fot. z książki pt. „Australia, no worries”, Radosław Nawrot w Lesie Tasmańskim

Człowiek jest zawsze spóźniony

Przed paroma tygodniami wyszła książka poznańskiego dziennikarza i podróżnika Radosława Nawrota „Australia, no worries” będąca – na co sam tytuł wyraźnie wskazuje – owocem jego australijskich wypraw.

Książki podróżnicze są różne. Poświęcone spotykanym ludziom i będące hołdem dla przyrody. W obu przypadkach otrzymujemy jakby częściowy obraz całości. Są te detalicznie wprowadzające czytelnika w nieznany mu świat, albo skupiające się na jaskrawych różnicach. Pierwsze grzeszyć mogą nudną szczegółowością, drugie irytować powierzchownością. Napisać książkę unikającą wyżej wskazanych pułapek (a jest ich wiele przecież więcej) to wyzwanie i niełatwa rzecz. Czy udała się ta sztuka w tym przypadku? 

Australia oczami Nawrota


Po pierwsze, co warto zaznaczyć na początku (i o czym autor także uprzedza czytelnika), trzymana w ręku książka to pierwszy tom planowanej większej całości. I w dodatku poświęcona jest Tasmanii, temu fragmentowi Australii, który w niczym nie przypomina jej kontynentalnej części.

Z różnorodnością i wielkością tego kraju zostajemy skonfrontowani od razu – najpierw przywołaniem wiszącej w jednym z barów mapy, na której w konturze kontynentu australijskiego zostały pomieszczone jak puzzle europejskie kraje w liczbie 26. Niemcy, Francja, Hiszpania, Turcja, czyli całkiem spore zajmują tam niewielką cześć terytorium, a Polska – bo i ona jest tam umieszczona, całkiem już skromne zajmuje miejsce we wschodniej części Australii.

 

Mapa Australii, fot. z książki pt. „Australia, no worries”

Mapa Australii, fot. z książki Radosława Nawrota pt. „Australia, no worries”

To pokazuje skalę wyzwania: napisać książkę o Australii.

A po raz drugi przez odwołanie do popularnego pytania meteorologicznego: jaka jest pogoda w Australii? Ale konkretnie gdzie? Jeśli uświadomimy sobie, że mowa o obszarze przekraczającym rozmiarami Europę, to pytać o pogodę w Australii, to jakby zakładać, że dystans dzielący na przykład Lizbonę i Helsinki nie ma znaczenia dla klimatu tych miejsc. A takie odległości dzielą Sydney i Perth, bądź Darwin. Pisanie więc o Australii to opowieść o fragmentach wielkiej całości i to dobrze tłumaczy zamierzoną wielotomowość projektu.

Dlaczego wpierw opowieść o Tasmanii?

Być może dlatego, że Europejczycy dotarli tutaj, nim jeszcze wylądowali na kontynencie. Ta wyspa ma też wiele do zaoferowania. Nie jest to jednak początek w niczym lepszy od innych możliwych – od czegoś po prostu trzeba zacząć.

 

Okładka książki pt. „Australia, no worries”

Okładka książki Radosława Nawrota pt. „Australia, no worries”

Geneza tej książki, jak i całego chyba projektu, wywodzi się z mediów społecznościowych.

To tam Radosław Nawrot umieszczał wpisy na temat swoich wojaży i to pochodzenie wyraźnie przebija przez sposób prowadzenia narracji. Opowieść ma atrakcyjną dynamikę i skierowana jest do szerokiego grona odbiorców. Tym bardziej, że co rusz napotykamy wycieczki w stronę popkultury, które czynią z opowieści swego rodzaju patchwork motywów i odniesień nieoczekiwanie uzmysławiających przy okazji, że z Australią (i Tasmanią), mogliśmy się spotykać już wcześniej nie przeczuwając tego nawet.

W niczym jednak tak pomyślany adresat i dostosowany do niego kształt opowieści nie wpływa na jej walory poznawcze. To właśnie nawet poczytuję za jej wartość. Jest skierowana do przeciętnego czytelnika, o którym protekcjonalnie można orzec, że nie potrzebuje wiele, poza atrakcjami.

Radosław Nawrot traktuje jednak swojego odbiorcę poważnie i oferuje mu więcej, niżby specjalista od targetowania przypuszczał, że tamten chciałby otrzymać.

A pademelon z kanguroszczurem...

 

Pademelon rudobrzuchy, fot. z książki pt. „Australia, no worries”

Pademelon rudobrzuchy, fot. z książki Radosława Nawrota pt. „Australia, no worries”

Po pierwsze detale. Nie spotykamy się po prostu z pięknymi, zapierającymi dech krajobrazami, z niespotykanymi gdzie indziej stworzeniami – wszystkie one są nazwane, opisane z dbałością o szczegół. Jednocześnie nie miałem wrażenia wykładu, encyklopedycznej informacji wstawionej w tekst, by zaspokoić wymóg dokładności. Świat przedstawiony żyje i opowiadany staje przed oczami jak żywy.

Diabły tasmańskie chichoczą, kolczatka ryjkiem podważa większy od niej kamień, by wydobyć smakowite robaki, wombat zatyka zadkiem wejście do swojej norki i wie co robi – ma skórę tak grubą, że żaden z miejscowych drapieżników nie jest w stanie przebić jej kłami, a pademelon z kanguroszczurem zaczynają o zmierzchu myszkować po kempingu, kradnąc co bardziej interesujące dla siebie rzeczy.

 

Duża wiedza dyskretnie przesącza się przez opis i z humorem jest puentowana.

Po drugie otrzymujemy też obraz trudnej i tragicznej przeszłości wyspy. Brak tu podtrzymywania bohaterskiego mitu o cywilizowaniu przez Europejczyków reszty świata. Niewiele chyba można znaleźć ostatnio wydanych książek, które by grzeszyły tego rodzaju naiwnością. Można jednak milczeć.

Otrzymujemy tymczasem skrótowo zarysowany obraz brutalnego zetknięcia dwóch sił. Z jednej strony broni palnej i stali, z drugiej kamiennych toporów i włóczni. Choć w bezpardonowej walce ofiar nie brakowało po obydwu stronach, jej wynik był z góry przesądzony.

 

Przylądek Hauy, fot. z książki pt. „Australia, no worries”

Przylądek Hauy, fot. z książki Radosława Nawrota pt. „Australia, no worries”

Eksterminacja tubylczej ludności aborygeńskiej doprowadziła do tego, że ostatnia Aborygenka z Tasmanii, Truganini, umarła w 1876 roku. Byli niepiśmienni, nie pozostał po nich niemal żaden ślad.


Ale Tasmania była też ciężką kolonią karną. Nie było z niej ucieczki, a ci którzy próbowali wystawieni byli na na ekstremalne wyzwania dla swojego człowieczeństwa, by przeżyć. Ten fragment przywołany jest poprzez filmy o jednym z takich skazańców-uciekinierów, Alexandrze Pearc'ie. Odwołanie do historii dokonuje się tu na gruncie jej współczesnych obrazów. A każdy może też, zachęcony lekturą, te filmy obejrzeć.

Antropocen


I na koniec – perspektywa. Najprościej może opisać jakieś "tu i teraz". Świat jest taki, jakim go widzimy. Łatwo nie dostrzegać powiązań, łańcuchów przyczynowo-skutkowych. Łatwo świat przyrody opisywać bez udziału człowieka. Jakby człowiek był osobnym jej elementem. Jakby nie wpływał na rzeczywistość diabłów tasmańskich, czy papużek ostrosternych.

 

Okładka książki pt. „Australia, no worries”

Okładka książki Radosława Nawrota pt. „Australia, no worries”

W opowieści Nawrota człowiek odgrywa istotną rolę, jednak trudno nazwać ją bohaterską.

Podróżnik pokazuje zjawiska, które dokonały się za przyczyną ludzkich działań. Zanik megafauny, zakłócenia równowagi ekosystemów skutkujące kurczeniem się obszarów życia różnych gatunków roślin i zwierząt. Uświadomienie sobie tych skutków następuje zawsze zbyt późno. Po fakcie. Jako istoty dążące do poznania rzeczywistości przychodzimy spóźnieni – widzimy efekty własnych działań i straty nimi poczynione. I wobec nich dopiero staramy się zapobiec dalszym.

 


Coraz głośniej rozbrzmiewa dzisiaj hasło antropocenu. Według badaczy żyjemy współcześnie w epoce naznaczonej działaniami człowieka w takim stopniu, że mamy władzę nad procesami geologicznymi i ekologicznymi.

To jest władza ślepa – mając siłę jesteśmy jak uczeń czarnoksiężnika z wiersza Goethego: używamy jej nie mając pojęcia o mocach, które uruchamiamy i konsekwencjach tych poruszeń. Choć coraz powszechniej się dzisiaj o tym mówi, to raczej w kręgach specjalistów. Mały ta kwestia rezonans wzbudza w szerokiej przestrzeni codziennych dyskusji.

Uwaga, diabeł tasmański!, fot. z książki pt. „Australia, no worries”

Uwaga, diabeł tasmański!, fot. z książki Radosława Nawrota pt. „Australia, no worries”

Nawrot włącza się, jak mnie się zdaje, w popularyzację tej perspektywy i nienachalnie, bez wykładowego zacięcia, bez pouczania, a dyskretnie, operując obrazem oferuje swoim czytelnikom moment refleksji nad nami samymi, jako istotami od swoich początków zmieniającymi świat. To chyba dzisiaj jedno z najważniejszych zadań.

 

Cokolwiek by mówić, teraz decyzja jest w rękach czytelników. To oni uwierzyli w ten projekt i podczas akcji crowfundingowej wsparli go swoimi pieniędzmi.

Czytając efekt końcowy, polecając innym miłośnikom książek i tym, którzy wolą blogi (bo i oni w w tej książce się odnajdą), w końcu kupując po prostu kolejne egzemplarze wydania określą, na ile ich oczekiwania „Australia, no worries” spełnia, na ile je może nawet przerosła.

Zapewne dadzą wyraźnie znać pisarzowi aktywnemu w mediach społecznościowych, czy przekonały ich rozsiane pośród stron spostrzeżenia, czy postawione (niekoniecznie wprost) pytania sprowokowały do namysłu i wreszcie – czy niecierpliwie będą czekać na kolejne fragmenty obrazu Australii widzianej oczami Radosława Nawrota.

Ja czekam.