fot. Unsplash

Dlaczego mam problemy z zaufaniem?

– Myślę, że mniej bym się bała latania, gdybym uprawiała latanie aktywne – mówi mi córka, po raz kolejny świętując na fotelu obok swoje cudowne ocalenie ze śmiertelnie niebezpiecznej sytuacji startu rejsowego samolotu tanich linii lotniczych. – Czyli gdybym była pilotem.

Potrzeba sprawowania kontroli to jeszcze jedna z potrzeb mojej psychofizycznej piramidy, którą godzę się pozostawiać niezaspokojoną, zaspokojoną częściowo lub też pozornie. W odróżnieniu od córki dawno porzuciłam myśl, że da się być jednocześnie pasażerem, pilotem i kontrolerem ruchu powietrznego.

W filmach, których akcja dzieje się na statkach Jej Królewskiej Mości płynących ku Galapagos, wypatruję scen, w których jedyny zaokrętowany lekarz operuje sam siebie z użyciem sprytnego systemu zwierciadeł, ale sama korzystam z lustra w lustrze, żeby sprawdzić, czy mi się koczek zgrabnie zwinął. Jednocześnie mam świadomość, że to, co widzę w odbiciu, to tylko symulacja realnego koczka, niemająca wiele wspólnego z tym, jak odbierają go patrzący. Ale to bez znaczenia: jeśli chodzi o zabiegi upiększające, mam jakąś taką motorykę ręki, że choćbym sobie ten koczek przybiła gwoździkami do czaszki, i tak się po kwadransie rozpadnie.

 

Grenlandia nigdy nie była zielona, co najwyżej odrobinkę i po samych brzeżkach, jak zresztą jest i dzisiaj podczas tych piętnastu minut, które nazywają tam latem.

Kiedy mówię „nigdy” mam na myśli nie więcej niż ostatnie trzy miliony lat – mniej więcej od tamtej pory wyspę pokrywa tyle lodu, że gdyby stopniał, zatopiłby Wenecję. Przeczytałam o tym w książce. Tysiąc lat temu natomiast, kiedy powstała nazwa, a za nią mit, w grę wchodziła strategia marketingowa i promocyjna Eryka Rudego, Norwega, który Grenlandię odkrył i wymarzył dla niej przyszłość radosną i ludną. Żeby ściągnąć osadników z Islandii, na której w tamtym okresie jeszcze rosły drzewa, stworzył opartą na chwytliwej nazwie legendę wadliwego produktu. – Ironic – jakby powiedział imperator Palpatine. Drzew na Islandii nie starczyłoby oczywiście dla wszystkich i co najmniej czterech z tuzina obecnych tam osadników po prostu musiało poszukać szczęścia gdzie indziej. To akurat wiem z Netfliksa – z serialu „Wikingowie”. Chyba.

 

Na Islandii natomiast lodu jest jakieś jedenaście procent.

Justyna Bargielska Dlaczego mam problemy z zaufaniem?

mem „This is why I have trust issues”

Ujmując sprawę ilościowo, nie mogę z pełnym zaufaniem przyjąć, że jej nazwa ma rzeczywiście coś z lodem wspólnego, poza tym gdyby tak było, Islandia po niemiecku nie nazywałaby się Island tylko Eisland, bo Niemcy mają najbardziej akuratne i pozbawione zbędnej finezji określenia na wszystko, co istnieje, i chwała im za to, bo ktoś musi to robić – pilnować porządku w nomenklaturze i żeby się wszystko ze wszystkim zgadzało.

Padłam kiedyś ofiarą tej swojej niewiary, gdy w szkockiej miejscowości Inverness, o której również dowiedziałam się z Netfliksa, a która też znajduje się na północy, ale jednak mniej niż Islandia i Grenlandia, postanowiłam zrobić zakupy spożywcze w najbliższej wskazanej przez Google Maps lokalizacji.

Sklep nazywał się „Iceland” i szukając w nim czegokolwiek niebędącego mrożonką, zaczynałam czuć się powoli jak Frederick Albert Cook: zdobywałam właśnie biegun i kompletnie nikt tego nie widział.

 

– Czego ty w sumie szukasz? – spytał wtedy przytomnie mój mąż. – Nie widziałaś napisu? „Iceland”?

Widziałam, ale znałam też hipotezę, że nazwę wyspie nadał Święty Brendan, który spotkawszy tam epickiego pustelnika, wykrzyknął „Issu!”, co jest staroirlandzkim odpowiednikiem nowopolskiego „dżizas!”. Niepotwierdzone archeologicznie dowody na obecność chrześcijańskich mnichów w miejscach niedostępnych bardziej do mnie przemawiają niż świeckie etymologiczne gierki.

– No, tak – powiedział mąż i poszliśmy do Lidla. Czyli Niemcy znowu górą.

 

Wracając do problemów z zaufaniem:

 

– Powiedz mi – pytam córki w trakcie lądowania, które ze startu nieuchronnie wynika – czy gdybyś sama była pilotem, nie oczekiwałabyś od pasażerów zaufania?

Córka oburącz ściska mnie kurczowo za przedramię i pewnie tylko dlatego nie robi face palmu.

– Jeśli zdecydowaliby się powierzyć swoje życie komuś takiemu jak ja – mówi – zasługują na wyginięcie, jak dodo.

O, grubo, córko, widzę, że na fundamencie ufania sobie nawzajem nie złagodzę twojego strachu przed lataniem, spróbuję wobec tego pożerować na instynktach.

– Ale pomyśl – mówię – przecież nawet pilot chce żyć.

– Słyszałam różne historie – odpowiada Rozalia.

„Słyszałam różne historie” – jak te biedne normańskie sieroty, które usłyszały „Greenland” i wsiadły na swoje dłubanki, i popłynęły ku przyszłości, jaka by ona nie była. Przede wszystkim dlatego, że gdy się bliżej temu zagadnieniu przyjrzeć, nie ma innego wyjścia, jak płynąć ku przyszłości. Oczywiście wiem, że Wikingowie nie pływali w takie długie trasy na dłubankach, ale gdybyście chcieli jakąś obejrzeć, jeszcze do niedawna stała jedna w korytarzu Urzędu Żeglugi Śródlądowej na Modlińskiej w Warszawie. Odkryłam to przypadkiem, kupując tam konfekcję dla mojego psa w jednej z firm, która od urzędu wynajmuje lokale. To była wspaniała, nieoczekiwana przygoda. I to tyle z mojej strony, jeśli chodzi o zaufanie.

JUSTYNA BARGIELSKA – ur. 7 lipca 1977 r., poetka i prozaiczka. Autorka tomów poetyckich i książek prozatorskich. Jej prozatorskim debiutem były „Obsoletki” (Wydawnictwo Czarne, 2010), za które otrzymała nominację do Paszportów „Polityki”. „Małe lisy” (2013), drugi tom prozatorski został nominowany do Nagrody Literackiej Nike. W 2016 r. nakładem Wydawnictwa Wolno ukazał się picture book „Obie”, poświęcony macierzyństwu i byciu dzieckiem, do którego Bargielska stworzyła prozatorski tekst, a Iwona Chmielewska obrazy. Ostatnio opublikowała zbiór opowiadań dla dzieci „Siedem przygód Rozalii Grozy” (2017). Mieszka w Warszawie.

CZYTAJ TAKŻE: Ile razy jeszcze zranisz mnie, mówiąc, że nie umiem prosto kroić chleba

CZYTAJ TAKŻE: Królowa elfów

CZYTAJ TAKŻE: Nie ogarniam planu tego kina