fot. autor tekstu

Beksiński znany na wylot

Nikt nie zauważył, że w Poznaniu skończyło się coś ważnego. Zamknęła się cała epoka w kulturze Poznania. Art Station Foundation przestała organizować wystawy w Starym Browarze. I co? I nic. Poznaniacy nie lubią zawracać sobie głowy sztuką nowoczesną. Teraz będzie prościej i ładniej. Jak na wystawie prac Zdzisława Beksińskiego zorganizowanej już przez nowych właścicieli Starego […]

Nikt nie zauważył, że w Poznaniu skończyło się coś ważnego. Zamknęła się cała epoka w kulturze Poznania. Art Station Foundation przestała organizować wystawy w Starym Browarze. I co? I nic. Poznaniacy nie lubią zawracać sobie głowy sztuką nowoczesną. Teraz będzie prościej i ładniej. Jak na wystawie prac Zdzisława Beksińskiego zorganizowanej już przez nowych właścicieli Starego Browaru.

„Beksiński nieznany” – tak zatytułowano objazdowy pokaz reprodukcji prac tragicznie zmarłego artysty. Wystawa ta od dwóch lat wędrowała po Polsce. Pokazywano ją wcześniej w Krakowie, Rzeszowie, Lublinie, Słupsku, Toruniu, Gdańsku, Warszawie, Łodzi i Wrocławiu. W galerii na Dziedzińcu Sztuki można do 30 kwietnia oglądać ponad sto autorskich fotografii, fotomontaży i grafik komputerowych. W większości znanych od wielu lat.

 

Wystawie towarzyszą prezentacje filmów dokumentalnych o artyście.

Można też założyć specjalne okulary i wejść wirtualnie do wnętrza niektórych obrazów Beksińskiego. Mistrzostwo świata w promowaniu dorobku malarza, grafika i rysownika – bez pokazania choćby jednej oryginalnej pracy. W najwspanialszej przestrzeni wystawowej Poznania wiszą same odbitki. Całość krzyczy od wejścia, jak na stronie Fundacji Beksiński „witamy w sklepie”. Klientów niewielu...

Wszyscy wiedzą, że Beksiński zanim zaczął malować, eksperymentował z fotografią, trochę rzeźbił i rysował. Mówiło się o tym, że te zdjęcia były nowatorskie i awangardowe. Miały zapowiadać przyszłe prace malarskie i komputerowe. Niektóre pojawiały się w mediach. Na poznańskiej wystawie można ich zobaczyć wiele. Są portrety, czasem bardzo ciekawe, abstrakcje na materiałach fotograficznych, kolaże, parę widoków miejskich i pejzaży. Nie ma jednak w tych fotografiach z lat 1955–1960 nic nadzwyczajnego. Ot, poszukiwania ciekawych ujęć– fotograficzne zabawy młodego inteligentnego architekta, który nudził się w mało inspirującej pracy. Daleko im do wcześniejszych fotograficznych poszukiwań Witkacego. Nie ma sensu stawiać ich obok światowej awangardy fotografii, jak próbują robić fani sztuki Beksińskiego.

Czymś więc są komputerowe grafiki artysty? Tu Beksiński mógł dać prawdziwy upust swojej specyficznej wyobraźni. Przez wiele lat byłem pod wielkim wrażeniem jego wizji, zwłaszcza tych architektonicznych. Z czasem znudziły mnie te zastępy odczłowieczonych postaci, kłębowiska kości i odpadków cywilizacji. Zaczęły irytować wypowiedzi artysty, że jego obrazy nic nie znaczą, do niczego nie nawiązują, że tak mu się po prostu podobało. I tworzył te zimne i precyzyjne, niepodpisane obrazy całymi setkami. Nie wychodząc z domu, nie wyjeżdżając nigdzie, unikając ludzi i świata. A wyobraźnia to naczynie, które trzeba nieustannie napełniać doświadczeniami życia. Bo inaczej zamyka się i wyjaławia, staje się źródłem pomysłów banalnych. Ile razy można wklejać w obrazy oczy i upychać na nich stosy kości?

 

Prezentowane osobno – w dużej liczbie – komputerowe przeróbki zdjęć pochodzą z późniejszego okresu życia autora, z czasów jego fascynacji nowymi mediami.

Są kolorowe, efektowne i… ani trochę nie poruszają. Spotkał je los podobny do tworzonej niegdyś komputerowej muzyki i pierwszych filmów science fiction. Technologiczny zachwyt szybko przeminął i dzieła tego okresu stały się na naszych oczach tylko historyczną ciekawostką. Rozwój komputerowej techniki tworzenia obrazu zalał te wczesne próby milionami nowych i znacznie doskonalszych obrazów. Czas okazał się dla tych pionierskich poszukiwań bezlitosny. I nic tu nie pomogą zaklęcia Fundacji Beksiński, że jego dzieła „przez wieki wciąż zachwycać będą”. Nawet próby wykreowania wirtualnej rzeczywistości z jego obrazów mają się nijak do pierwszej lepszej komputerowej gry wchodzącej właśnie na rynek – co nie znaczy, że twórcy tych gier nie inspirują się pracami Beksińskiego. I tu tak naprawdę zadziwiające owoce wyobraźni tego artysty żyją w zbiorowej wyobraźni. Można je dostrzec w nominowanej do Oskara animacji „Katedra Tomasza Bagińskiego” i w paru topowych hollywoodzkich filmach pokazujących świat po totalnej zagładzie. To w taki sposób Beksiński zapisał się paradoksalnie w historii sztuki. Jako wielki inspirator, bo wielkim malarzem nigdy nie był.