fot. Olga Urban

Buchnęło, zawrzało i zgasło

Lato - czas podsumowań sezonu. W tym roku to także sezon gwałtowniejszych niż zwykle letnich burz. Zmienia się klimat, musimy przygotowywać się na coraz bardziej ekstremalne zjawiska atmosferyczne.

Miranda:
Piękny, śmiały okręt,
Szlachetne pewno niosący istoty,
Przepadł w otchłaniach, a tonących krzyki
Znalazły echo w głębinach mej duszy.
Prospero:
Ukój się, powiedz litosnemu sercu:
Nic się nie stało złego.
William Szekspir „Burza”, akt I, scena 2.

 

Tegoroczny sezon teatralny, znów dziwny, niepełny, naznaczony kolejnym zamknięciem teatrów też miał swoją burzę wynikającą ze zmiany klimatu. Coś wisiało w powietrzu, co część osób związanych z teatrami w Polsce czuła (tak zwani meteopaci), część o nich wiedziała (to z kolei klimatolodzy), oni jednak woleli nie straszyć apokaliptycznymi wizjami.

 

Części oglądaczy teatru wystarczyło patrzenie na niebo: jest słońce, albo pada; cytując słynne mądrości ludowe: „Taki mamy klimat” czy „Jest zima, musi być zimno”.

Inaczej niż w światowych zmianach klimatycznych, nasza zmiana społecznego klimatu wydawała się wstępem do wyczekiwanej odmiany.
Nasza sezonowa burza, choć poprzedził ją skromny wał szkwałowy, wyglądała początkowo na bardzo groźną – pioruny oskarżeń i wyznań waliły mocno i celnie.

Z dużej chmury…

To, co wydawało się wielką nawałnicą, która oczyści powietrze i pozwoli swobodniej oddychać, skończyło się szybko i równie gwałtownie. Otwarto ponownie teatry i cały front burzowy został zepchnięty przez wyż optymizmu (niektórzy sugerowali nawet, że gdyby nie zamknięcie teatrów, co spowodowało brak pracy wśród artystów, burza nigdy by się nie zaczęła).

Pomijając pierwsze, pojedyncze pomruki zainicjowane „sprawą Passiniego”, burza na dobre rozszalała się w połowie marca. Za jej prolog można uznać tekst gdańskiego recenzenta Piotra Wyszomirskiego pod bardzo dziwnym tytułem: „Jak napisać recenzję ze spektaklu, o którym wie się za dużo?”. Recenzja Wyszomirskiego to przypadek wystąpienia klimatologa – ten, kto nie zna się na rzeczy, nie zorientuje się o co w niej chodzi.

 

Tekst co prawda kończy się pochwałą dyrektora Teatru Wybrzeże za to, że powołał komisję antymobbingową, ale zwykły meteopata mógł się najwyżej domyślać, o co chodzi.

Natomiast po „Oświadczeniu Teatru Wybrzeże” sprawa stała się aż nazbyt jasna nawet dla tych, którzy klimatem wcale nie byli zainteresowani:

 

„Z niesmakiem, graniczącym z zażenowaniem, zdumieniem i oburzeniem przeczytaliśmy (…) tekst pana Piotra Wyszomirskiego (…), który pod płaszczykiem recenzji przedstawienia „Lilli Wenedy” jest stekiem pomówień, supozycji i insynuacji. Zapewne Grzegorz Wiśniewski podejmie stosowne kroki dla obrony swojej prywatności i dobrego imienia. A Teatr Wybrzeże zapewnia, iż już od wielu miesięcy działają tutaj wdrożone z akceptacją wszystkich pracowników procedury antymobbingowe. Wybrzeże, jak każda instytucja, nie ma obowiązku podawać do publicznej wiadomości informacji o swoich wewnętrznych działaniach ani przebiegu procesów realizacyjnych, konfliktach czy ich braku, burzliwych problemach czy pogodnym błogostanie. Jeśli istnieje taka konieczność mamy od tego rzecznika prasowego i swoje kanały informacyjne.”

Wybiło

Dzień później – by pozostać przy wodno-kanalizacyjnej metaforze – zatkany oficjalny „kanał informacyjny” wybił w drugim końcu Polski. Na stosowaną wobec nich przemoc przez wykładowczynię poskarżyli się studenci AST we Wrocławiu. To znaczy: poskarżyli się wcześniej, też przez oficjalny kanał, czyli dwa lata wcześniej zgłosili sprawę władzom uczelni. Efekt? Żaden – poza tym, że skarżący się student został pozwany przez wykładowczynię o zniesławienie. Sprawa jest w sądzie.

 

Myślę, iż w związku z notorycznym zatykaniem się (za dużo nieusuwanego szlamu?) oficjalnych kanałów, nawałnica przeniosła się do najdrożniejszego kanału burzowego – internetu.

To tam pojawiały się oświadczenia, złe wspomnienia ze szkół aktorskich i związane z przemocą w teatrze. Nazwano to „publicznym piętnowaniem”, ale choćby na dwóch przywołanych przykładach widać dlaczego tak się stało – oficjalne kanały nie działały, więc wybijało tam, gdzie mogło.

Za zasłonką

Wielkopolskie teatry ominęła ta burza – można ją było śledzić z oddali. Nie oskarżono żadnych dyrektorów o praktyki mobbingowe, nie było skarg na reżyserów. Poznańscy aktorzy, jak na przykład Antonina Choroszy czy Konrad Cichoń, mówili o tym, co spotkało ich w szkołach teatralnych. W zasadzie powinniśmy się cieszyć, lub nawet być dumni z takiego antyprzemocowego obrazu wielkopolskich teatrów, nie ma jednak pewności, jakie są tego przyczyny.

 

Czy może nadal istnieje strach przed ujawnieniem przemocy i potrzeba ukrycia niewygodnych faktów za gęstymi firankami?

Czy może rzeczywiście doświadczenia sprzed lat, kiedy w sposób skuteczny i bez wywoływania wielkiego szumu usunięto dwóch dyrektorów-mobberów, spowodowały, że przemocy – przynajmniej w dużej skali – nie ma w Wielkopolskich teatrach? Jeśli – a mam nadzieję, że tak – jest to ten drugi przypadek, pokazuje on jak ważne jest szybkie i stanowcze działanie instytucji, którym teatry podlegają. Te wiele lat temu sygnalizatorzy zostali potraktowani poważnie, w efekcie dyrektorzy rozstali się z miejscem może nie bardzo szybko (wszystko warto robić lege artis), ale za to skutecznie.

A może jednak przemoc w polskich teatrach nie jest tak powszechna i instytucjonalnie usankcjonowana, jakby wynikało to z marcowego wybuchu? Może obraz wszechprzemocowości w teatrze jest wynikiem szczególnego splotu tego, gdzie ma ona miejsce i kto ją uprawia?

 

Niemal wszyscy polscy aktorzy wychodzą z tych samych trzech szkół oraz ich filii, gdzie stykali się z kilkoma tymi samymi przemocowymi wykładowcami – kilka osób mogło skrzywdzić dużą liczbę studentów.

Sądząc z kolejnych wypływających afer kolejny etap przemocy w teatrze wiąże się z działalnością kilku twórców, którzy z kolei pracują w różnych teatrach w Polsce.

Czy więc przemoc w polskim teatrze ma charakter instytucjonalny, czy może to jednak widoczne działania grupy osób, które czują, iż mają władzę absolutną, a ich osiągnięcia artystyczne dają im prawo do rozmaitych przekroczeń? Nie wiem. By odpowiedzieć na to pytanie trzeba przeprowadzić rzetelne i szerokie badania pozwalające ustalić zasięg zjawiska. Nie oznacza to równocześnie odbierania prawa do dzielenia się swoimi opowieściami przez tych, którzy czują się ofiarami przemocy.

Wyznania

Wielka burza, która mogła oczyścić powietrze, tak jak gwałtownie się zaczęła, tak równie gwałtownie zgasła. Do końca marca pojawiały się liczne wspomnienia znanych teraz aktorów z ich czasów studenckich: fuksowania, podejścia do nich wykładowców, konsekwencji wyłamania się z przemocowego rytuału przejścia z fuksa w studenta. Choć opisy tych zachowań były dość wstrząsające, nie ujawniano nazwisk tych, którzy fuksowali – oprawców upojonych swoją chwilową władzą, a teraz być może kolegów ze sceny czy planu.

Tak jakby szkoły teatralne opuszczały wyłącznie ofiary przemocy, a jej sprawcami byli kosmici bądź aktorzy, którzy gdzieś zaginęli w koleinach losu. Rozumiem potrzebę wyrzucenia z siebie traumatycznych przeżyć, podzielenia się swoją historią, ale czy tylko na tym etapie powinna się skończyć fala rozliczania z przemocy?

 

Jeden aktor – Bartosz Bielenia – przyznał się, że był sprawcą przemocy i przeprosił tych, których skrzywdził.

Nie czekał, aż fala oskarżeń i wspomnień się wyleje. Jego przeprosiny datowane są na 20 marca. Pięć dni później ukazał się tekst Eweliny Marciniak:

 

„Milcząca reżyserka mająca łatkę przemocowej próbuje się uporać z tym już jakiś czas. Oglądam zdjęcia ze starych spektakli. Dużo wzruszeń, ale jeszcze więcej autorefleksji. Wiele osób we współpracy ze mną mogło się poczuć stłamszonych, ignorowanych lub nietraktowanych z należytą uwagą i szacunkiem. Chciałabym dzisiaj, na tyle na ile potrafię, przeprosić wszystkich tych, którzy tak się czuli. Nigdy nie miałam złych intencji. To były złe doświadczenia współpracy i nie powinny mieć miejsca. (…) Kiedy to piszę wiem, że jestem już w innym punkcie. Od kilku lat próbuję przeobrazić swoją pracę. Wiem, że wiele sytuacji z przeszłości mogło być przeżyciem, którego nigdy nikomu nie chciałabym dać. Ale wiem też, że zmiana jaka się teraz dokonuje/jaką wspólnie tworzymy niesie bezpieczeństwo i przyjemność kreatywnej pracy dla nas wszystkich. Ta zmiana zarówno we mnie jak i w polskim teatrze już trwa – jest dla mnie szczera i autentyczna.”

 

Cztery dni po Ewelinie Marciniak otwarty list wystosował Marek Kościółek, współtwórca offowego zespołu Krzyk z Maszewa:

 

„Wiele lat temu, kiedy zaczynałem swoją pracę w teatrze, moje zachowania były przemocowe. Skrzywdziłem bez świadomości przede wszystkim swoich najbliższych współpracowników. Wymuszałem i ukierunkowywałem działania, które nie powinny mieć nigdy miejsca. (…) Dzisiaj nie ma innej drogi, jak samooczyszczanie i przeproszenie tych, którzy zostali w wyniku moich posunięć skrzywdzeni. Dlatego najbardziej przepraszam osoby, z którymi przez lata współtworzyłem teatr. Wiem, że moje zachowania były dla Was krzywdzące i niesprawiedliwe. Nie zasłużyliście na to, bo jesteście wspaniałymi ludźmi. Moimi przyjaciółmi i osobami, których szanuję i podziwiam za to, co robicie i jak pracujecie. Przepraszam również tych, których skrzywdziłem przez pojedyncze zachowania, odrealnione pomysły i przemocowe chwyty. Wiem, że taka lista osób istnieje. Przepraszam za manipulację, której byłem autorem. Za słowa, agresję i wszystkie te środki wychowawcze, które nie powinny mieć nigdy miejsca.”

 

Te trzy wyznania to w zasadzie wszystko, co może świadczyć o autorefleksji polskich twórców w kwestii przemocy. Jedynie oni wystąpili pierwsi, nieoskarżani przez nikogo, choć ich nazwiska nie pojawiły się wśród sprawców przemocy. Tylko trzy osoby zdobyły się na publiczne przeprosiny.

 

Trzy osoby, które przemocowe zachowania mają za sobą. Czyżby tylko te trzy osoby w całym środowisku teatralnym w Polsce miały świadomość, że ich sposób tworzenia mógł wywoływać u współpracowników poczucie krzywdy?

W połowie maja rząd pozwolił otworzyć teatry. Skończyły się wyznania i rozważania, co dalej z polskim teatrem. Trzeba pracować, grać, ocalić to, co jeszcze się da z tego sezonu.

Co zostało z sezonowej burzy? Żadnych zatopień, najwyżej lokalne podtopienia. Strat w ludziach i mieniu nie ma. Ewaluacji nie było, wystarczyło schować się i przeczekać.

Jak to zwykle u nas: „Buchnęło, zawrzało i zgasło.”