fot. W. Wylegalski

Dalej niż bliżej

"Robię to co uważam, że powinienem" - z Andrzejem Okińczycem o wystawie "W imię Boga jedynego” rozmawia Anna Kochnowicz-Kann

Anna Kochnowicz-Kann: Co się dzieje dzisiaj z pracą, którą w marcu tego roku pokazywałeś w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu – „W imię Boga jedynego”?

Andrzej Okińczyc: Wystawa trwała zaledwie dwa tygodnie, potem nastał kolejny lockdown, trzeba było ją zamknąć. Zdążyłaś ją zobaczyć?

 

AKK: Tak…

AO: …bo słyszałem, że nie lubisz takich rzeczy…

 

AKK: …bo ona bardzo szarpie, czuje się po niej ból wręcz fizyczny. Nikt tego nie lubi.

AO: …no, więc została zapakowana do kartonów i teraz jedna część jest tu, a druga – u Jarka Przyborowskiego (Fundacja Signum – przyp. AKK), bo u mnie by się nie zmieściła: poza czterdziestoma głowami, to prawie czterysta metrów drutu kolczastego.

 

AKK: A wydawać by się mogło, że powinna na stałe zagościć w przestrzeni publicznej, jako swoiste „memento”. Przynajmniej część „W stronę lepszego świata”. Myślałam, że instytucje kultury zasypują cię prośbami o udostępnienie. Zwłaszcza teraz.

AO: Planów, które się pojawiły, nie bardzo można było zrealizować, a rozmowy, które się zaczęły, zawiesiły się w połowie i zapadła cisza…

 

AKK: A przecież rzadko się zdarza, żeby rzeczywistość dopisywała sztuce tak mocny, wręcz publicystyczny, kontekst.

AO: Sztuka tym razem wyprzedziła fakty. Sam jestem tym zaskoczony. Pytanie, gdzie te prace miałyby być wystawione?

 

AKK: Wiele adresów przychodzi mi do głowy.

AO: Czytałaś komentarze na Facebooku? Raczej nie byłoby na to społecznej zgody. I galerie państwowe – te, które zmieniły ostatnio dyrektorów – tego tematu dzisiaj nie podejmą.

 

Andrzej Okińczyc podczas przygotowań do wystawy „W imię Boga jedynego”, fot. W. Wylegalski

Zbyt mocne nawiązanie do obecnej sytuacji, choć przecież nie byłem w stanie jej przewidzieć! Pracę „W imię Boga jedynego” zacząłem pięć lat temu, po przeczytaniu w „Gazecie Wyborczej” artykułu o publicznej egzekucji, podczas której ścięto głowy czterdziestu osobom.

Do tego doszły informacje o kryzysie uchodźczym – zdjęcia i filmy z Lesbos, z Bałkanów, ludzi w japonkach na śniegu, otoczonych drutem kolczastym… Trzy lata temu zacząłem pracę „W stronę lepszego świata”.

 

AKK: Wielkość (i groza!) tych prac polega na tym, że nie są jednak „doraźne”, ale stanowią syntezę zjawisk dziejących się od wieków.

AO: Tu była konieczna szersza perspektywa. Właśnie dlatego, że to się ciągle zdarza i zawsze z tego samego powodu. I nic tego nie zmieni. Ja w to nie wierzę.

 

AKK: Chyba po raz pierwszy się zdarzyło, żebyś tak wprost mówił o naszej kondycji. Owszem, zawsze się nad nią zastanawiałeś, ale dotąd dawałeś odbiorcy wybór, czy chce się skupić wyłącznie na estetyce, czy się zastanowić, dlaczego malujesz chmury, tynki, kurtyny, wodę, łąki… Tym razem absolutnie wszystko zostało podporządkowane myśli: wystawa stała się esejem na temat naszej cywilizacji, naszego humanitaryzmu.

AO: W takim wymiarze faktycznie po raz pierwszy. Ale popatrz na tę pracę obok siebie: ma z sześć lat (wężowy zwój opleciony drutem kolczastym – przyp. AKK) – ona jakoś zapowiadała to, co potem nastąpiło. Wcześniej wiele razy podejmowałem temat zniewolenia.

 

AKK: Takich tematów nie zostawia się za drzwiami pracowni, one zmieniają człowieka.

AO: Ja stwierdziłem po prostu, że trzeba reagować, na swój sposób wyrażać sprzeciw wobec podobnych działań i zdarzeń. Spójrz, w jak potwornym żyjemy zakłamaniu: z jednej strony ta Polska katolicka, a z drugiej – Usnarz. To zupełnie się nie klei.  

 

AKK: Nie tylko u nas.

AO: Oczywiście! Cała Europa ma problem z uchodźcami. Tym ludziom musimy pomóc. I to nim zaczną uciekać ze swoich krajów.

 

Praca Andrzeja Okińczyca „W stronę lepszego świata”, fot. W. Wylegalski

Choć zupełnie nie wiadomo, jak to robić skutecznie – by rzeczywiście pomoc trafiała do potrzebujących, a nie tamtejszych dyktatorów, by nie została zdefraudowana. Z drugiej strony, kiedy już ci zdesperowani ludzie migrują, burzą pewien ustalony porządek w Europie i znowu stajemy bezradni, nie wiedząc, jak się zachować. Choć wiemy, że jakoś trzeba.

Dlatego te prace zrobiłem. By o tym nie zapominać, by o tym mówić.

 

AKK: Jednocześnie nadałeś im charakter uniwersalny. A formą urealniają się jak dokument, angażują inaczej.

AO: Tak, o to chodziło. Formę podyktował temat. Wiedziałem od początku, że to nie może być obraz, bo nie będzie miał takiej siły oddziaływania, na jakiej mi zależało. Chciałem, żeby to było odczytywane szerzej i przeżywane mocniej, żeby pobudzało głębszą refleksję.

 

AKK: Ale artystów się nie słucha.

AO: No, jednak niektórzy słuchają i nawet polemizują z nimi, jak widać po wpisach na Facebooku.

 

AKK: Mówisz o niezrozumieniu idei? To jest przejaw tego, co w ogóle z nami się stało: ma być prosto i bez wysiłku, i… „najpiękniejsze są piosenki, które dobrze znamy”. Ale twórcy nie są tu bez winy, bo sami też przestali zapraszać do myślenia. Dominuje naskórkowość.

AO: Jeżeli komuś wystarczy tworzenie – nie wiem – powiedzmy… instalacji, które są wyłącznie estetycznym zaaranżowaniem sali, nic na to nie poradzę. Mnie to nie odpowiada. Ja uważam, że jeżeli mogę, powinienem zabrać głos w dyskusji na jakiś ważny temat. I bardzo się cieszę, że to zrobiłem. Wystawę pokazywałem, niestety, w pandemii i niewiele osób mogło ją obejrzeć.

 

Praca Andrzeja Okińczyca „W imię Boga jedynego”, fot. W. Wylegalski

Rozmowa, siłą rzeczy, toczyła się w wąskim kręgu. Ale wiesz… tak naprawdę kompletnie mnie nie interesuje, co inni robią. Jestem skoncentrowany na sobie i reaguję na życie na swój własny sposób. Niektórzy chcieliby, co wynika z komentarzy na Facebooku, abym malował wyłącznie portrety lub pejzaże – takie, jakie widzieli dawniej. Są zdziwieni, że robię coś innego.

Nie dyskutuję z nimi. Czym się zajmuję, to moja sprawa. Tylko i wyłącznie. A niezależnie od wszystkiego, zawsze się ma przeciwników i zwolenników. To normalne. Robię to, co uważam, że powinienem, i tak prawdziwie, na ile to jest możliwe.

 

AKK: Prace są ze styropianu. Używasz go od ponad trzydziestu lat. Stopniowo zastępował płótno na blejtramie.

AO: Po studiach przez parę lat nie malowałem. Jak do tego wróciłem, używałem bardzo tradycyjnych narzędzi, ale w którymś momencie płótno stało się za bardzo… płaskie. Zacząłem je pogrubiać; takim najprostszym i najlżejszym materiałem okazał się styropian, chociaż i tak potwornie dużo waży przy moich formatach, ponieważ pokrywam go wieloma warstwami różnych materiałów.

 

AKK: A to z kolei pozwoliło nie tylko realizować pełniej iluzoryczność, ale i prowokować pytania z gatunku „co jest za?”. „Odkryte–zakryte” to temat, który też zawsze cię interesował.

AO: Bardzo.

 

AKK: I jest on nawet w portretach – one często zachowują formę szkicową.

AO: Zależy mi na tym, aby pewne fragmenty były niedopowiedziane. Chociaż czytelne. Zawsze trzeba wiedzieć, kiedy zostawić płótno – żeby nie przesadzić w wykańczaniu formy i tak dalej. Ten jakby-szkic, ze specyficzną ulotnością, ma swoją wartość. Jeśli za długo się pracuje przy portrecie, to on staje się ciężki. A chodzi o… świeżość. W każdym razie mnie na tym zależy: na ulotności i świeżości.

 

AKK: Chyba w tej ulotności jest też to, co najważniejsze w sztuce: prawda.

AO: Rzeczywiście, najbardziej prawdziwe są właśnie szkice. One zatrzymują chwilę, myśl. Coś niepowtarzalnego, nieupozowanego. Szkic to dochodzenie do formy. Ale… potem, bardzo często, ta wycyzelowana forma końcowa jest nie do przyjęcia.

 

AKK: Kiedyś, poza portretami, malowałeś draperie, pejzaże. Jeśli nie pojawiało się wtedy pytanie „dlaczego?”, to przynajmniej: „jak to jest zrobione?”. Teraz mniej interesuje cię konkret, bardziej obiekty, które mogą być wszystkim. Są ściśnięte, obwiązane, wylewające się, zagarniające.

AO: No i z tego robi się konkret. Mimo wszystko… Portret to z jednej strony przyjemność obcowania z kimś, ale z drugiej – zajmowanie się nim sprawia, że więcej widzisz. Doświadczenia związane z portretem przenoszę na inne prace, chociaż pozornie wydaje się to być zupełnie inną bajką.

 

Praca Andrzeja Okińczyca "W stronę lepszego świata", fot. W. Wylegalski

Praca Andrzeja Okińczyca „W stronę lepszego świata”, fot. W. Wylegalski

Od lat osiemdziesiątych ciągnie mnie do trójwymiaru. Początkowo to była coraz grubsza faktura, a teraz wchodzę w coś, co ociera się o rzeźbę. Są nowe tematy, muszą być więc i nowe rozwiązania.

Mam dość dużą rozpiętość zainteresowań: aranżacje wystaw sztuki, portrety, obiekty. Wszystko jest fascynujące.

Andrzej Okińczyc – malarz, autor portretów i pejzaży. Tworzy także obiekty z pogranicza malarstwa i rzeźby. Ma na swym koncie ponad 40 wystaw indywidualnych. Do najbardziej znanych prac należą cykle: „Natura”, „Draperie i Kurtyny”, „Parawany”, „Schody”, „Lawy”. Artysta jest także autorem licznych aranżacji wystaw sztuki. Praca „W imię Boga” jedynego” była prezentowana w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu od 6.03.2021 do 2.04.2021.