, nabieram dystansu do problemów i takiej ufności, że byleby zdrowie było, to ze wszystkim sobie poradzę." – mówi.