fot. Maria Krześlak-Kandziora, na zdj. miedziak sosnowy

Chrząszcz na zrębie

Puszcza Notecka to taki las, w którym można dostać zespołu stresu pourazowego. Potężne fragmenty piachu i rzędy sosny, której przeznaczenie jest jedno - dorosnąć do wieku rębnego.

Ostatnio na weekendową łazęgę wybraliśmy właśnie taki fragment lasu zombie. Nie okolice jeziora Kubek – z ulubionym dębem i chaszczami, nie. Powtykane zapałki sosen, milcząca pustka między drzewami, ani pół człowieka na szlaku. Dziesięć kilometrów i nikogo, jakby świat się skończył, jakbyśmy już tylko my pałętali się na sosnowych wydmach. A jednak, ktoś sobie upodobał rozsłonecznione piachy.

Życie na zrębie

Na zrębach upał, chrzęszczą pod butami resztki drzew, drzazgi tworzące tu runo. Potykam się o pniaki wyschłe na wiór. I nagle ruch gdzieś obok buta, ożywa kawałek kory. Największy polski bogatkowaty chrząszcz – miedziak sosnowiec – odrywa się od pieńka i wędruje po kawałku kory, opalizując w słońcu.

 

Zerka wielkimi oczyskami, wygrzewa plecki i wcale nie ma zamiaru uciekać.

 

On kocha tę leśną borowo-sosnową, piaszczystą Notecką. Zajada się pyłkiem i liśćmi, jest naprawdę spory, rośnie do trzydziestu dwóch milimetrów. Do rozmnażania potrzebuje martwego drewna, leżącego na ziemi i zainfekowanego przez grzyby – żywią się nim larwy. Zostawmy miedziaka na zrębie, niech zerka czujnie na przechodniów.

Śmierć na wydmie

Piaszczysta ścieżka pnie się pod górę, jest jak na wydmie, na końcu pagórka czekam na szum morza. Morza nie będzie, a pod nogami ścielą się szczątki. Nie mam pojęcia skąd ich tyle, ale to „główki” dyląży garbarzy. Są jak trofea, gotowe do powieszenia na ścianie – wyschnięte, dobrze zachowane, z imponującymi czułkami wygiętymi trochę jak u bawoła.

 

Zbieram kilka i oglądam pod lupą, dyląż ma piękne, mocne szczęki no i jest sporym chrząszczem, bo osiąga nawet cztery i pół centymetra. Jednego spotykamy w końcu w całości. No może nie do końca, brakuje mu jednej pokrywy skrzydłowej, atakują go mrówki. Coś jest na tej drodze, że dyląże tracą tu życie. Gdzie je zaczynają? W spróchniałych pniakach – to tam samice składają jajeczka. Spróchniałe, martwe drewno, będzie lejtmotywem opowieści o chrząszczach i owadach z Noteckiej.

Wierzchołówka

Nisko, nad sosnowym młodnikiem, miażdżąc falujące od upału powietrze, leci bielik. Jest jak miraż, choć po bytujących tu osobnikach pozostało sporo piór, zbieram, wyszukuję najładniejsze, gdy ciszę przerywa chrzęst owadzich skrzydeł. Skoro niewiele dzieje się na linii wzroku człowieka, człowiek powinien się schylić. Czujnie oglądać pnie, eksplorować te straszliwe przestrzenie zrębów.

Wierzchołówka, fot. Maria Krześlak-Kandziora

Wierzchołówka, fot. Maria Krześlak-Kandziora

 

Tam czeka nie tylko miedziak, tam, na lewo, pod linią lasu, na porzuconej przez drwali gałęzi, właśnie seks uprawiają wierzchołówki.

To one, szczepione w miłosnym akcie, przed chwilą minęły nas hałasując skrzydłami. Imponujące owady, wyglądające trochę jak skrzyżowanie szerszenia z ważką. Czarne korale oczu bacznie obserwują otoczenie, żeby nagle spaść na ofiarę. Wierzchołówka lubi skraje zrębów, jest „muskularnym” drapieżnikiem, na śniadanie zje choćby i biedronkę. Nie gryzie ludzi, choć można się jej przestraszyć, gdy przysiądzie na ramieniu, żeby rozejrzeć się po okolicy.

Zostać Linneuszem

A teraz wkraczamy w pole systematyki i zderzamy się z górą niepewności, bo wierzchołówek jest kilka, to muchówki z rodziny łowikowatych. Może ta moja to wierzchołówka żółtowłosa? Mam wątpliwości, bo żółtowłosa bardziej kosmata, bardziej złota. Trafiam na wierzchołówkę włochatą, Laphria gibbosa i czuję, że oglądam owada, którego spotkałam. Według jednych źródeł lubi lasy mieszane i liściaste – co więc robi na zrębie po sośnie w niemal wyłącznie sosnowym fragmencie lasu?

 

Grzęznę, konsultuję, nocą na zbliżeniach analizuję szczegóły ciała zwierzęcia.

Mateusz Sowiński, pasjonat przyrody i dziennikarz, na swoim blogu pisze, że owad gustuje jednak w lasach szpilkowych i jest stosunkowo pospolity. W pewnej mierze czuję, że to dokładne nazwanie, skatalogowanie nie ma aż takiego znaczenia – na pewno nie dla muchówki. Jednak przekraczanie granic występowania gatunków, powroty rzadkich owadów na miejsca, gdzie kiedyś mieszkały – może to sygnały dla nas, może to jaskółki zmian w przyrodzie? Również zmiany klimatu? Ostatecznie decyduję, że co tam, trzy pierwsze tergity (części tułowia) wyraźnie czarne, stawiam więc na Laphria gibbosa.

Ciołek matowy

Granice są wszak umowne, zwłaszcza w Puszczy Noteckiej, położonej w dwóch województwach. Pływamy w Jeziorze Winnogórskim, wpław przemieszczamy się między Wielkopolską a lubuskim, gapią się na to wszystko kormorany i naprawdę, mają w nosie (dziobie?) ludzkie podziały terytorialne.

 

Ciołek matowy, fot. Krześlak-Kandziora

Ciołek matowy, fot. Krześlak-Kandziora

Krótki wakacyjny wypad za granicę: powiat międzyrzecki, dom znajomych, biała ściana, czarny owad. Ma duże szczęki i nazywa się ciołek matowy. I, uwaga, to jeden z siedmiu gatunków występujących w Polsce jelonkowatych. Czyli kuzyn króla – jelonka rogacza. W dodatku pod względem rozmiarów plasuje się tuż za rogaczem.

Długo oznaczałam ciołka, a decydujące okazały się czułki – zakończone charakterystycznym „grzebyczkiem” oraz żuwaczki – potężne i z nietypowym dla innych, oglądanych czarnych chrząszczy, „bocznym rogiem”. Ciołki wychodzą w świat po zmierzchu, w dzień są niemrawe. I znów, do rozwoju larw potrzeba próchniejących pniaków.

Chrząszcze i owady są zdecydowanie ambasadorami starych lasów i swobodnego rozkładu. Dorosły ciołek spija sok wyciekający z drzew i zajada się żółciakiem siarkowym („chicken of the woods”! To ten smaczny żółty grzyb, jadalna huba, smakująca trochę jak kurczak lub wątróbka).

 

Smacznego, ciołku!

 

Biblioteczka:
Pisząc tekst, korzystałam z Wikipedii oraz świetnego bloga Mateusza Sowińskiego. Zaglądałam także tu: insektarium.net. Prosto z terenu konsultowała chrząszcze i owady Patrycja Tomczak, nasz przyrodniczy coach. Wszystkie ewentualne błędy wynikają wyłącznie z moich pomyłek.