fot. Dawid Stube, na zdjęciu Mikołaj Woźniak

Bycie dudziarzem to rodzaj misji i posługi

Z Mikołajem Woźniakiem, gnieźnieńskim dudziarzem i członkiem Zespołu Muzyki Dawnej Huskarl - o historii i jej popularyzacji, o dudach, muzycznej pasji i niecodziennym graniu oraz próbach zachowania gnieźnieńskiej i wielkopolskiej tradycji dudziarskiej - rozmawia Kamila Kasprzak-Bartkowiak.

Kamila Kasprzak-Bartkowiak: Na jednym z późnośredniowiecznych kafli gnieźnieńskich, które znajdują się w Muzeum Początków Państwa Polskiego, możemy zobaczyć niedźwiedzia grającego na dudach. Natomiast współcześni gnieźnianie, coraz częściej z tym instrumentem kojarzą Ciebie. Skąd się wzięły Twoje dudy?

Mikołaj Woźniak: Istnieje kilka powodów, dla których zdecydowałem się pójść tą drogą. Pierwszym i niewątpliwie ważnym czynnikiem jest historia. Była ona moją pasją od najmłodszych lat i to zamiłowanie towarzyszy mi do dnia dzisiejszego. Historię traktuję, jako pewien sposób na poznawanie i doświadczanie otaczającego świata.

Urodziłem się i dorastałem w okolicach Gniezna, czyli legendarnej pierwszej stolicy Polski.

Ponadto w rodzinnej wsi  – Jankowie Dolnym, już od XI wieku istniał gród, który później był siedzibą szlacheckiego rodu Porajów. Cóż, dorastając w takim miejscu, jest się na historię skazanym.

Co czuje dziecko, spoglądając na Katedrę Gnieźnieńską – symbol władzy i miasta królewskiego? Co czuje dziecko, słysząc, że pierwszych pięciu polskich królów koronowano w Gnieźnie? Co czuje dziecko, słysząc niezliczone ilości legend piastowskich? 

 

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

Przebywanie w ruinach zamków, grodów, pałacowych posiadłościach, czy wiejskich skansenach, zawsze budziło u mnie podziw i szacunek dla kultury przodków.

Kształtowała się wtedy podświadomie moja wrażliwość – na to, co zawierało się w kształcie, kolorze, zapachu, dotyku. Kiedy świadomości przybywało, zaczęła się fascynacja książką, obrazem i rysunkiem. Pojawiła się próba zrozumienia dawnych legend i przypowieści, które były przekazywane z pokolenia na pokolenie. 

 

Okoliczności te utorowały moją drogę do instrumentu zwanego dudami.

Pierwsze poważne myśli na temat dud zaczęły się wraz ze wstąpieniem w szeregi ruchu rekonstrukcji historycznej epoki średniowiecza. Festiwale odtwórstwa historycznego uświadomiły mi, że historia to nie tylko wyobraźnia, książki, muzea, czy monumentalne budynki. Dzięki nim okazało się, że podróż w czasie jest możliwa. Zobaczyłem świat, w którym pasjonaci historii starają się ją poczuć niemal na własnej skórze.

 

A największą przyjemnością był dla mnie widok dobrze bawiących się odtwórców, którzy zarażali pozytywną energią innych ludzi. Dzięki pasji, zaangażowaniu, a także zabawie po prostu uczyli oni innych historii!

Tym festiwalom towarzyszyła też oczywiście muzyka dawna, ludowa, a czasem współczesna. Koncertów nie brakowało, lecz często zdarzało się, że muzyka puszczana była z dużych głośników, a zespoły – nierzadko ubrane we współczesne ubrania – odbiegały od próby surowego i epokowego jej wykonawstwa.

Coraz częściej miałem wrażenie, że – w porównaniu do innych prezentowanych na takich festiwalach rzemiosł oraz profesji, poczynając od kowali, szewców, garncarzy czy w końcu wojów i rycerzy – muzyków i badaczy tego tematu było zdecydowanie za mało. Brakowało w tym wszystkim po prostu muzyki na żywo, w prostej i czytelnej dla ludzi formie. 

 

Zacząłem szukać wtedy własnej drogi i po raz pierwszy zainteresowałem się muzyką dawną i tradycyjną.

 

Poszukiwałem źródeł historycznych w publikacjach naukowych oraz popularnonaukowych, internecie, zbiorach muzealnych. Dogłębnie wsłuchiwałem się w świetne zespoły muzyki dawnej, grające od lat 70. i 80. oraz te grające muzykę dawną współcześnie. Jeszcze inne spojrzenie dały mi  zespoły folkowe, które inspirując się muzyką średniowiecza i renesansu, grają w nieco rockowym, czy nawet punkowym stylu. To takie zderzenie klasyki i rozrywki, które zapewne w średniowieczu również miało miejsce.

 

KKB: Rozumiem, ale gdzie w tym wszystkim Twoje dudy?

Mikołaj Woźniak: Pierwsze dudy nabyłem z dnia na dzień, bez zbędnego zastanawiania się. Wiedziałem czego chcę i miałem poczucie, że jestem do tego wyboru przygotowany.

 

Była to rekonstrukcja dud średniowiecznych. Oczywiście nie da się ich od tak kupić, bo dudy to rękodzieło, które się zamawia, a ludzi zajmujących się sztuką budowania tego instrumentu jest mało.

Pierwsze miesiące były trudne, zwłaszcza dla samouka. Ale po głowie chodziła mi nieprzerwanie jedna myśl: Skoro mogę widzieć i czuć historię, to chciałbym ją też słyszeć i dzielić się nią z innymi.

Dziś mam łącznie ponad 20 instrumentów historycznych i tradycyjnych, 8 kompletów dud z Polski oraz Europy, natomiast w zeszłym roku pod okiem mistrza zbudowałem własne. Niebawem mam nadzieję, że będzie ich więcej. Gram od 5 lat, no ale kto wie kim byłem w poprzednim wcieleniu? Może dudziarzem w XIV wieku…

Bardzo się cieszę, że w pierwszym pytaniu pojawił się wątek kafli z dudami. Przyznaję, że one też odcisnęły na mnie swoiste piętno. W moich rodzinnych miejscowościach – Jankowie Dolnym oraz Gnieźnie – znaleziono największy w Polsce średniowieczny zbiór XV-wiecznych kafli piecowych. Dwa kafle przedstawiające dudy są unikatem na skalę nie tylko ogólnopolską, lecz także europejską.

 

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

To najstarsze przedstawienia dud w Wielkopolsce, gdzie do dziś ten archaiczny instrument w muzyce tradycyjnej występuje.

Zdradzę małą ciekawostkę. Podczas przedwojennych badań terenowych prowadzonych przez muzykologów, region gnieźnieński nie został uwzględniony jako region dudziarski. Tereny przy miastach takich jak Poznań, Leszno, Rawicz, Zbąszyń czy Kościan natomiast tak. Jest to pewien paradoks, zważając na liczne źródła historyczne, które Gniezno – zarówno ukazują jak i wspominają – jako miasto charakteryzujące się wysokim poziomem kultury artystycznej.

Oprócz naszego regionu, w którym mamy najwięcej odmian tego instrumentu, dudy obecne są także w Beskidzie Żywieckim, Beskidzie Śląskim oraz na Podhalu. Niestety w innych regionach naszego kraju dudy nie zachowały się do czasów dzisiejszych. To świadczy o sile tożsamości regionalnej, jaką ma Wielkopolska. Pamiętajmy, że instrument ten powszechnie zaczął funkcjonować w europejskim instrumentarium już w IX wieku.

 

KKB: Słuchając tak zwanej kozy, trudno nie ulec jej kojącemu, czy wręcz hipnotycznemu czarowi. A czym Ciebie zachwyca ten instrument? Dlaczego nie sięgnąłeś po coś bardziej powszechnego, jak gitara, trąbka albo perkusja?

MW: Zachwyca mnie w nim siła dźwięku przy jednoczesnej wrażliwości. Instrument potrafi uderzyć dźwiękiem, po czym osobliwie ukoić duszę. Wielu znajduje w nim oczyszczenie, popada w trans. Większość ludzi, których spotykam, słyszy pierwszy raz dudy na żywo. Zachwycające jest to, że zdecydowana większość czuje wtedy ciarki na plecach.

Zaskakująca jest także prostota ich konstrukcji, będąca jednocześnie sporą komplikacją.

To bardzo nieprzewidywalny instrument, który często bywa kapryśny i nie chce grać, kiedy sytuacja tego wymaga.

W kwestii historycznej – dudy posiadają rodowód. Jest to instrument znajdujący się w muzycznej hierarchii wysoko. Bycie dudziarzem to pewien rodzaj misji i posługi. W niektórych kręgach muzykę dudziarską zwykło nazywać się wprost duchową, na przykład na Białorusi dudar (dudziarz) nazywany był szamanem. Szkoccy wojownicy natomiast bez dud nie wychodzili do walki .

 

Przykładem z naszego podwórka jest piechota Rzeczypospolitej, która w czasach swojej świetności maszerowała między innymi z dudami.

Ceremonie zaślubin jak i pogrzeby w wielu krajach związane są bezpośrednio z tym instrumentem. Dudy grały wśród prostego ludu, ale też w środowisku władcy – reprezentanta Boga i władzy w królestwie. Zachwyca mnie ich wielowiekowa tradycja, a co za tym idzie wysoka pozycja.

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

Każdy historyczny utwór posiada swoją historię i okoliczności, w jakich powstał. Dzięki temu z łatwością można przenieść się do starej karczmy, zamkowej sali, czy w sam środek zażartej bitwy.  Najlepiej wspominam grę w kościołach i zamkach, które liczyły nawet 800 lat. To przeżycia, które zapamiętuje się na długo.

A dlaczego nie powszechne instrumenty? Nie leży to w kręgu moich zainteresowań. Zresztą szkoda mi czasu na powszechność. Poszukuję czegoś więcej.

 

KKB: Twoje zamiłowanie do dud ma również aspekt teoretyczny. Jesteś autorem „Felietonów dudziarza”. Edukowanie innych jest dla Ciebie ważne?

MW: Tym, co robię, lubię się dzielić z ludźmi. Myślę, że jest to rodzaj powołania. Mam misję, by uświadamiać o ponadczasowej wartości dud, dawnej muzyki i lokalnej historii. Proces komercjalizacji sprawia, że świat dawnych wartości niknie bezpardonowo, a przecież sens nie zawiera się jedynie w konsumpcji i życiu z dnia na dzień, prawda? 

To nic innego, jak chęć dzielenia się czymś z drugim człowiekiem.

Staram się ukazać historię, nie tylko naznaczoną wojnami, polityką i wynalazkami, ale też potężnym dorobkiem kulturowym, w tym piękną muzyką, która z epoki na epokę zmieniała się i ewoluowała w różnych kierunkach.

Z radością odbieram wiadomości, że w wyniku tego, co ktoś zobaczył bądź usłyszał, chciałby, lub już zaczął grać na tradycyjnym instrumencie. Jeśli są to dudy, to uznaję to za swój największy sukces.

 

KKB: Skąd czerpiesz wiedzę?

MW: Z literatury, nagrań archiwalnych, publikacji naukowych i popularnonaukowych. Źródłem jest przede wszystkim internet, będący potężną bazą informacji. Zawarte są w nim liczne biblioteki cyfrowe, zbiory muzealne dostępne online, czy w końcu świetne nagrania wykonywane przez profesjonalistów. 

 

Tyle jeśli chodzi o teorię. Praktyka to różnorakie warsztaty, wymiany muzyczne, koncerty na żywo, czy w końcu festiwale dotyczące muzyki dawnej, tradycyjnej, a także ogólnie rzecz biorąc festiwale historyczne.

Jest jeszcze jeden szczegół. Jak już mówiłem, od najmłodszych lat stąpałem po ziemi, gdzie odnaleziony został unikatowy, piętnastowieczny kafel z dudziarzem. To bardzo rzadkie zjawisko, skłaniające do refleksji. Gdy wciągnąłem się w grę na dudach, zacząłem bardzo intensywnie poszukiwać źródeł historycznych związanych z tym instrumentem. Wtedy odkryłem te kafle, pochodzące z moich rodzinnych miejscowości. To zbudowało jeszcze silniejszą więź między mną, a dudami. Potraktowałem to, jak znak, by kontynuować tradycję dudziarską.  

 

KKB: Czy dudy był to instrument ludowy znany niezamożnej większości, czy raczej dworski, obecny wśród wyższych sfer?

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

MW: Dudy należy traktować jako ewenement, zarówno polskiej, jak i europejskiej kultury. W Polsce instrument ten funkcjonował zarówno na dworach królewskich i szlacheckich, jak również wśród mieszczan, wieśniaków, a także w wojsku. Taki międzyklasowy porządek rzeczy utrzymywał się na naszych ziemiach od średniowiecza do wieku XVIII, kiedy to instrument ten stał się charakterystyczny przede wszystkim dla wsi.

 

W dawnej Polsce istniało najprawdopodobniej 15 odmian tego instrumentu, natomiast dziś znamy ich jedynie i aż 8.

Dzisiejsze dudy stanowią relikt minionych wieków. W europejskiej kulturze muzycznej funkcjonują od blisko 2000 lat. Wiemy o tym, dzięki relacjom pozostawionym w różnych źródłach przez mieszkańców starego kontynentu, a także dzięki badaniom muzykologicznym. Praktycznie w każdym kraju europejskim wykształciło się wiele regionalnych odmian dud. W Szkocji są one instrumentem narodowym.

 

KKB: Przejdźmy do Huskarla, skąd wziął się pomysł i potrzeba zespołowego grania?

MW: Samemu można wiele zrobić, ale w grupie jeszcze więcej. Kiedy spotyka się kilku pasjonatów, powstają rzeczy dobre, a czasem wręcz unikalne.

 

Huskarl powstał z kilku powodów.

Imprezy o charakterze historycznym, archeologicznym, czy popularnonaukowym potrzebują zespołów, które nie tylko zagrają historycznie, lecz także o historii opowiedzą. Ponadto zagrają w strojach z epoki, na historycznych instrumentach i bez użycia prądu.
Czy istnieje lepszy wybór dla średniowiecznych jarmarków, turniejów rycerskich, sal zamkowych, czy chociażby tańców przy ognisku? Robimy to tak, jak kiedyś było.

 

Szczególnie istotna jest też edukacja dzieci w szkołach, w ramach żywych lekcji historii. Opowiadamy im dzieje za pomocą baśniowej muzyki, barwnych strojów i dawnych legend. Odnoszę wrażenie, że to najskuteczniejsze lekcje historii, jakie można dzieciom zaproponować.

Kolejną kwestią jest fakt, że dzięki nam Gniezno posiada zespół muzyki dawnej. Czegoś takiego tu wcześniej po prostu nie było. Jest to pewien ukłon w stronę historii naszego miasta, ma wymiar symboliczny. 

 

Organizując „Folkowy wieczór w Młynie” stworzyliśmy wydarzenie, na które przybywali zarówno miłośnicy muzyki dawnej i tradycyjnej, jak również mieszkańcy zaciekawieni tym tematem. Gdy potrzeba zagrać w sposób surowy i epokowy – wykonujemy swoje zadanie. Gdy potrzeba zagrać w sposób nowoczesny i dotrzeć do współczesnego odbiorcy – gramy nieco współcześniej, inspirując się jedynie dawnymi dźwiękami.  Jesteśmy dumni z tego, że przyczyniamy się do kontynuacji dziedzictwa kulturowego, zarażając odbiorców historią. Przede wszystkim jednak sprawia nam to przyjemność.

 

KKB: A czy nie masz pokusy, żeby poza odtwórstwem dawnych brzmień, łączyć je ze współczesnymi dźwiękami i stworzyć coś swojego, a potem wystąpić na przykład na OFF Festivalu czy Etnoporcie?

MW: Wiesz, ideą jest grać i odnajdywać się na każdym polu. Nie mówię nie! Pokus raczej nie miewam, bo w dzisiejszej plastikowej rzeczywistości, to co robię i tak jest egzotyką.

 

Nie znajdziemy w dudach śladów prądu, instrument przeważnie wykonany jest z kilku prostych rzeczy: drewna, skóry i trzciny. Kto by pomyślał, co?

Przyznam, że podejmowałem już próby tego typu,  jednakże nadal pozostaje to w sferze przyszłości. Wiele rzeczy przychodzi znienacka, nigdy nie wiadomo, kiedy coś się zacznie, a kiedy skończy. Na polskim rynku muzycznym pojawia się zresztą coraz więcej tego typu projektów. Mi zdarzało się przygrywać do reggae, rapu czy bluesa. Zdarzało się łączyć dudy z syntezatorem. Muzyka jest wielowymiarowa, nie ma w niej granic. 

 

KKB: Opowiedz jeszcze o zbudowanych przez ciebie wielkopolskich dudach.

MW: Cóż, to nowy rozdział mojego dudziarskiego życia, choć obecnie w fazie początkowej. Pozostaje jeszcze ogrom nauki i cierpliwości. Bo w tym fachu, oprócz zdolności manualnych i rozumienia instrumentu, najbardziej pożądaną cechą jest cierpliwość.

 

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

Mikołaj Woźniak, fot. Dawid Stube

Budowanie dud to proces skomplikowany, składający się z wielu etapów.

Profesja ta prawie wymarła, dudy wielkopolskie buduje w Polsce zaledwie kilka osób. Dlatego między innymi się tego podjąłem. Towarzyszy temu możliwość rozwoju muzycznego,  ponieważ budowanie dud pozwala odkryć ten instrument z zupełnie innej strony. Jest to kolejne wzmocnienie więzi muzyka z instrumentem.

Dzięki kilku życzliwym osobom przekonałem się do tego pomysłu i razem z wielkopolskim mistrzem dudziarskim Tomaszem Kicińskim, zacząłem go realizować. Dudy wielkopolskie typu bukowsko-kościańskiego zostały zbudowane w ramach „IX Szkoły Mistrzów Budowy Instrumentów Ludowych – programu Pracowni Muzyki Tradycyjnej Instytutu Muzyki i Tańca w Warszawie”. Obecnie dobrze się mają, a grają jeszcze lepiej.

 

KKB: Myślisz, że tradycja dudziarska w naszym regionie (i nie tylko) nie zginie?

MW: Tradycja dudziarska nie zginie, jeśli będą ludzie, którzy o nią zadbają. Niematerialne dziedzictwo trudniej zachować aniżeli materialne. Ono potrzebuje troski, czasu i pielęgnowania, ale przede wszystkim kontynuatorów. Dlatego tak ważna jest popularyzacja i uświadamianie w tych kwestiach – zwłaszcza młodych ludzi.

 

KKB: A czego życzyć Tobie oraz pozostałym członkom Huskarla na najbliższy czas?

MW: By dudy kaprysów nie sprawiały! A przy okazji szczypty cierpliwości i pomyślności w działaniu. Oraz przede wszystkim dobrych ludzi na naszej drodze,  reszta przyjdzie już sama.