fot. Dawid Stube

Dramat radykalizacji

„Ojciec Freddiego Mercury’ego, prawdopodobnie ze strachu przed innością, reaguje agresywnie i odrzuca swojego syna” — mówi Maria Spiss, autorka dramatu spektaklu „Królowa. Freddie – jestem legendą”, który można oglądać w Teatrze im. A. Fredry w Gnieźnie.

Kuba Wojtaszczyk: Czym jest dla pani muzyka Freddiego Mercury’ego i kim jest sam artysta?

Maria Spiss: Jest to długa historia, choć z przerwami. Kiedy Freddie zmarł, miałam 14 lat. Dopiero wtedy, pod koniec szkoły podstawowej, zaczęłam słuchać Queen. To był czas ich ostatniego albumu „Innuendo”. Od tej płyty rozpoczęłam poznawanie zespołu.

 

W listopadzie 1991 roku przyszła wieść o śmierci Mercury’ego. Bardzo dobrze pamiętam ten dzień i moją rozpacz. Byłam na zajęciach w szkole i nie mogłam powstrzymać płaczu.

KW: Jak narodził się pomysł na spektakl?

MS: Zaczęłam mówić, że to taka historia z przerwami, bo do postaci Freddiego zaczęłam wracać w rozmowach z reżyserem Piotrem Siekluckim kilka lat temu. Uznaliśmy, że byłoby dobrze zrobić spektakl o tym artyście. Pierwotnym miejscem miał być Teatr Nowy w Krakowie, jeszcze jego stara siedziba na Gazowej, czyli mała scena, w piwnicy. Wtedy zdecydowaliśmy się na monodram, w którym Piotrek sam miał zagrać. Jednak zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i zamroziliśmy ideę.

 

KW: Dlaczego Gniezno?

MS: Szukaliśmy miejsca, które posiada naprawdę dobre warunki teatralne, z dużym zespołem, aby mieć komfort pracy i stworzyć pełnowymiarową opowieść. W Teatrze Fredry jestem już czwarty sezon i artystycznie kieruję tym teatrem. Półtora roku temu wraz z moją dyrektor naczelną Joanną Nowak zaczęłam rozmawiać o pomyśle na „Freddiego”. Szczęśliwie na niego przystała i tak doszło do realizacji i premiery spektaklu w 2019 roku.

 

KW: Pamięta pani ten moment, kiedy pojawiła się idea samego dramatu?

MS: Tak. Tekst powstał z rozmów z Piotrem. Wcześniej, w 2015 roku, zrealizowaliśmy spektakl „Amy. Klub 27” w Teatrze Ludowym w Krakowie, gdzie trop muzyczny był również bardzo silny. To była opowieść o ikonach popkultury, o ludziach, którzy zapłacili ogromną cenę za bycie sławnym i za swój talent. Jeśli chodzi o Freddiego, zainteresowały mnie trzy tematy, które widoczne są i w tekście, i w spektaklu.

 

KW: Jakie to tematy?

Maria Spiss, fot. Dawid Stube

Maria Spiss, fot. Dawid Stube

MS: Nie jest to opowieść dokumentalna ani biograficzna w ścisłym tego słowa znaczeniu. Freddie był dla nas tylko punktem wyjścia, pretekstem do opowieści o wyobrażonym przez nas świecie. Przygotowując się, przeczytałam kilka książek na temat wokalisty Queen, obejrzałam też kilka filmów dokumentalnych. Akurat, jeśli chodzi o Mercury’ego, jest w czym wybierać.

 

KW: Co panią zaciekawiło?

MS: Po pierwsze kwestia pochodzenia Freddiego, który właściwie do końca swojego życia w wywiadach nie chciał o tym rozmawiać. Ważna była też tradycja religijna, w której został wychowany i którą później porzucił. Istotna również była dla mnie jego nie do końca określona orientacja seksualna oraz kwestia AIDS.

 

Ta choroba w drugiej połowie lat 80. była okryta piętnem hańby i wstydu. Coming out związany z chorobą wiązał się z ogromną odwagą. AIDS było tabu, umierający na tę chorobę byli odrzucani społecznie. Freddie dopiero dzień przed śmiercią wydał oświadczenie do prasy, że umiera właśnie na AIDS.

Do końca swojego życia zmagał się nie tylko z ogromnym cierpieniem, poczuciem osamotnienia, ale również z potencjalnym piętnem społecznym, gdyby się ujawnił. W dramacie i spektaklu krążymy wokół tych tematów, natomiast unikamy biografizmu na scenie.

 

KW: Jednak dialoguje pani z filmem „Bohemian Rhapsody”, który po tematach AIDS czy homoseksualizmu Freddiego się prześlizguje…

MS: Film mnie bardzo rozczarował, Freddie jest w nim mocno przylukrowany. Trudno było mi znaleźć tam dramat postaci, a przecież w dobrej historii szukamy pęknięcia w bohaterze. W „Bohemian…” oczywiście były wzmianki o zmaganiach związanych z orientacją, ale reżyser tylko je delikatnie sygnalizuje.

 

KW: Tworząc dramat, konfabulowała pani?

MS: Sceny z matką i ojcem są oczywiście przeze mnie wymyślone. Prawdopodobnie nigdy się nie odbyły. Chodziło mi o uniwersum tematów, o zarys relacji z najważniejszymi osobami w życiu; przede wszystkim z matką, bo mówimy tutaj o tej najbardziej pierwotnej więzi.

 

Spotykamy się z dramatem człowieka, który za wszelką cenę chce być kochany, a z drugiej strony nie może zrezygnować ze swojej tożsamości, z poszukiwania siebie.

 

 

KW: Mówiąc o pęknięciu, myślałem właśnie o jednostce, która ustawicznie jest pomiędzy, w stanie ciągłego dramatycznego wyboru. Jest pomiędzy od dzieciństwa do śmierci…

MS: Tak zbudowaliśmy nasz spektakl, aby Freddie kompulsywnie powracał do swoich zmagań. Założeniem teatralnym było przedstawienie artysty w trzech odsłonach. Przychodzą do niego jak upiory osoby, które odegrały kluczową rolę w jego życiu.

 

Scena, kiedy trzech Mercurych spotyka się na kanapie w studiu, w zamyśle była próbą przyjrzenia się sobie na różnych etapach życia.

Jest to taki świat post, rodzaj czyśćca, w którym postać zmaga się z tymi wszystkimi wątkami czy relacjami, które już przeminęły, ale na poziomie emocji wciąż są żywe i niezabliźnione.

 

KW: Są żywe i przez to historia Freddiego z pani dramatu jest jeszcze bardziej uniwersalna. Wystarczy spojrzeć na religijną fascynację w Polsce, która jest jedną z przyczyn rodzimej homofobii…

MS: Słusznie wychwycił pan tę ideę, bo takie było założenie. Odwołujemy się do tradycji, w której artysta się wychował, czyli zaratusztrianizmu, obecnie bardzo niszowej religii.

 

Jednak nie ma znaczenia, jaka jest to religia, ponieważ chodzi o rodzaj sformatowania i o to, jakie ono potrafi zrodzić dramaty wewnątrz rodziny.

Odnosząc się do polskiego kontekstu, nie musimy daleko szukać. W zradykalizowanych rodzinach katolickich widzimy ten sam rodzaj sformatowania i niemiłosiernego spojrzenia na innego, a w szczególności na własne dziecko; tak w moim tekście robi ojciec Freddiego, który, też prawdopodobnie ze strachu przed innością, reaguje agresywnie i odrzuca swojego syna.

 

KW: Miała pani potrzebę edukowania?

MS: Nie myślimy o naszych premierach, że będą one z założenia edukacyjne. Jednak każda premiera w Teatrze Fredry obudowana jest warsztatowymi spotkaniami z widzami, z którymi nasi pedagodzy rozmawiają, więc otrzymujemy potrzebny feedback.

 

Dostaliśmy bardzo dużo ciekawych spostrzeżeń, np. że temat homoseksualizmu się uniwersalizuje. Wypowiadali się nauczyciele, którzy byli bardzo poruszeni scenami z rodzicami, nie miało dla nich znaczenia, że był to Mercury i zaratusztrianizm, bo to tylko kontekst. Chodzi o to, jak relacja między dzieckiem a rodzicami może być zdewastowana przez zapiekłe zradykalizowanie się w niektórych postawach.

Na końcu spektaklu słyszymy nagrany monolog Freddiego, który jest opowieścią po śmierci, spotkaniem rodziców nad trumną syna, w chwili kiedy już nic nie da się odkręcić ani naprawić, można jedynie wyspowiadać się, pożałować tego, czego się zaniechało ze strachu przed innością.

 

 

 

KW: W dramacie oddaje też pani głos Mary, porzuconej byłej żonie gwiazdora. Z jednej strony jest wyrzutem sumienia, a z drugiej daje jej pani prawo do złości…

MS: Mary jest ofiarą, ale Freddie też był ofiarą, nawzajem się krzywdzili. Artysta był osobą bardzo pokiereszowaną emocjonalnie, tak chciałam go przedstawić w moim tekście.

Jako ośmiolatek został przecież wysłany samotnie na kilka lat do Indii. Do końca poszukiwał miłości i akceptacji, co prawda przez ostatni okres swojego życia był w stałym związku, ale de facto nie potrafił stworzyć prawdziwej, trwałej relacji.

Nie można go całkowicie oskarżać za emocjonalne rany, które zadał żonie. Były to dwie bardzo nieszczęśliwe osoby, które nie umiały sobie poradzić z wejściem w dojrzałą relację.

 

KW: Wspomniała pani o spektaklu „Amy. Klub 27”. Myśli pani o kolejnej części? Czy w ogóle można mówić o częściach?

MS: W jakimś sensie tak, te analogie się nasuwają, choć to dwa niezależne od siebie spektakle. Myślimy z Piotrem o kolejnych historiach dotyczących gwiazd popkultury. Nie chcę wymieniać nazwisk, aby niczego przedwcześnie nie ujawniać. To, co nas zainteresowało w tych historiach, to wspomniane pęknięcie dramatyczne w artystach, którzy osiągnęli ogromny sukces, byli obdarzeni wielkim talentem, choć jednocześnie ich życie osobiste było kompletną ruiną i ciągłą pogonią za miłością i akceptacją.

 

 

Maria Spiss – absolwentka socjologii UJ, Wydziału Reżyserii Dramatu Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie oraz Studium Literacko-Artystycznego przy Instytucie Filologii Polskiej UJ. Stopień doktora uzyskała w AST w Krakowie w 2014 r. Reżyser teatralny, konsultant artystyczny Teatru im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie, pedagog krakowskiej AST. Debiutowała w 2007 r. spektaklem „Ajas” Sofoklesa w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Realizowała spektakle m.in.: w Teatrze Starym, Teatrze Nowym w Krakowie, Łaźni Nowej, Teatrze Fredry w Gnieźnie. Jest również autorką dramatów (m.in. „Dziecko”, „Exit”, „Ja.txt”, „Antyzwiastowanie”, „Kortländer saga”, „Zastrzel mnie i weź ze sobą”, „Amy. Klub 27”, „Patron”, „Królowa. Freddie – jestem legendą”). Współzałożycielka i improwizatorka w grupie Impro KRK. Była stypendystką Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, rządu Norwegii, rządu Austrii, a także beneficjentką programu rezydencyjnego w Thalia Theater w Hamburgu.