Chodź, opowiem Ci o moim życiu
Opublikowano:
27 lipca 2022
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
Poetycki debiut Macieja Libicha jest, może przewrotnie, mało poetycki. Ale mowa tu tylko o potocznym rozumieniu poezji z nieśmiertelną trójcą na czele: patosem rytmem i rymem. „Przepływy” to inna triada: szczerość, bezbronność i luźna pogawędka. Bo właśnie z banału składa się nasze życie: i nic w tym zdrożnego.
Zanim potępisz banał…
…to zadaj sobie pytanie, czy Twój dzień, czytelniku i czytelniczko, zawsze jest niezwykły. Czy codziennie wydarza się coś, co warto zapamiętać? Czy opisujesz rzeczywistość wysmakowanie, ze starannością, z artystycznym zacięciem? Maciej Libich wręcz z zaskakującą szczerością odpowiada przecząco. Przecież w literaturze tkwi jakiś knyf, zagadka, którą trzeba rozwikłać, ironia, która świadczy o wybitnym intelekcie, gra słów, która zwala z nóg. A w poezji?
To samo, ale do kwadratu. Tyle potocznych wyobrażeń, które funduje nam szkoła. I stąd też awersje do języka poetyckiego, może nawet wstyd: bo poezja jest przecież trudna. Zwłaszcza współczesna. Owszem, zdarza się, że żonglerka znaczeniem, dźwiękiem a nawet wyglądem wiersza wysuwa się na prowadzenie: ale to wbrew wszystkiemu zabawa przyjemna i pożyteczna, trochę jak puzzle albo sudoku.
Zarzućmy jednak przydługi i felietonowy wstęp, który pisze się niejako pod dyktando frazy Libicha-debiutanta. Poetycki prozaik wyraża się wprost. Niech przemówi więc wiersz: „Wszystko, co teraz powiem, będzie bardzo proste”.
Wszystko, co teraz powiem, będzie bardzo proste
Za oknem wiał gęsty wiatr, na dworze coś rosło, pęczniało,
a potem pękało. Nie wiem, co to było – nie wiedziałem wczoraj
i może nie dowiem się już nigdy. Tylko dźwięk pralki, która
trzęsła się w łazience na dole, przypominał mi czasy, kiedy z rodzicami
mieszkaliśmy w bloku, w ciasnym mieszkaniu.
Przez jakiś czas – miałem siedem, osiem lat, może brzmi to
dziwnie, ale dla mnie jest jakoś oczywiste – chodziłem z ojcem
na spacery po osiedlu, na którym nie rosła nawet jedna kępka
trawy, a okoliczne psy gryzły się po karkach. Kochałem się wtedy
w dziewczynie o długich blond włosach, która chyba miała
mnie dość (powiedziała mi w końcu, że ma mnie dość).
Nie przypuszczałbym nawet, że kiedyś bardziej niż ją będę kochał
dwóch przyjaciół. A jeśli dziwicie się, że piszę coś takiego,
to przypomnijcie sobie, że uprzedzałem, że wszystko, co powiem,
będzie bardzo proste. Naprawdę chciałbym tylko napisać
sonet miłosny dla moich dwóch przyjaciół i tak właściwie,
to nie mam już nic do dodania.
Fraza Libicha to coś pomiędzy pamiętnikiem, intymną notatką i stopklatką z codzienności. Jest w tej twórczości coś rozbrajającego: miks szczerości, prostodusznego czy naiwnego spojrzenia na rzeczywistość, której przecież nigdy w pełni się nie zrozumie.
Najzręczniej mówić chyba jednak o bezbronności. Libich rozsiada się i rozgląda za jakimś sensem. Nie chodzi tu bynajmniej o wielkie kategorie czy przełomowe wydarzenia: poczucie wypełnienia pojawia się znienacka, trwa chwilę.
I właśnie wtedy, w mgnieniu oka, wszystko do siebie pasuje.
Dziś jest mi dobrze, naprawdę, tylko jak napisać, że kiedyś to
były czasy, a dziś nie ma czas.w? Inaczej. Kiedy w sobotę rano
wracam do domu Wybrzeżem Gdyńskim i widzę, że po drugiej
stronie Wisły ludzie też dokądś jadą, wydaje mi się, że to
wszystko jednak ma sens. Mewy z jasnymi brzuszkami dryfują
na rzece jak kry. Poza tym jakiś czas temu przestaliśmy się
wszyscy rozumieć, co zresztą jest jak najbardziej w porządku.
Więc zamiast mówić, będę odpoczywać. Długi sen jak struny
światła? Okej. Prześpię wszystko, nawet największy kataklizm,
kt.ry przypomina zeszyt w linie. Tymczasem po sk.rze ścieka
kropla; kropla staje się nicią. Jestem tak rozszyty. A teraz
zmykam. Może zapytasz, czy to tak wiele.
Układanie się ze światem
Co warte docenienia w każdej próbie opisywania życia (bo egzystencja to rejestr ciut zbyt wysoki, niepotrzebnie patetyczny i jak kwiatek do Libichowego kożucha – albo, by trochę bardziej uprawdopodobnić sytuację – jeansowej kurtki czy innej odzieży wierzchniej), wymykający się czasem patos jest przez bohatera „Przepływów” wyłapywany i autoironicznie podcinany.
Rzeczywiście przecież zauważanie analogii do obrazów Hoppera w każdym estetycznym rozłożeniu światła w pomieszczeniu jest niezręcznym popuszczeniem wodzów. I choć prozatorskie scenki nasycone poetycką wrażliwością bywają często przegadane, przestylizowane i nieco zbyt papierowe (gdy opis dnia zdaje się nie kończyć, tak jak opis wrażeń okołozupnych w „Dniu Babci, kiedy Ada podgrzewała barszcz ukraiński”), błahostki potrafią ułożyć się w przejmujące i precyzyjne obrazy.
Bo Libich najlepiej spełnia się w poczuciu zagubienia.
Zagubienie, czyli co?
Pierwsza część książki poetyckiej Libicha to właśnie wyławianie drobnostek z chaosu dnia; drobnostek, które składają się na jednostkową receptę przetrwania, o tyle w drugiej i trzeciej części zdecydowanie więcej zmąceń, zerwań i zmieszań. Dzieje się tu wiele: od autobiograficznych (i mocno odsłaniających, co wcale przy takich formach nie jest jasne) spowiedzi krytyka literackiego („Mam wiele innych rzeczy, które uważam za przydatne w pracy literackiej: tępy łeb, zawziętość, coraz grubszą skórę”), przez wzdychania do kelnerskich fraków (i wyobrażonego, czyli wyciągniętego z kultury, kelnerskiego etosu) ale też formacji intelektualnej i stylu, które obróciły się w pył, po obsesyjne powroty „ja”.
Lektura „Przypływów” jest dość osobliwa: świadomość tradycji, chwytów, konwencji i nawet własnych momentów snobowania się na ich znajomość (zdarzyło się każdemu), splata się tu ze szczerą i palącą potrzebą spojrzenia na siebie. Spojrzenia, ale również samorozpoznania się za pośrednictwem tekstu: trudno tu silić się na pisanie o innym, o bohaterze, o podmiocie wiersza. Debiut Libicha jest książką od Libicha dla Libicha, bliskim i jednocześnie dystansującym się spojrzeniem na obraną przez siebie drogę.
Dlatego też książkę kończy wiersz oszczędny, minimalistyczny i rażący swoją mocą dopiero po dotarciu na koniec tomu. Nie jest to jednak zawołanie starcze i u progu śmierci: bez przesady, Libich nie dobił jeszcze trzydziestki. To tylko drogowskaz: budujący i warty przypominania.
Mniej. Kanon
Destylować życie tak długo, aż nie zostanie nic poza jednym.
Co zaskakujące, cały ten monolog rozpisany na trzy akty nie jest, jak to w introspektywnych opisach pisarzy bywa, przesadnie narcystyczny, wsobny i zawstydzający czytelnika czy czytelniczkę, którzy czują się tak, jakby grzebali pisarzowi w szafce z bielizną. To paradoksalny esej zamknięty w małych całostkach: czasem zbyt rozgadany (żądający prozy i dłuższej formy), czasem zaskakująco celny i przejmujący (co przecież jest poetycką siłą).
Odejmowanie. Suplement
Nie chciałbym zabrzmieć jak człowiek, który pozjadał wszystkie
rozumy. W rzeczywistości mam o sobie całkowicie odmienne
mniemanie. Wyobrażam sobie wręcz, że niczym nie różnię się
od innych ludzi. To prawda, że odebrałem wyższe wykształcenie,
a do późnych lat żyłem na garnuszku rodziców, którzy
utrzymywali mnie, ponieważ wciąż mieli nadzieję, że osiągnę
spektakularny sukces w jakiejś dziedzinie. Prędko jednak dostrzegli,
że za nic mam edukację, na którą w ten czy inny sposób
łożyli. Jakiż był ich zawód, kiedy okazało się, że do szczęścia są
mi potrzebne tylko cztery ściany, dwa lub trzy posiłki dziennie
i całkowita nierozpoznawalność wśród moich rówieśników. Po
tych wszystkich latach – zazwyczaj wtedy, gdy siadam i w milczeniu
czekam na obiad zamówiony przy okienku w pewnej
urzędniczej stołówce – wciąż wydaje mi się, że moje życie nie
ma znaczenia, natomiast chyba ma sens. Prędko się jednak reflektuję,
bo to wstyd opowiadać takie głupstwa, a nawet o nich
myśleć.