fot. Carolina Jambara Theatre

Chce mi się starać

"Narcyzom znacznie łatwiej jest występować na scenie, ponieważ stres który w sobie mają, zamienia się w potrzebę zauważenia. Ja chcę coś powiedzieć na tej scenie, chcę zostać wysłuchana, chcę zostać zauważona." - mówi młoda konińska artystka Szantal Strzelińska, w wywiadzie przeprowadzonym przez Monikę Marciniak.

MM: Jesteś bardzo młodą osobą, masz 20 lat, ale za Tobą już długa droga szlifowania talentu aktorskiego i doskonalenia pasji. Jak to wszystko się zaczęło, skąd pojawiła się w Twoim życiu recytacja, teatr, scena i śpiew?

Szantal Strzelińska: Zaczęło się to już w piaskownicy. Mama od zawsze przekonywała mnie, że będę aktorką, więc oczywiście ja się przeciw temu buntowałam. Nie chciałam realizować czyiś pomysłów na moje życie. Teraz wiem, że to był taki klasyczny bunt przeciwko rodzicom. Z jednej strony starałam się tego unikać, ale jednocześnie trochę się udzielałam w tym temacie. W szkole podstawowej występowałam w teatrze „Zosieńki”. I bardzo dobrze wspominam ten okres, był bardzo rozwijający.

 

Jak się coś wcześnie zacznie, to później to płynie.

W liceum wzięłam udział w konkursie organizowanym przez Centrum Doskonalenia Nauczycieli w Koninie. To była pierwsza edycja konkursu pt. „#PanTadeusz”. Do udziału w nim namawiały mnie polonistka, dyrektorka i mama. Nie miałam wtedy ochoty uczyć się czterdziestu wersów!

Ale z perspektywy czasu bardzo się cieszę, bo ten konkurs dał mi naprawdę dużo. Zajęłam w nim trzecie miejsce, poznałam chłopaka. Wtedy przekroczyłam swoją granicę i dzięki temu później już chętnie występowałam. Odkryłam, że to lubię. Grałam też w szkolnym teatrze pod okiem polonistki Anetty Janc. 

 

MM: Kiedy konkretnie to się stało, czy po udanej prezentacji na konkursie?

SzS: W samym środku liceum. Po tym pierwszym konkursie nastąpiła cała lawina kolejnych konkursów recytatorskich. Stało się to moją ucieczką od problemów, od trudnego życia nastoletniego, od „presji wszystkiego”. Zaczęłam się w tych konkursach po prostu dobrze czuć.

 

I to się rozwijało razem z moim zamiłowaniem do historii ubioru XIX-wiecznego.

 

Zaczęłam się w ten sposób ubierać. W pewnym momencie, podczas targów św. Bartłomieja, poznałam Włodzimierza Sypniewskiego, który założył teatr. Dosłownie w chwilę zebrała się cała trupa aktorska i zaczęliśmy występować jako Teatr Carolina Jambara, między innymi w Koninie, Jarocinie, Rychwale.

 

MM: Co prezentowaliście na scenie?

SzS: Były to raczej sztuki alternatywne, muzyczne, teatr pantomimiczny.

 

MM: Przygotowując się do konkursów, występów, sztuk musiałaś sięgać do literatury, z którą w innych okolicznościach być może nie miałabyś styczności. Czy czujesz, że to również ukształtowało Twoją osobowość, gust, spojrzenie na świat? Szczególnie, że działo się to, jak sama wspomniałaś, w trudnym dla wszystkich okresie nastoletnim.

SzS: Bardzo! Dzięki Panu Tadeuszowi dużo udało mi się zrozumieć. Zawsze sądziłam, że ludzie w XIX wieku myśleli w zupełnie inny sposób, niż my teraz. I to mi się tak spodobało, że zapragnęłam myśleć, jak oni, zauważać w małych rzeczach coś magicznego. Zrozumiałam, że mogę powkładać wspomnienia w miejsca, w rośliny. To pozwoliło mi docenić świat.

 

MM: W Koninie można Cię spotkać na różnych wydarzeniach kulturalnych, na przykład w ubiegłym roku brałaś udział w Narodowym Czytaniu w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Co w monodramie przedstawiłaś konińskiej publiczności?

SzS: Przedstawiłam fragment Balladyny, monologu Goplany oraz wiersz Zofii Wójciak, pod tytułem „Wieczór poetycki”.

 

MM: Dlaczego Twój wybór padł właśnie na te utwory?

SzS: Ponieważ monolog Goplany bardzo do mnie pasuje. Jest to emocjonalny fragment, na który od razu miałam pomysł. A „Wieczór poetycki” Zofii Wójciak niezwykle mi pasował do tamtej chwili.

 

MM: W Twoim wystąpieniu było dużo ekspresji, czy to jest dla Ciebie wyznacznik bycia na scenie?

SzS: Z natury jestem dość ekspresyjną osobą, więc jeżeli chcę zagrać jakąś postać, to również daję z siebie te pokłady emocji. W grze gestykuluję równie dużo, co na co dzień.

 

MM: Naturalne jest, że występując na scenie prezentujesz stroje z epoki. Ale postanowiłaś przenieść je również do życie codziennego, co jest dosyć nietypowe.

SzS: Muszę przyznać, że to rzeczywiście jest dosyć nietypowe, ale wynika z takiej cechy charakteru, którą każdy, kto chce występować na scenie, powinien gdzieś w sobie odkryć. Jest to narcyzm.

 

Narcyzom znacznie łatwiej jest występować na scenie, ponieważ stres, który w sobie mają, zamienia się w potrzebę zauważenia. Ja chcę coś powiedzieć na tej scenie, chcę zostać wysłuchana, chcę zostać zauważona.

Więc nie boję się na niej występować, bo jestem na właściwym miejscu i chcę mówić do tych ludzi, którzy przyszli żeby mnie wysłuchać. Oczywiście nie mówimy o typowym egocentryzmie, tylko o zdrowym narcyzmie. Trzeba to kontrolować i być tego świadomym

 

MM: Czy stres wtedy zupełnie znika?

SzS: Tak!

 

MM: A mówi się, że trochę stresu musi pozostać dla lepszej koncentracji.

SzS: Myślę, że każdy inaczej to odczuwa. Przed wejściem na scenę mogę się stresować, ziewać. To się wszystko bierze ze stresu. Przez to czasem ktoś myśli, że podchodzę lekceważąco do występu. Stres też się pojawia, kiedy nie czuję się do końca przygotowana. Do wystąpienia potrzebny jest długi okres przygotowywań, a zdarza się, że uczę się czegoś dzień przed. Nie wiem wtedy, czy się nie pomylę i czy nie będę musiała polegać na swojej improwizacji.

 

W ważnych momentach, kiedy widzę publiczność, chcę jej zapewnić naukę i rozrywkę.

Oczywiście nie nachalną z morałami, bo publiczność nie lubi być moralizowana. Chcę, żeby to były dobre doznania wizualne, żeby goście się nie nudzili, ale też coś wynieśli z tego spotkania, zapamiętali, zastanowili się.

 

MM: Wróćmy do Twojego wyjątkowego stylu ubierania się. Kiedy to się zaczęło?

SzS: W podstawówce ubierałam się trochę inaczej niż rówieśnicy, ale starsze koleżanki mówiły, że to jest „babcine”. Chociaż wtedy, muszę przyznać, nie było to aż tak babcine, jak dzisiaj! Tak naprawdę wszystko zaczęło się po gimnazjum.

 

Przechodziłam fazy bycia emo czy gotką. Jest dużo gotyckich ubrań, które nazywają się wiktoriańskimi. Zaczęłam się tym interesować, zastanawiać się kiedy ludzie się tak ubierali, kiedy był czas wiktoriański, czas manufaktur.

Oczywiście, nie uważałam chyba na historii, skoro musiałam szukać tych informacji. W końcu zaczęłam budować szafę XIX-wieczną, działo się to powoli. Nie mogłam przecież iść do sklepu i wybrać takich ubrań. To musiało też we mnie okrzepnąć, stać się moje. No i się stało

 

MM: Dlaczego właśnie XIX wiek, czemu nie na przykład lata 20 ubiegłego wieku?

SzS: Właśnie XIX wiek przez swoją kulturę, przez Chopina w Żychlinie, po prostu mnie zaczarował. Podoba mi się wszystko od początku XIX wieku do lat 50 ubiegłego wieku. Wtedy ludzie chcieli dobrze wyglądać, chcieli dbać o to. Teraz wszystko jest funkcjonalne, ludzie się już tak nie starają. A mi właśnie chce się starać, bo lubię szczegóły.

 

MM: Zmiana ubioru miała bardzo duże znaczenie dla kobiet. Zrzucenie gorsetów i długich spódnic, które krępowały ruchy. Przejście w ubiór prosty, również bardziej męski to była oznaka wolności, nabywania tych samych praw, co mężczyźni. Czy dla Ciebie to również ma podobne znaczenie?

SzS: Oczywiście, nie zaprzeczam, że to jest oznaka wolności. Ale osobiście gorzej czuję się w spodniach niż w spódnicy.

 

W spódnicach czuję się bardziej wolną osobą, spodnie są niewygodne. W spódnicy wygląda się niesamowicie dostojnie.

 

Nie zapominajmy o tym, że jeans w XIX wieku to był materiał robotniczy. Rozumiem, że on się raczej nie psuje, może być wygodny, ale mi nie przypadł do gustu. Uważam, że ubiór bardzo determinuje nasze zachowanie, myślenie, samopoczucie, dlatego chcę zainspirować współczesne kobiety do tego, by nie rezygnowały ze swojej kobiecości. W sukniach inaczej się chodzi, inaczej się porusza.

 

MM: Żyjemy w czasach, w których mamy wybór i to jest fajne. Nie determinuje nas jeden styl, odnoszę wrażenie, że obecnie wszystko jest modne.

SzS: Czy wszystko jest modne? Modne jest to, co cieszy się popytem, a wiadomo, że nasza moda jest jednostajna i jednowymiarowa. Dla mnie jest zbyt monotonna. Czy każdy może nosić to, co chce? Mimo, że dla mnie mój sposób ubierania się jest normalny, to obecnie jestem postrzegana, jak kobieta, która w XIX wieku nosiła spodnie.

 

MM: W jaki sposób przebiega kompletowanie Twojej szafy? Czy łatwo jest zdobyć podobne ubrania?

SzS: Na pewno nie kupi się takich ubrań w galerii handlowej. Ja już zresztą w ogóle nie chodzę do galerii poszukiwać ubrań. Tam wszędzie jest to samo.

 

Skarbnicą tego typu ubrań jest strych i piwnica mojej babci, która przechowuje rzeczy po całej rodzinie.

Oczywiście, jeśli chce się szukać takich strojów kompletnych i czegoś konkretnego, jak na przykład długa, czarna suknia, to trzeba skorzystać z pomocy internetu. Można znaleźć targi staroci, aukcje. Jeśli szuka się tańszych egzemplarzy trzeba być cierpliwym, bo zazwyczaj są to naprawdę drogie rzeczy. Nie ubieram się jedynie w stylu XIX-wiecznym, odpowiadają mi bardzo lata 40, mam też ubrania po prababci.

 

MM: W latach 40 było bardzo trudno o nowe ubrania, kobiety musiały wykazywać się niezwykłymi zdolnościami krawieckimi i konstruktorskimi, jeśli chciały być dobrze ubrane.

SzS: Tak, moja prababcia również zajmowała się szyciem, więc w tym wypadku mam dużo szczęścia. Istnieją również ubrania stylizowane na konkretną epokę. I ja również z tego korzystam. Przecież nie będę nosiła rozpadających się bluzek za kilka tysięcy złotych

 

MM: Czy to babcia wpoiła Ci zainteresowanie modą i dbałość o strój? Otrzymałaś od niej bardzo cenną kolekcję. Z pewnością wiele osób żałuje tej łatwości, z jaką w pewnym momencie pozbywano się ubrań.

SzS: Myślę, że ludzie nie zauważają jaki potencjał tkwi w niektórych rzeczach. Ale tak, babcia i moja ciocia, która też jest po Akademii Sztuk Pięknych, była projektantką, obie miały na mnie wielki wpływ.

 

MM: A jak na to reaguje Twoje otoczenie?

SzS:  Zmieniałam swój styl etapami, więc przyzwyczaili się do tego.

 

MM: Zdarza Ci się wyjść z domu w dresie?

SzS: Ja nie mam dresu. Nie mam nawet jeansów.

 

MM: Zdecydowałaś się na studia w Szkole Filmowej w Łodzi. Jak wyglądają takie studia aktorskie w dobie pandemii?

SzS: W dobie pandemii wygląda to strasznie, ale na szczęście jest coraz lepiej. Wszyscy cieszymy się tym, że zdaliśmy do tej szkoły. Nie narzekamy na brak normalnych zajęć. Bo tak naprawdę nie wiemy, na czym ta normalność polega. To jak urodzić się ślepym, a nie oślepnąć w trakcie życia, nie wiemy co tracimy i jest w tym pewne szczęście. Natomiast wszystko powoli wraca do normy. Naprawdę powoli, ale wraca i jestem zadowolona z tego, że poznaję tą szkołę po kawałeczku. Odpowiada mi to.

 

MM: Czy mieliście jakieś zajęcia stacjonarnie?

SzS: Przez kilka miesięcy nie mieliśmy zajęć stacjonarnych, tylko przez internet. A ja przecież poszłam na te studia dlatego, że są najbardziej ludzkie, ma się do czynienia najmocniej z człowiekiem. To ironia losu, że musiałam spędzić ten czas przy komputerze. Ale od stycznia mamy niektóre zajęcia na żywo.

 

MM: Odnajdujesz się na tych studiach, nie masz już żadnych wątpliwości, co do aktorstwa?

SzS: Myślę, że nie dostałabym się na żadne inne studia. Jestem tam, gdzie być powinnam. Tak jak do każdej szkoły i w tym przypadku musiałam się trochę przyzwyczaić. Pandemia powoduje, że ten proces przystosowania się, afirmacji, poznawania ludzi jest niesamowicie spowolniony. Ale bardzo się cieszę tym, że jestem w tym miejscu.

 

MM: Młodzi ludzie podchodzą do planowania przyszłości na różny sposób. Niektórzy tylko i wyłącznie podążają za pasją, a niektórzy myślą również w kategoriach ekonomicznych. Aktorstwo to jeden z najtrudniejszych zawodów i jeden z najbardziej niedocenianych finansowo. Są takie zawody, w których wygrany bierze wszystko i to przeważnie są zajęcia artystyczne. Czy zastanawiałaś się nad tym podejmując decyzję o wyborze studiów?

SzS: Moi rodzice, którzy są bardzo rzeczowi i twardo stąpający po ziemi starali się we mnie zaszczepić ten sposób myślenia o przyszłości. Natomiast ja nie martwię się o to. Zawsze byłam ambitna. Często powtarzam, że te ambicje mnie kiedyś zabiją, bo są bardzo wygórowane. Ale myślę, że to mnie poprowadzi, że nie będę bezrobotna.

 

fot. Carolina Jambara Theatre

fot. Carolina Jambara Theatre

Zależy też, z której strony spojrzymy na aktorstwo, bo jest to jeden z najtrudniejszych ale i najłatwiejszych zawodów.

To jest też praca nad sobą, praca „swoim wszystkim”. Oczywiście słyszę wiele historii o osobach po aktorstwie, które pracują na przykład jako kasjerzy. Nie wiem jak na to zareagować, to na pewno tragedia. Ale gdybym miała w ten sposób myśleć o swojej przyszłości, to sądzę że nie przeżyłabym życia zbyt dobrze.

 

MM: A czy na studiach łatwo było Ci zachować swój charakterystyczny sposób ubierania się?

SzS: Nie zmieniłam stylu, chociaż słyszę od wykładowców sugestie, że powinnam się ubrać, jak postać w którą się wcielam, żeby mi było łatwiej. Ale ja nie ubieram się w określony sposób, żeby utrudniać sobie pracę, to są po prostu moje normalne ubrania, nie mam niczego innego w szafie.

 

MM: Czyli w momencie, gdy odgrywasz współczesną postać, wykładowcy sugerują Ci zmianę stroju na „normalny”?

SzS: Tak. Mimo, że to nawet nie są próby generalne. 

 

MM: A czy w drugą stronę działa to podobnie? Jeśli ktoś odgrywa postać z epoki pada sugestia do aktora, by się wystylizował, aby lepiej się wczuć w rolę?

SzS: Nie wiem, nie byłam przy odgrywaniu postaci z epoki. Uczymy się na razie raczej współczesnych dzieł.

 

MM: A czy interesujesz się również kostiumografią?

SzS: Bardzo. W Łodzi zabrakło mi właśnie takich znajomości i ludzi o podobnych pasjach. Udało mi się zapoznać z kostiumografem, który zajmuje się XIX wieczną modą męską. Kostiumografia to jest coś wspaniałego.

Uważam niestety, że obecnie kostiumografowie nie zadają sobie zbyt wiele trudu. Wszystko ociera się o kicz i mi to bardzo przeszkadza. Wolałabym oglądać rzeczy, które nie są przesadnie pastelowe. Nie chodzi mi o gust „netflixowy”, bo to też jest nudne. Chciałabym, żeby ubiór miał większe znaczenie.

 

MM: Może chciałabyś zawodowo zająć się tą dziedziną?

SzS: To bardzo kusząca propozycja! Kiedyś to rozważałam. Ale żeby zajmować się tym zawodowo, trzeba pięknie rysować, to wymaga cierpliwości i czasu tak samo, jak szycie i właśnie to mnie dyskwalifikuje. Zresztą moja mama twierdzi, że nie mogę pracować za kulisami, muszę stać na scenie.

 

MM: Czy aktorstwo pomaga radzić sobie z emocjami?

SzS: Nie. Aktorstwo to czynność, której nie łączę ze swoimi emocjami, to dla mnie praca, podczas której muszę bardzo skupić się na swoim warsztacie, przywoływać różne emocje i w danym momencie korzystać z nich.

 

Natomiast w radzeniu sobie z emocjami pomaga mi rozmowa, często rozmawiam o problemach z ludźmi.

Nie uciekam z nimi w inny świat, czy w aktorstwo. Uważam, że nie warto uciekać od swoich problemów.

 

MM: Czyli całkowicie rozdzielasz te dwie rzeczy, sferę emocjonalną i aktorstwo?

SzS: Wydaje mi się, że mam bardzo warsztatowe podejście. Ja czegoś innego się uczę od aktorstwa. Jeżeli chodzi o takie prywatne spojrzenie na uczenie się emocji, to człowiek przerabia to na terapii, czy obserwacji siebie. Moim zdaniem był na to czas wcześniej, niż teraz, na etapie pracy nad aktorstwem.

 

MM: Co daje Ci aktorstwo?

SzS: Przede wszystkim spełnienie. Bardzo lubię przebywać w towarzystwie ludzi twórczych. Dlatego też mam niesamowite poczucie nostalgii do konkursów recytatorskich. „Aktorząc”, grając, czuję się, jakbym była w innym świecie, czuję że tworzę coś nowego. Niesamowicie dużo mi to daje. 

 

MM: Osoby związane z artystycznymi zawodami muszą być ludźmi o mocnych charakterach. To jest ciągłe wystawianie na pokaz i na osąd. Masz zdolność do krytycznego osądu swojej osoby, wspominałaś na przykład o narcyzmie. Nie sprawia Ci to problemu, aby szczerze się ocenić również w nie do końca przychylny sposób?

SzS: Nie mam. Bycie narcyzem ma zarówno wady jak i zalety. Ludzie oceniają to różnie, przeważnie w pejoratywny sposób, ale ja nie mam nic do ukrycia.

 

MM: Obejrzałaś ostatnio film, który Cię zachwycił? Czy oglądasz coś czasem i myślisz sobie, że chciałabyś w tym zagrać?

SzS: Najtrudniejsze pytanie. Nie pamiętam. Bo oglądam również filmy z niezbyt dobrym aktorstwem, po to żeby zastanowić się nad tym co mogłabym zrobić, aby ten film był lepszy. Co mogłabym dodać do tej postaci, aby to bardziej działało?

 

MM: Czy ktoś Cię inspiruje?

SzS: Oczywiście. Są to osoby, które prawdziwie zasłużyły na to co otrzymały, na przykład Jerzy Jarocki, Leon Schiller, Aleksander Zelwerowicz. 

 

MM: A aktorzy współcześni?

fot. Carolina Jambara Theatre

fot. Carolina Jambara Theatre

SzS: Słuchałam wielu wywiadów z Olgą Kalicką, Maciejem Musiałem, którzy są absolwentami szkół teatralnych i to są naprawdę mądre osoby, które coś wyniosły z tych szkół. Myślę, że można się nimi inspirować.

 

MM: A ktoś bardziej doświadczony?

SzS: Nie jestem w stanie stwierdzić, bo trzymam się z daleko od medialnych przekazów. Trudno mi znaleźć w głowie kogoś, kto nie jest celebrytą. Niestety głównie takimi treściami jesteśmy zasypywani.

 

MM: Czyli aktor nie powinien być celebrytą?

SzS: Myślę, że może to przeszkadzać we właściwym odbiorze kogoś takiego.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0