fot. Dawid Tatarkiewicz

Dramat w ruinach klasztoru

Czekali na trzecią wojnę światową, gromadząc broń i ćwicząc musztrę. „Ohydny mord polityczny w Poznaniu” – rozkrzyczały się komunistyczne gazety w styczniu 1947 roku. Winni musieli zginąć.

„Impulsem do utworzenia organizacji była wizyta Mikołajczyka w Poznaniu w 1945 r. Szalę przeważyło zakłamane referendum »trzy razy tak«, przeprowadzone rok później.

 

Musieliśmy działać” – opowiadał nieżyjący już Franciszek Wawrzyniak, niegdyś wiceprezes Spółdzielni Inwalidów „Sinpo” w Poznaniu.  

Był wśród założycieli Konspiracyjnego Związku Młodzieży Wielkopolskiej, który powstał w drugiej połowie 1945 r. w Gimnazjum św. Marii Magdaleny. Jego członkowie, młodzi ludzi, byli przeświadczeni, że niebawem dojdzie do III wojny światowej, która wreszcie przyniesie Polsce wolność. Do Związku przystąpiło m.in. kilku uczniów Miejskiego Gimnazjum Kupieckiego przy ulicy Śniadeckich.

Konspiracyjny Związek Młodzieży Wielkopolskiej był organizacją niepodległościową i miał powiązania z Delegaturą Sił Zbrojnych, zrzeszeniem „Wolność i Niezawisłość” oraz z organizacją „Warta”. Jak przygotowywali się na kolejną wojnę światową? Podczas jednej z przerw strzelali z wiatrówki (UB uzna to później za element ćwiczeń wojskowych), uczyli się musztry z przedwojennego regulaminu wojskowego, poznawali rodzaje broni. Ale też organizowali też broń i amunicję.

 Aktorzy dramatu

Wawrzyniak był wtedy członkiem opozycyjnego PSL. Złożył przysięgę na ręce majora Rudolfa Majewskiego. Rota przysięgi KZMW mówiła o dochowywaniu tajemnicy, nieużywaniu broni do celów osobistych i rabunkowych oraz o wiernym wykonywaniu rozkazów dowództwa. Tajna organizacja rozwijała się dzięki działającej w gimnazjum 15. Poznańskiej Drużynie Harcerskiej im. Romualda Traugutta. Podstawową jednostką była trójka. Każdy znał tylko dwóch, trzech członków związku.

Zbigniew Kosmowski urodził się 30 listopada 1927 r. w Kruszwicy. W czasie wojny został przesiedlony do Nowego Sącza, gdzie wciągnął się w działania Armii Krajowej. W 1945 r. przyjechał z matką i siostrą do Poznania, zapisał się do Gimnazjum św. Marii Magdaleny. Żywiołowy i błyskotliwy, był duszą towarzystwa. Nie podobało mu się, że w Polsce Ludowej żołnierze AK nie mogą się ujawniać. W Poznaniu nawiązał najprawdopodobniej kontakt z oficerami Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy wrócili do Polski: majorem Kazimierzem Ludwiczakiem i kapitanem Zdzisławem Radomskim. Ten ostatni utworzył w Poznaniu podziemną organizację „Zbrojne AK”.

Bogdan Dybizbański, również członek KZMP, przyszedł na świat 18 marca 1925 r. Podczas wojny był więźniem obozów koncentracyjnych w Gross-Rosen i Buchenwaldzie. Po wojnie do czerwca 1946 r. uczył się w Miejskim Gimnazjum Kupieckim w Poznaniu.

Liceum Ogólnokształcące św. Marii Magdaleny w Poznaniu, fot. Dawid Tatarkiewicz

Liceum Ogólnokształcące św. Marii Magdaleny w Poznaniu, fot. Dawid Tatarkiewicz

Jan Stachowiak działał w czasie niemieckiej okupacji w podziemiu – nie wiadomo jednak o tym nic konkretnego. Przez 10 miesięcy siedział w więzieniu we Wronkach. Od jesieni 1945 roku niektóre zebrania Konspiracyjnego Związku Młodzieży Wielkopolskiej odbywały się właśnie w jego poznańskim mieszkaniu (na jednym z nich omawiano kwestię dostarczenia broni dla organizacji). Na maszynie Stachowiaka Kosmowski napisał ulotki, które potem rozlepił w szkole.

 

„Nie mogę ocenić Stachowiaka jako złego człowieka. Fajny był, błyskotliwy. Nigdy bym nie przypuszczał, że pracuje na dwie strony. Tym bardziej że jedno z naszych konspiracyjnych spotkań jesienią 1946 r. odbyło się w jego domu. Było wesoło. Stachowiak grał na pile, jego matka poczęstowała nas ciastem” – relacjonował po latach Wawrzyniak.

Stachowiak miał jednak kłopoty z nauką, z powodu czterech ocen niedostatecznych we wrześniu 1945 r. skreślono go z listy uczniów gimnazjum. To wtedy, po wyrzuceniu z gimnazjum, w październiku 1946 r. Stachowiak wstąpił do Związku Walki Młodych. Tam szybko awansował – został instruktorem.

Późną jesienią 1946 r. podczas tajnych narad członków konspiracyjnego związku fakt ten zaczął niepokoić młodych. Czy po wstąpieniu do ZWM jest wiarygodny? – zastanawiali się.

„Uczestniczyłem w listopadzie 1946 r. w spotkaniu organizacji, gdy Kosmowski mówił o zagrożeniu ze strony Stachowiaka (…). Kosmowski nie udowadniał, że Stachowiak należał do Urzędu Bezpieczeństwa, tylko o tym informował. Dowództwo miało zdecydować, co zrobić w sprawie. W styczniu 1947 r. Kosmowski powiedział, że przynależność Stachowiaka do UB jest prawdziwa” – zeznał Wawrzyniak pół wieku później przed Sądem Wojewódzkim w Poznaniu.

 Rozkaz z góry

W styczniu 1947 r. Kosmowski dostał „z góry” rozkaz likwidacji Stachowiaka. Rozkaz przekazał mu prawdopodobnie kolega Marek Harkiewicz 21 stycznia na jednej ze szkolnych przerw. Jak zeznał w śledztwie Kosmowski, Harkiewicz miał przydzielić mu do pomocy Dybizbańskiego.

Według źródeł UB, 23 stycznia 1947 r. wieczorem Kosmowski poszedł do lokalu ZWM przy ul. Armii Czerwonej, by wywołać go pod pozorem oferty kupna pistoletu. Wraz z instruktorem ZWM wyszła też dziewczyna. W trójkę poszli do gimnazjum, dziewczyna została jednak na placu Bernardyńskim, gdzie miała poczekać na Stachowiaka.

Ten ostatni udał się z Kosmowskim do harcówki. Tam czekali już Harkiewicz i Dybizbański. Kosmowski miał zaproponować Stachowiakowi, że broń pokaże mu w gruzach pobliskiego kościoła. Poszli w trójkę: przodem Kosmowski, potem Stachowiak, na końcu Dybizbański. Pierwszy miał zaatakować Dybizbański: uderzył Stachowiaka kilkakrotnie koltem w głowę. Kiedy ten zaczął wzywać pomocy, Kosmowski zadał mu nożem kilka ciosów w pierś.

 

Kosmowski i Dybizbański ukryli ciało w narożniku zrujnowanego zespołu klasztornego ojców bernardynów. Zanim przykryli je gruzem, mieli zdjąć ze Stachowiaka ubranie, by utrudnić jego identyfikację.

Kościół św. Franciszka Serafickiego w Poznaniu zwany klasztorem bernardynów, fot. Dawid Tatarkiewicz

Kościół św. Franciszka Serafickiego w Poznaniu zwany klasztorem bernardynów, fot. Dawid Tatarkiewicz

Ciało instruktora ZWM znaleźli nazajutrz robotnicy pracujący w ruinach klasztoru. Do śledztwa rzucili się natychmiast funkcjonariusze UB. Już następnego dnia obaj egzekutorzy zostali aresztowani w domu Kosmowskiego. Na strychu gimnazjum, w harcówce, ubecy znaleźli broń: m.in. francuskie karabiny i amunicję. UB szybko zatrzymało innych członków związku: Tadeusza Lemańskiego, Marka Harkiewicza, Leszka Kempińskiego, Zygmunta Jabłońskiego i Leszka Wojciechowskiego. A także Franciszka Wawrzyniaka. Gdy zapytał o nakaz aresztowania, dostał pięścią w zęby. Zawieźli go na Kochanowskiego, do siedziby UB.

Brutalne śledztwo prowadził naczelnik aresztu, kapitan Jan Młynarek, znany sadysta. Do przesłuchiwanych mawiał: „Tu jest Majdanek, a ja jestem szef”. Aresztowanym zarzucono, że „usiłowali przemocą zmienić ustrój Państwa Polskiego przez to, że byli członkami nielegalnej organizacji młodzieżowej mającej wyżej wymieniony cel”. Gdy ledwie cztery dni później ruszył proces, Kosmowskiego i Dybizbańskiego oskarżono o „dokonywanie mordów na działaczach demokratycznych i wykonywanie rozkazów władz organizacyjnych po skontaktowaniu się z nielegalnymi organizacjami NSZ i WiN”. Obu aresztowanym zarzucono też posiadanie broni palnej. Kosmowskiemu – rosyjskiego pistoletu TT z nabojami, Dybizbańskiemu – colta z nabojami.

Pokazowy proces i wyroki śmierci

Proces pokazowy czwórki ostatecznie oskarżonych (Kosmowskiego, Dybizbańskiego, Harkiewicza i Kempińskiego) prowadzono w Akademii Handlowej w Poznaniu (obecnie budynek Uniwersytetu Ekonomicznego). Sądzono ich w trybie doraźnym, zmierzając do jak najszybszego skazania. Już 28 stycznia 1947 r. przedstawiono Kosmowskiemu i Dyzbizbańskiemu akt oskarżenia.

Oskarżonych bronił m.in. znany przedwojenny adwokat, dr Stanisław Hejmowski. Wniósł o łagodniejszy wymiar kary, tłumacząc, że czyn uczniów gimnazjum to konsekwencja niedawnej wojny, podczas której „podstawa moralna społeczeństwa została zachwiana”.

Nie przeprowadzono wizji lokalnej z udziałem oskarżonych i nie odtworzono przebiegu zabójstwa. Sąd nie ujawnił również protokołu oględzin zwłok zamordowanego. Sędziowie spieszyli się  – już 27 stycznia na łamach prasy poznańskiej cytowano bowiem wypowiedzi Władysława Gomułki – a później również Józefa Cyrankiewicza – o mającej nastąpić szybkiej amnestii dla działaczy podziemia.

 

Bici w śledztwie oskarżeni przyznali się do winy, przeciwko nim świadczyły też dowody rzeczowe: nóż, broń i fotografia denata. 30 stycznia 1947 r. Kosmowski i Dybizbański zostali skazani na karę śmierci, utratę praw publicznych, obywatelskich i honorowych oraz przepadek całego mienia na rzecz skarbu państwa. Karę śmierci orzeczono również dla Marka Harkiewicza, który zdaniem sądu wydał rozkaz zabójstwa Stachowiaka.

Skazańcy odwołali się do prezydenta RP Bolesława Bieruta. Ten decyzją z dnia 10 lutego 1947 r. ułaskawił jedynie Marka Harkiewicza, choć z akt wynikało, że to on był dowódcą, który wydał rozkaz likwidacji Stachowiaka. Bierut zamienił mu karę śmierci na karę dożywocia. Nowy wyrok Harkiewicza został niebawem, na mocy amnestii z 22 lutego 1947 roku, złagodzony do 15 lat więzienia. Harkiewicz opuścił mury Wronek jeszcze szybciej: warunkowo po odsiedzeniu ośmiu lat, w lipcu 1955 r.

Symboliczny grób Z. Kosmowskiego i B. Dybizbańskiego na poznańskiej Cytadeli, fot. Dawid Tatarkiewicz

Symboliczny grób Z. Kosmowskiego i B. Dybizbańskiego na poznańskiej Cytadeli, fot. Dawid Tatarkiewicz

Kosmowski i Dybizbański zginęli 15 lutego 1947 r. o godz. 15.40. Wyrok wykonano najprawdopodobniej w laskach niedaleko Gądek, a egzekucją kierował kpt. Jan Młynarek. Tydzień później władze ogłosiły amnestię.

UB nie wydało zwłok rodzinom. Szczątków straconych nigdy nie znaleziono.

Stachowiakowi władze postawiły na Cytadeli płytę nagrobną. „Padł z rąk faszystów na posterunku w walce o wolność ludu” – głosi inskrypcja na grobie.

„Ciemna karta organizacji”

13 marca 1947 r. skazano pozostałych oskarżonych o przynależność do „nielegalnej organizacji”. Wawrzyniak dostał 10 lat więzienia, inni – sześć i pięć lat (objęła ich amnestia).

Komunistyczne władze wykorzystały dramat w ruinach klasztoru Bernardynów do uderzenia w niezależne harcerstwo – i w Gimnazjum św. Marii Magdaleny. Stronnictwa „bloku demokratycznego”: PPR, PPS, SL, SD i SP uchwaliły rezolucje potępiające „organizacje faszystowskie” w wielkopolskim ZHP. 10 lutego 1946 r. poznańska prasa poinformowała o likwidacji 15. Poznańskiej Drużyny Harcerskiej. Gimnazjum św. Marii Magdaleny przeniesiono w 1948 r. na ul. Różaną, by wkrótce zlikwidować szkołę, łącząc ją z Gimnazjum i Liceum im. Paderewskiego.

W murach gimnazjum przy ul. Garbary ulokowało się VII Liceum Ogólnokształcące im. Dąbrówki. Mieściło się tam do 1980 r. Potem budynek gimnazjum niszczał. Liceum św. Marii Magdaleny powróciło na Garbary w 1990 r.

 

Czy Stachowiak był rzeczywiście wtyczką UB w PSL? W 1949 r. podczas procesu kolejnych członków KZMW ujawniono, że w rzeczach zabitego Stachowiaka znaleziono wystawione na jego nazwisko legitymacje Polskiej Partii Robotniczej, Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej oraz… PSL.

Dopiero pół wieku później, 24 czerwca 1997 r., Sąd Wojewódzki w Poznaniu unieważnił wyrok na Kosmowskiego i Dybizbańskiego z 1947 r. Sąd uznał, że Stachowiak jako członek ZWM, a także ORMO, stanowił dla organizacji niebezpieczeństwo. A „motywem zabójstwa Jana Stachowiaka była obawa przed dekonspiracją organizacji mającej na celu walkę o niepodległy byt Państwa Polskiego”. Symboliczny grób Kosmowskiego i Dybizbańskiego stoi na stoku Cytadeli.

 

„Śmierć Stachowiaka to ciemna karta organizacji (…). My chcieliśmy walczyć o wolność, a nie zabijać” – zeznał pół wieku później Franciszek Wawrzyniak.

 

Piotr Bojarski – pisarz i reporter, autor m.in. powieści „Cwaniaki”, „Juni” i „Szmery”. W lutym ukaże się jego nowa książka „Fiedler. Głód świata”.