fot. fot. Krystian Daszkowski, as. Magdalena Stawińska, na zdjęciu Biała Pleć

David Lynch z kubkiem kawy

„Większość moich performansów jest krytycznych – raz naśmiewam się z toksycznej męskości, innym razem częstuję queerem opresyjną rzeczywistość” – opowiada Marek Grzegorski, czyli drag performer Biała Płeć.

Jakub Wojtaszczyk: Co popchnęło cię do dragu?

Marek Grzegorski/Biała Płeć: Bardziej „Kto”! Była to Twoja Stara, której performans zobaczyłem podczas wydarzenia „Queer Night” w 2017 roku. Wtedy pomyślałem: „Wow, to takie europejskie” (śmiech). Dziś pewnie powiedziałbym, że w samym występie nie było nic wyjątkowego, czego nie widziałbym potem: lip-sync do piosenek Lady Gagi, choreografia w duecie, „chłop przebrany za babę”, a całość w stylu piątego sezonu „RuPaul’s Drag Race”…

 

JW: Czyli wspomniany przez ciebie program reality show nie miał nic wspólnego z twoim dragiem?

MG/BP: Długo nie byłem fanem „RuPaula”. Nie lubię formatu reality show, szybko mnie męczy, czuję się manipulowany, łatwo mi o poczucie zmarnowanego czasu. Co prawda po wielu próbach w końcu zaskoczyło i obejrzałem większość sezonów, jednak to Twoja Stara i jej inicjatywy pokazały mi, jak można robić drag. Jeśli mielibyśmy mówić o kolejnej jego fali, to należałoby zaczynać od tej persony.

 

Biała Pleć, fot. Krystian Daszkowski, as. Magdalena Stawińska

JW: Od czasu pierwszego zetknięcia z dragiem jesteś obecny w poznańskiej społeczności LGBT+?

MG/BP: Pierwsze osoby dragowe to te widziane albo przy okazji poznańskich Marszów Równości, albo na przypadkowej imprezie na skłocie. Dopiero po maturze zacząłem interesować się sztuką queerową, feminizmem i ogólną tematyką LGBT+. Wtedy nie postraszyłbyś mnie już Panią Judytą (śmiech). Jednak bardzo długo pozostawałem jedynie biernym obserwatorem. Wyrosłem, jak pewnie całe pokolenie trzydziestoparolatków, na serialach, pierwszym internecie, dojrzewałem wraz z popkulturą.

 

Dopiero drag dał mi narzędzia, abym mógł działać aktywnie i wykorzystywać to wszystko, co do tej pory przyswoiłem.

Być może nie stałoby się to też bez udziału znajomych, którzy zarażali mnie swoim entuzjazmem. Wraz z pierwszymi występami poznałem szerzej środowisko dragowe, wszedłem do nowej społeczności, która mnie dobrze przyjęła. Uważam to za życiowy sukces.

 

JW: Wróćmy do Queer Night i występu Twojej Starej. Czy już wtedy postanawiasz, że chcesz spróbować?

MG/BP: To była dłuższa droga. Wtedy jeszcze brakowało miejsc, w których można było swobodnie zaczynać występować. Wcześniej zaprzyjaźniłem się i zamieszkałem z Gelejzą [drag persona z Poznania, obecnie na emigracji – przyp. K.W.], czyli sceniczną córką Twojej Starej, i obserwowałem proces kreowania jej postaci. Też przez Gelezję byłem popychany do działania, ale początkowo wolałem stać z boku i obmyślać szczegóły mojego pierwszego wyjścia w dragu.

 

Biała Pleć, fot. Krystian Daszkowski, as. Magdalena Stawińska

JW: Kiedy on nastąpił?

MG/BP: Wraz z Gelejzą wyszliśmy na miasto! W kwietniu 2018 wybraliśmy się do klubu Psychodela, gdzie odbywała się impreza dla osób w dragu. Weszliśmy do środka, a tam brodaci kolesie popijający piwko w piątkowy wieczór. Chyba nas się nie spodziewali, tak samo jak my ich. Zrobiliśmy zwyczajne wejście smoka (śmiech).

 

Wyjście w dragu było stresujące, ale jednocześnie miałem poczucie, że to dobry moment. Jak teraz myślę o tym wydarzeniu, to miało ono w sobie coś filmowego.

Spotkaliśmy wiele osób w dragu, które teraz są już silnie obecne na scenie. W powietrzu czuć było zmiany. Potrzebowaliśmy tylko miejsca, aby one mogły naprawdę nastąpić. Już wtedy „RuPaul’s Drag Race” robiło swoje, a w Poznaniu pojawiały się postaci, które nie tworzyły klasycznego, binarnego dragu, jak dziewczyny z klubu Comeback.

 

JW: Jakie miałeś obawy przed pierwszym wyjściem w dragu?

MG/BP: Długo miałem w głowie stereotyp drag queen jako osoby, przez przebranie, chcącej coś ukryć. Patrzyłem na te persony przez pryzmat tragicznego wątku, który trzeba schować. Może to przez sposób widzenia osoby artystycznej, która zakłada maskę, nakłada gruby makijaż, aby odgrywać, a nie być sobą. Oczywiście miało to związek ze społecznością LGBT+ i problemami, które wynikają z przynależności do niej, np. homofobią.

 

JW: Jak wyszło w praniu?

Biała Pleć, fot. Krystian Daszkowski, as. Magdalena Stawińska

MG/BP: Zupełnie inaczej. Mogę się mylić, ale drag stał się popularny nie tylko przez media, ale też przez różnorodność i możliwość prezentowania różnych tożsamości. Wiązanie go z wątkiem kobiecym jest dość ograniczające. Wchodząc w drag, nie musimy zamykać się tylko w typowo binarnych rolach, ale dostajemy przestrzeń na zupełnie inną ekspresję, którą z kolei za każdym razem możemy zmieniać. Drag pozwala na robienie występów typowo rozrywkowych, ale z powodzeniem można  w nim podejmować też tematy poważne, zahaczające o „prawdziwą” sztukę, performans. W Polsce dragowanie bardzo szeroko się rozlało. Myślę, że jego kolejnym stadium będzie tylko mainstream.

 

JW: Kim jest twoja persona, Biała Płeć?

MG/BP: Uparłem się, by imię koniecznie było w języku polskim. Odczuwałem niechęć do anglojęzycznych pseudonimów i używania slangu z „RuPaula” – wydawał mi się pretensjonalny, sztuczny w ustach rodzimych osób w dragu. Język polski jest po prostu naturalny. Mój pseudonim wziął się z jednego z wersów piosenki Stefanii Woytowicz „Śliczny Chłopiec”, z muzyką Chopina. Słowa idą tak: „Śliczny chłopiec, czego chcieć?/ czarny wąsik, biała płeć”. Utwór gloryfikował urodę młodzieńca.

 

Poza tym biała płeć wiąże się z teatralnością, z pantomimą, postacią arlekina. Jest w pseudonimie też gra z kolorem skóry.

Biała Pleć, fot. Krystian Daszkowski, as. Magdalena Stawińska

Używam go subwersywnie – kolor skóry pojawia się w krytycznym pojęciu. To przeciwieństwo minstrela, podwójne białe uprzywilejowanie i wynikająca z tego odpowiedzialność. Większość moich performansów jest krytycznych – raz naśmiewa się z toksycznej męskości, innym razem częstuje queerem opresyjną rzeczywistość.

 

JW: Długo kształtowała się twoja definicja dragu?

MG/BP: Myślę, że jest to ciągły proces. Przy konstruowaniu Białej Płci przyświecała mi też postać Davida Bowie. Pociągała mnie jego androgyniczność, teatralność, jak i wywrotowość czy status gwiazdy rocka. Od tego chciałem zacząć. Pierwszą peruką, którą kupiłem, był właśnie rudy bob. Zakładałem ją tył na przód – to w niej debiutowałem na scenie. Od początku moje występy były ukłonem w stronę publiczności. Ona musi się dobrze bawić – niezależnie czy na scenie robię bardzo osobiste rzeczy, czy nie. Dlatego sięgam po pierwotne, jarmarczne formy – teatr cieni, traumatropy, zabawę rekwizytami. Mam taką „teorię na drag”, co chyba jest tożsame z każdego rodzaju twórczością, że często wracają do mnie obrazy i wrażliwość, które kształtowały mnie w dzieciństwie i młodości i wołają, abym coś z nimi zrobił, abym przez nie coś opowiedział.

 

JW: Czy jednym z takich „obrazów” jest David Lynch? Na Instagramie napisałeś, że to osoba, która śni ci się najczęściej.

MG/BP: Lynch faktycznie śni mi się najczęściej – w najróżniejszych sytuacjach, np. raz wędruje po lesie z kubkiem kawy, raz mówi łamaną polszczyzną i częstuje mnie orzeszkami. Te całe jego surrealistyczne uniwersum mnie bardzo „uruchamia”. Jestem wielkim filmożercą i to właśnie język kina mnie najbardziej ukształtował. Dla niektórych kultowe są obrazy Barei, jego „Miś” i „Alternatywy 4”, dla mnie takim kimś jest John Waters, twórca np. „Różowych flamingów”, którego estetyka campu i poczucie humoru stanowi mocną inspirację moich występów.

 

JW: Jak te inspiracje przekuwasz na performanse?

Biała Pleć, fot. Krystian Daszkowski, as. Magdalena Stawińska

MG/BP: Źródłem inspiracji perfo jest często muzyka. I to nierzadko w połączeniu z prześladującym mnie w głowie obrazem. To jeszcze etap, kiedy emocje traktuję bardzo na serio. Z czasem próbuję się z nimi dogadać – wystawić gołą dupę, poświecić cyckami. Jednak przyznam ci się, że nawet do kilku dni przed perfo do końca nie wiem, jak ono będzie wyglądać! Zazwyczaj zajmuję sobie ręce przygotowaniami kostiumów, a w głowie powtarzam jak mantrę – miej zaufanie do samego siebie.  Najlepsze pomysły przychodzą zawsze na końcu.

 

JW: W jednym perfo lipsyncujesz do słów dziewczynki: „A czy papież lubi małe dziewczynki z warkoczykami?”. Na co Jan Paweł II odpowiada: „Z warkoczykami, albo bez warkoczyków też ujdą”. Opowiadasz o pedofili w Kościele. Dobrze odczytuję?

MG/BP: I tak, i nie. Po pierwsze chciałem przytwierdzić sobie do brwi wielkie warkoczyki. To był punkt wyjściowy. Mimo że występ zbiegł się w czasie z doniesieniami o pedofilii w Kościele, sam pomysł na niego narodził się rok wcześniej.

 

JW: To znaczy, że pomysł lip-syncu do słów dziewczynki rozmawiającej z papieżem pojawił się wcześniej? Jak na to wpadłeś?

MG/BP: W zasadzie zrobił to za mnie Internet (śmiech). Najpierw był kultowy filmik z „papieżem masakrującym dzieci w programie »Ziarno«” z dubbingiem Zbigniewa Stonogi. Oglądałem go bardzo wiele razy (śmiech). Więc prawda jest taka, że po prostu wykorzystałem fragment już istniejącego utworu, w którym się wspomniany przez ciebie dialog się pojawia. Reszta to już opowieść o Białej Płci, która trafia do nieba…

 

Biała Pleć, fot. Krystian Daszkowski, as. Magdalena Stawińska

JW: Czym dla ciebie jest płeć w dragu?

MG/BP: Nie rezygnuję z męskiej tożsamości, nawet jej specjalnie nie maskuję. Po atrybuty związane z płcią sięgam wybiórczo – w zależności od moich potrzeb związanych z konkretnym perfo. Porównałbym to do przystrajania choinki. Jest sztuczna, plastikowa, dobierasz tylko pewne elementy, a na czubek wsadzasz gwiazdę. Z tym, że kiedy skończysz, przypominasz sobie, że chodziło ci jednak o wieniec pogrzebowy.