fot. Mariusz Forecki

Być jak Diana Krall

Od: 14/04/2018

Mówi się, że wypadki chodzą po ludziach. Jak pokazał sobotni koncert w ramach wiosennej edycji tegorocznej Ery Jazzu – również muzyczne kooperacje i zaskakujące niespodzianki. Trudno potraktować inaczej występ australijskiej pianistki i wokalistki Sarah McKenzie, bo kiedy jej zespół tkwił na lotnisku we Frankfurcie, zrodził się pomysł, by zastąpić go poznańskimi muzykami…

CHWILE GROZY

Tego dnia żaden organizator nie chciałby znaleźć się w skórze Dionizego Piątkowskiego. Organizowanie koncertów, a tym bardziej festiwali, to zawsze trudne logistyczne przedsięwzięcie, które czasem przypomina sporty ekstremalne. Jest sobotnie południe, wieczorny występ jednej z gwiazd zaplanowany od a do z, aż tu nagle – jak grom z jasnego nieba – spada informacja, która sprawia, że wydarzenie staje pod znakiem zapytania. O ile Sarah McKenzie dotarła do Polski odpowiednio wcześniej, o tyle jej muzycy już niekoniecznie. Na opóźniony lot nie ma rady. Można siąść i płakać albo… Skrzyknąć tych muzyków, co trzeba. A trzeba najlepszych, na szczęście Poznań nie cierpi na ich brak. Choć nie ma wątpliwości, że Piątkowski to od wielu lat jeden z najlepszych animatorów jazzu w Polsce i niewiele jest go w stanie zaskoczyć, wówczas musiał przeżywać prawdziwe chwile grozy. Mówiąc półżartem: ta sytuacja po raz kolejny dowiodła, że w przypadku tej muzyki zdarzyć się może naprawdę wszystko.

SARAH NASTĘPCZYNI

 

Europejscy dziennikarze słyszą w niej następczynię Diany Krall. To świetny trop, bo złotowłosej McKenzie blisko do niej, jak chyba żadnej innej.

Podobna aparycja, a przede wszystkim – talent. Kiedy uważnie wsłuchamy się choćby w najnowszy album Sarah pt. „Paris In The Rain”, szybko wychwycimy cały szereg podobieństw. Z autorką „Just The Way You Are” łączy ją nie tylko miłość do eleganckiego jazzu na fortepian, ale także zjawiskowy wokal, idealnie wpasowujący się w szeroko pojęte klimaty retro, w których swing zawsze odgrywał niebagatelną rolę. Szeroko pojęte – bo podobnie jak Krall Australijka równie chętnie sięga po ballady o charakterze popowym, jak i klasyczne utwory z rejonów bluesa, bossa novy, a przede wszystkim jazzu sprzed 80 czy 90 lat. Cole Porter, Duke Ellington, Nat King Cole – duch rewolucyjnych kompozycji tej wielkiej trójki amerykańskiego jazzu unosi się w każdym z utworów McKenzie, co najlepiej słychać było na żywo, podczas jej występu w Auli Uniwersyteckiej.

SARAH MCKENZIE: EKSCYTACJA, SATYSFAKCJA I RADOŚĆ


Koncert Sarah McKenzie pt. "From Standards With Love", wiosenna edycja poznańskiego festiwalu Era Jazzu
14 kwietnia, godz. 20.00, Aula Uniwersytecka (ul. Wieniawskiego 1).
Artystce towarzyszyli polscy muzycy: Damian Kostka, Dawida Kostka oraz Mateusz Brzostowski.

Pianistka wystąpiła w nieoczekiwanym, choć doborowym składzie. Trudno określić go inaczej, bo tworzyli go – nie od dziś związani z Erą Jazzu –

 

 

gitarzysta Dawid Kostka i jego nie mniej uzdolniony brat, kontrabasista Damian, a także perkusista Mateusz Brzostowski.

 

Kiedy grają, pomiędzy nimi wytwarza się unikalna chemia, która tego wieczoru była swego rodzaju gwarancją, że koncert Sarah nie tylko dojdzie do skutku, ale będzie jedyny w swoim rodzaju. Zwłaszcza że McKenzie przygotowała dla publiczności naprawdę spójny i przemyślany repertuar. Znalazły się w nim utwory ze wszech miar klasyczne, jak choćby „Triste” – czarująca klimatem Franka Sinatry kompozycja brazylijskiego mistrza bossa novy Antônia Carlosa Jobima czy szlagier „Bye Bye Blackbird” Raya Hendersona i Morta Dixona – na modłę „królowych” Elli Fitzgerald, Peggy Lee czy Julie London, wykonana z doskonałym wyczuciem jej zaraźliwej melodii. Jednak pojawiły się także autorskie kompozycje McKenzie, z których warto wyróżnić przede wszystkim tytułowy „Paris In The Rain” – zachwycający impresyjnością, chwytający „w locie” urok i magię tego cenionego przez artystkę miasta, a także „I’ve Got The Blues Tonight” – podrywający publikę rozhuśtanym motywem.

Sarah McKenzie

 

W wielu momentach występu (zwłaszcza tych improwizacyjnych) na twarzach całej czwórki było widać ekscytację, satysfakcję i radość, że mimo ryzyka występ nie tylko przebiegł bez szwanku, ale przyniósł sporo uniesień.

Nastrój udzielał się publiczności, która wraz z końcem występu podniosła się z krzeseł, by nagrodzić muzyków gromkimi oklaskami. Bo choć Era Jazzu od lat raczy poznańskich miłośników jazzu koncertami na światowym poziomie, to jednak takie wieczory nie zdarzają się często. Kto spędził go w Auli Uniwersyteckiej, ten z pewnością go zapamięta.

 

CZYTAJ TAKŻE: Late Summer Festival: Deszcz i łzy
CZYTAJ TAKŻE: Dominic Miller na Akademii Gitary: Wolny jak ptak. Recenzja koncertu
CZYTAJ TAKŻE: Akademia Gitary 2018: Wsłuchać się w siebie. Inauguracja festiwalu