fot. Krystian Daszkowski, na zdjęciu Buba Poruta

Drag jest za dobry, by był prawdziwy

„Drag jest świetną formą ekspresji dla queerowych dzieciaków, które nie miały innych możliwości rozwoju. Nie zrozum mnie źle – nie uważam dragu za ostatnią deskę ratunku, tylko za idealny łącznik różnych umiejętności czy pragnień” - mówi drag performer Buba Poruta.

Jakub Wojtaszczyk: Przed naszą rozmową napisałeś, że jesteś zaskoczony zaproszeniem do wywiadu, bo przecież nieczęsto występujesz. Dlaczego tak rzadko wychodzisz na scenę?

Buba Poruta: Po moim debiucie na „Twój Drag Brzmi Znajomo” w październiku 2019 roku w już nieistniejącym Punto Punto Club byłem bardzo głodny dragu, więc zacząłem wychodzić w nim casualowo, bez konkretnego powodu. To dobra praktyka dla osób, które chcą zająć się dragiem „na poważnie”. W ten sposób mogą oswoić się z przestrzenią i ludźmi. Mimo że byłem obecny, to faktycznie za często nie występowałem, ponieważ bałem się, iż ten drag przez niedopracowanie nie do końca będzie taki, jaki sobie wymarzyłem.

 

Chciałem, żeby każdy mój performance był konceptualny, złożony i posiadał głębsze znaczenie.

Buba Poruta, fot. Krystian Daszkowski

Co nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem, bo czasem widownia chce się po prostu dobrze się bawić, a nie zastanawiać, o co chodziło. Po występach czułem potrzebę tłumaczenia i pokazywania, jak wiele wysiłku wkładałem w to, co zaprezentowałem. Za dużo od siebie wymagałem. Dlatego stopniowo przestałem występować czy postować regularnie na Instagramie. Porzuciłem też praktykę „dragu bez konkretnego powodu”.

 

JW: Dlaczego?

BP: Wiąże się to z drugim powodem rzadkiego wychodzenia na scenę, a jest nim depresja, podejrzewana przeze mnie i moich znajomych, która skutecznie podcina skrzydła mojej motywacji. Dlatego jeżeli mam wystąpić, muszę dostać zaproszenie na konkretne show, wtedy już nie mam wyjścia.

 

Wiem, że brzmię, jakbym robił drag za karę, ale tak nie jest.

Ciężko mi po prostu wyjść z inicjatywą, ale takie sporadyczne wystąpienia bardzo pomagają mi w utwierdzeniu się, że chciałbym kontynuować robienie dragu i że sprawia mi to frajdę. Poza tym boję się o moje bezpieczeństwo. I choć nigdy nie doświadczyłem negatywnego zachowania na ulicy, samo jego prawdopodobieństwo i sytuacje, które przydarzają się innym, mnie paraliżują. Dlatego, kiedy już dostaję zaproszenie, pytam, czy w klubie jest garderoba albo miejsce, w którym będę mógł się pomalować.

 

JW: W klubie się nie boisz?

fot. Krystian Daszkowski

BP: Na pewno nie tego, że stanie mi się krzywda. Czuję się niekomfortowo. Nieważne, jak bardzo chciałbym, aby queerowa bańka była bezpieczna, zawsze znajdzie się ktoś, kto mruknie do znajomego komentarz, który odbiorę jako wyśmianie mnie. Ostatnio występowałem na „Młyn x Orzeczenie Offline” w Lokum Stonewall w Poznaniu. Show odbywało się na scenie Berlin, gdzie panowała wspaniała atmosfera. Czar prysł, kiedy wyszedłem na fajkę na dwór i zetknąłem się z osobami, które przyszły do klubu tylko potańczyć. Pojawiły się niechętne spojrzenia, pijackie szepty. W takich momentach nie mam siły zapalnej do zrobienia im na przekór: „Jestem drag i ja wam pokażę!”. Wiem, że takie sytuacje zawsze będą miały miejsce, moja w tym głowa, żebym to zaakceptował i znalazł w sobie siłę, aby się tym nie przejmować. 

 

JW: Pamiętasz, co motywowało cię na samym początku?

BP: Drag jest świetną formą ekspresji dla queerowych dzieciaków, które nie miały innych możliwości rozwoju. Nie zrozum mnie źle – nie uważam dragu za ostatnią deskę ratunku, tylko za idealny łącznik różnych umiejętności czy pragnień.

 

Dla mnie jest sposobem wyrażania siebie, a zmiana wyglądu od początku była wisienką na torcie. Od dziecka chciałem być aktorem, świetnie czułem się w szkolnych teatrzykach.

Uwielbiałem też tańczyć, ale moi rodzice nie mogli sobie pozwolić na zapisanie mnie na zajęcia jako dziecko. Gdy pojawiły się na to środki, byłem już w liceum i wmówiłem sobie, że jest za późno. Nadal uwielbiam tańczyć, ale podchodzę do tego tematu bardzo melancholijnie.

 

Buba Poruta, fot. Krystian Daszkowski

JW: Co jeszcze daje ci drag?

BP: Mogę udawać kogoś, kim nie jestem albo być jakąś częścią siebie, którą nie jestem na co dzień lub której nie pokazuję innym. Drag pozwala mi nosić to, co chcę i jak chcę oraz malować się, co odkąd pamiętam, było dla mnie fascynujące. W dragu czuję się też pewniej, jeśli chodzi o aspekt komediowy – najbardziej w świecie kocham rozśmieszać innych. Słowem: drag jest za dobry, by był prawdziwy, bo w swoim koncepcie pozwala na wszystko. Robiąc go, poznaję też inne osoby dragowe, co ostatnio zaczęło mi sprawiać większą radość niż samo wyjście na scenę.

 

JW: Jedną z pierwszych drag queen, która zaraziła cię dragowym wirusem, była Gelejza, prawda?

BP: Tak, pamiętam, kiedy zobaczyłem ją w tłumie na Marszu Równości, w 2018 roku.

 

Spodobało mi się to, jak wygląda, więc od razu do niej napisałem.

Późnej Gelejza zaprosiła mnie do siebie, gdy szykowała się na jeden z występów. Z zainteresowaniem i zachwytem obserwowałem jej przygotowania. Tak od słowa do słowa, od jednego spotkania do następnego, od słów wsparcia po otrzymanie pierwszych kosmetyków i ciuchów powstała Buba Poruta. Do dziś mam po Gelejzie pady, których używam. Często mówię o tym ludziom, bo bardzo mnie bawi, że „córeczka wdała się w mamusię”.

 

Buba Poruta z Daś Piszko, fot. Krystian Daszkowski

JW: Twoja drag persona narodziła się w Poznaniu, jej imię, a dokładnie drugi człon, również nierozerwalnie związane jest z tym miastem…

BP: Jestem zafiksowany na słowotwórstwie, dlatego szukałem takich słów, które mają wiele znaczeń. Nieważne, kogo zapytam, co oznacza „Buba”, otrzymam inną interpretację. Chciałem być taką osobą dragową, która wzbudzi różne uczucia. Z kolei „Poruta”, jak powiedziałeś, pochodzi z gwary poznańskiej i oznacza wstyd, a dla mnie drag jest z nim nierozerwalnie związany. Wstyd to też bariera, którą musiałem i wciąż muszę pokonywać, aby w ogóle Bubę Porutę tworzyć.

 

JW: Czego się wstydziłeś?

BP: Zanim mój drag stał się publiczny, musiałem pokonać wstyd na kilku poziomach. Pierwszy to przede wszystkim strach przed – nazwijmy to – nieszablonową ekspresją, czyli wyjściem na kolorowo, tak, by rzucać się w oczy. Samo nałożenie makijażu wymagało ode mnie przełamania ostatków toksycznej męskości.

 

JW: A ten drugi poziom?

BP: Zacząłem też używać dragu do przełamania mojego wstydu przed publicznym wyrażaniem emocji, co pierwotnie znacznie łatwiej wychodziło mi poprzez pisanie postów na Instagramie, głównie dotyczących negatywnych odczuć względem siebie. Takie posty lub stories u innych dają mi poczucie zrozumienia i wzbudzają sympatię. Piszę więc to, co sam chciałbym przeczytać. Z perspektywy czasu widzę też, że teraz naturalniej przychodzi mi mówienie wprost o rzeczach, które mogą się wydawać wstydliwe lub zbyt personalne.

 

JW: Czy jest jeszcze kolejna warstwa wstydu, którą przepracowujesz?

Buba Poruta, fot. Krystian Daszkowski

BP: Mój wygląd. Wstydzę się mojego ciała. W dragu sprawiam zupełnie inne wrażenie, bo występuję w kostiumach, które eksponują np. to, że jestem owłosiony albo nie jestem szczupły. Znajduję takie elementy w moim ciele, których nie lubię, ale chciałbym to zmienić, dlatego wrzucam do występu. Nie zawsze czuję się z tym komfortowo, ale robię sobie na przekór i wychodzę na scenę. Później, oglądając zdjęcia z show, widzę, że było to ciekawe estetycznie lub nawet sexy, co poprawia mi samoocenę i nastrój.

 

JW: Wspomniałeś o publicznym wyrażaniu emocji. Czy masz taką, którą najbardziej lubisz eksplorować?

BP: Na przykład zrobiłem perfo do „Shame” Nils Bech. Zmotywowała mnie do niego pewna drag queen z Warszawy, która skomentowała moje zdjęcie: „Owłosiona drag? Fuuuj”. Podczas występu ogoliłem ręce i nogi, czym ewidentnie zaskoczyłem publiczność. Poczułem się bardzo in charge, silny, że potrafiłem obrócić negatywne emocje na moją korzyść i przepracować je na scenie. Każdy występ przynosi ulgę, jednak nie jest ona długotrwała, bo tak naprawdę noszę w sobie bardzo dużo frustracji.

 

JW: Co cię wyprowadza z równowagi?

BP: W House of Orzeczenie, czyli domu dragowym, którego jestem częścią, mam łatkę nerwusa i osoby obdarzoną małą cierpliwością. Bardzo łatwo wpadam w irytację czy nawet szał, ale to już temat na moją planowaną w tym roku terapię. Wkurza mnie na przykład wszystko, co wiąże się z przerwaniem bezpiecznej bańki, w której żyję. Denerwuję się, gdy doświadczam nieprzyjemnych sytuacji o charakterze queerfobicznym albo słyszę, że w naszej społeczności znajdują się nietolerancyjne osoby starające się ograniczyć wolność innym. W takich chwilach nie czuję się bezpiecznie i myślę o wyjeździe z tego kraju.

 

Buba Poruta, fot. Krystian Daszkowski

JW: Czy w performanceach łączysz ze sobą postrzeganie cielesności i frustracje?

BP: Tak, to są moje motywy przewodnie. Opowiadałem o tym na przykład podczas jednego z występów do „Grid” muzyka Perfume Genius. Wychodzę w masce na głowie i futrze.

 

Jestem skrępowany obecnością publiczności, nie wiem, czy chcę być oglądany w takim stanie. Nagle mój nastrój się zmienia: staję się otwarty na innych, pragnę, aby widownia brała to, co jej daję.

Wtedy mój występ staje się bardziej seksualny, ale szybko przechodzi w desperację oraz obrzydliwość – zaczynam rozwalać na sobie kiwi z farbą w środku i smaruję się olejkiem. Wreszcie skaczę po scenie, tak okazując złość. Całość podbija muzyka i tekst, do którego lipsyncuję. Performance opowiada o błędnym kole mojego życia: najpierw się wstydzę, potem przestaję, ale za szybko staję się „za bardzo”, nie spotykam się z reakcją, jaką chciałem uzyskać, co wpędza mnie w złość i ponownie obarcza wstydem.

 

JW: Wzbudzenie obrzydzenia, o którym mówisz, nie jest chyba popularną ekspresją na dragowej scenie?

BP: Na pewno nie w dragu mainstreamowym, który kojarzymy chociażby z programu „RuPaul’s Drag Race”.

 

Buba Poruta, fot. Krystian Daszkowski

Obrzydzenie, lęk i podniecenie to trzy emocje, które chciałbym wzbudzać wśród obiorców i odbiorczyń moich występów.

To bardzo ciekawe ekspresje, bo na co dzień najczęściej takich obrazów sobie nie dostarczamy. Chciałbym robić drag makabryczny, odstający od norm, sprawiający, że nie wiesz, na co patrzysz. Jednak na razie jest to nasionko, które we mnie kiełkuje. Aby coś z niego wyrosło, czuję, że muszę podszkolić moje umiejętności makijażowe. Na razie bazuję więc na tej bardziej „konwencjonalnej” estetyce.

 

JW: Czyli wnętrze Buby jest już stworzone, teraz kształtujesz to, co na zewnątrz?

BP: Wizualnie Buba jest work in progress. Jeśli chodzi o wnętrze – wiem, co lubię i co mnie bawi, ale wstyd jest za duży, by móc w pełni zaprezentować the full Buba experience. Kiedy nikt nie słucha i nie ogląda, w bezpiecznym zaciszu mojego mieszkania, staję się najprawdziwszą wersją siebie. Chciałbym żyć w świecie, w którym na co dzień każdy z nas mógłby być właśnie taki – w pełni swój. Mam nadzieję, że taki będzie też mój drag.

 

Słowniczek:

Pady – „wyściółka” (np. silikonowa lub piankowa), która służy do podkreślenia bioder i pośladków, aby stworzyć bardziej „kobiecą” sylwetkę.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
14
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
1
Dziwne
Dziwne
1