fot. M. Leśkiewicz

Drugiej takiej nie ma

Stojąca owacja i aria Toski zakończyły benefis pierwszej damy Teatru Wielkiego w Poznaniu. Artystka na ten wyjątkowy wieczór wybrała spośród 60 ról, jakie posiada w repertuarze, zaledwie kilka. Wcieliła się w Madame Butterfly, Halkę, Abigaille, Aidę, Toskę i… Goudę.

Śpiewała ulubione arie i duety, a towarzyszyli jej: Jerzy Mechliński, Rafał Bartmiński, Rafał Korpik, Andrzej Ogórkiewicz oraz orkiestra i chór Teatru Wielkiego w Poznaniu pod dyrekcją Tadeusza Kozłowskiego. Koncert prowadzili: Andrzej Ogórkiewicz i Jaromir Trafankowski. To był niezapomniany wieczór, pełen emocji, wzruszeń i pięknego śpiewu. Z Barbarą Kubiak rozmawia Stefan Drajewski.
 

 

Stefan Drajewski: Jako śpiewaczka zadebiutowałaś w poznańskim Teatrze Wielkim 7 czerwca 1986 roku jako Pierwsza Dama w „Czarodziejskim flecie”. Wkrótce stałaś się naprawdę pierwszą damą.

Barbara Kubiak: Tak nie było tak. Przyszłam do teatru, w którym były dwie pierwsze damy – jeśli to jest możliwe: bliższa mojemu sercu pani Krystyna Kujawińska i pani Antonina Kawecka. Dopiero kończyłam studia, nie myślałam tak o sobie.

 

SD: Zostawmy na razie operę. Wychowałaś się w otoczeniu muzyki i pięknego parku.

BK: Moi rodzice byli śpiewakami w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”. Pochodzili z różnych stron Polski: mama z Podlasia, ojciec spod Częstochowy. Spotkali się w Koszęcinie, zakochali i na świecie pojawiła się Basia. Urodziłam się jednak w Grajewie, ponieważ mój wujek był lekarzem w tamtejszym szpitalu, a dziadkowie mieszkali niedaleko w Szczuczynie.

 

Plakat Teatru Wielkiego im. S. Moniuszki w Poznaniu, zapowiadający benefis Barbary Kubiak

Plakat Teatru Wielkiego im. S. Moniuszki w Poznaniu, zapowiadający benefis Barbary Kubiak

Koszęcin to moje dzieciństwo. Wychowałam się w zamku i pięknym ogrodzie angielskim, który był rajem, dzikim lasem, zaczarowanym ogrodem… iście bajkowym światem. Nie byłam jedynym dzieckiem. Miałam tam troje starszych kolegów, w moim roczniku też było troje dzieci. Długo nie zdawałam sobie sprawy z tego, w jakim świecie żyję. Koszęcin na pewno wpłynął na moje poczucie estetyki, a obserwowanie rodziców w trakcie prób nauczyło mnie szacunku do pracy. Tam po raz pierwszy usłyszałam fragmenty Requiem Mozarta, które ćwiczyli rodzice ze swoimi kolegami i koleżankami.

Stanisław Hadyna dbał o rozwój swoich śpiewaków, poszerzał ich repertuar, zatrudniał znakomitych pedagogów. Uczestniczyliśmy nie tylko w przygotowaniach do występów „Śląska”, ale jeździliśmy z rodzicami na koncerty, jeśli odbywały się niezbyt daleko. Ukochany Koszęcin opuściłam w wieku 12 lat i zamieszkałam najpierw w Bydgoszczy, a potem w Poznaniu.

 

SD: Dlaczego rodzice zrezygnowali z pracy w cieszącym się uznaniem zespole „Śląsk”?

BK: Prawdopodobnie przyczyn było wiele. Zdawali sobie sprawę, że była to praca dla ludzi młodych. Może potrzebowali stabilizacji, a poza tym mój ojciec był bardzo niespokojnym duchem, chciał śpiewać muzykę dawną. Mama była sopranem, a tata tenorem. Mama zdawała do chóru poznańskiej opery. Dyrektorem był wtedy Mieczysław Nowakowski, który dowiedziawszy się, że pracowała w „Śląsku”, powiedział: można ją przyjąć bez przesłuchania. Tato trafił do Capelli Bydgostiensis i ja razem z nim przez krótki czas byłam w Bydgoszczy. Wkrótce zespół wyjechał na bardzo długie tournée, natomiast ja przeniosłam się do Poznania do mamy. Ojciec nie był długo związany z bydgoskim zespołem. Nie wiem, jak to się stało, ale podczas pobytu w Niemczech poszedł na przesłuchania chóru w Landestheater Detmold i został przyjęty. Wkrótce dołączyła do niego mama i śpiewali tam aż do emerytury.

SD: Kiedy poczułaś chęć śpiewania?

BK: Najpierw był chór Skowronki, potem I Liceum Ogólnokształcące w Poznaniu i Szkoła Muzyczna II stopnia przy ul. Głogowskiej. Tam spotkałam trębacza Leszka Kubiaka, zakochaliśmy się w sobie. Po maturze zdaliśmy egzaminy do Akademii Muzycznej w Poznaniu, wzięliśmy ślub i w październiku rozpoczęliśmy studia już jako małżeństwo.

 

SD: Po rodzicach odziedziczyłaś gen wokalny, co z genem wędrowania?

BK: Osiedliśmy w Poznaniu: dzieci, praca w operze… Ale zawód śpiewaczki wiąże się z wyjazdami. Bywały tygodnie, że nie było mnie w domu. Śpiewałam we wszystkich teatrach operowych w Polsce, w filharmoniach. Do tego należałoby wspomnieć o krótkich, a czasami bardzo długich pobytach na festiwalach.

 

SD: Wróćmy na operową scenę. Wypatrzył cię Mieczysław Dondajewski, ówczesny dyrektor Teatru Wielkiego w Poznaniu i jednocześnie profesor w Akademii Muzycznej.

BK: Dyrektor Dondajewski prowadził zespoły operowe i wychwytywał najlepszych, stwarzał im szansę debiutu na zawodowej scenie jeszcze przed dyplomem. Pracowaliśmy nad „Czarodziejskim fletem”, stąd ta Pierwsza Dama na debiut Pod Pegazem. Wiąże się z tym zabawna historia. W Akademii pracował z nami także znakomity reżyser Janusz Nyczak. Po którejś próbie zapytał panią profesor Wdowicką, czy nie mogłaby ze mną popracować, zrobić coś, bo bardziej pasowałabym do jego wizji postaci Królowej Nocy. Niestety, nigdy nie miałam f3! Pozostałam Pierwszą Damą. Debiut w Teatrze Wielkim w Poznaniu to był wielki zaszczyt i przeżycie. Wkrótce wcieliłam się w Liu w operze „Turandot” oraz tytułowe –Madame Butterfly i Halkę.

SD: Po raz pierwszy usłyszałem cię jako Halkę. Na widowni zasiedli chyba wszyscy krytycy z Polski. Teatr Wielki fetował siedemdziesięciolecie istnienia. Operę narodową reżyserował legendarny choreograf Conrad Drzewiecki, a w roli Halki niemalże debiutantka – Barbara Kubiak. I chociaż inscenizacja mi się nie podobała, wiedziałem, że jestem świadkiem narodzin gwiazdy. W recenzji napisałem: „Barbara Kubiak (Halka) ma zadatki nie tylko na dobrą śpiewaczkę, ale i aktorkę”.

 

BK: Krytycy nie zostawili na Conradzie Drzewieckim suchej nitki.

 

SD: Ale tobą się zachwycili, a publiczność pokochała. Co ci dało spotkanie z tym wymagającym choreografem i reżyserem?

BK: To było niezwykle ważne spotkanie. On mnie wyposażył w pewne umiejętności aktorskie, z których korzystałam przez całe moje sceniczne życie, dodając tylko po drodze nowe doświadczenia. Uświadomił mi, że śpiewak musi być zawsze gotowy technicznie tak, aby śpiewanie nie przeszkadzało w budowaniu roli.

 

fot. K. Zalewska

fot. K. Zalewska

Podkreślał cały czas, że stojąc na scenie, nie mogę myśleć o tym, jak zaśpiewać, tylko o czym, po co i do kogo. On mnie utwierdził w tym, co ja już wiedziałam, że bycie na scenie oznacza ciężką pracę. Ja mu uwierzyłam, słuchałam go jak ojca. Kiedy mówił, że mam leżeć i śpiewać, leżałam i śpiewałam, kiedy prosił, abym tańczyła i śpiewała, tańczyłam i śpiewałam.

On nauczył mnie również wyczucia czasu scenicznego i przestrzeni, które ściśle wiążą się z muzyką. Muzyka nie będzie na mnie czekała. On mnie wreszcie nauczył współistnienia na scenie z partnerem. To była moja najważniejsza nauka praktyki scenicznej.

 

SD: Wiele lat po tej premierze, kiedy nie pamiętał już moich kąśliwych uwag pod adresem jego inscenizacji „Halki”, zawsze wracał do ciebie, mówiąc Kubioczka. Obserwował twoją karierę, cieszył się z każdej nowej roli. Kiedy pracował nad baletem „Wesendonck Lieder”, zapytałem go: a kto będzie śpiewał? Obruszył się. „Jak to, kto? Kubioczka. Nie ma drugiej innej”.

BK: Conrad Drzewiecki miał niesamowitą wyobraźnię dźwiękową. Wiem, że uwielbiał mój głos. W naszej relacji zawodowej po latach nic się nie zmieniło. Nadal mu bezgranicznie ufałam. Wiedziałem, że ma rację, kiedy ustawił mnie pośrodku sceny na postumencie, a wokół rozegrał akcję baletową. To nie była komfortowa sytuacja dla mnie. Ale był w tym interesujący zamysł inscenizacyjny, który jednocześnie stanowił dla mnie wyzwanie. Jestem osobą, która – jeżeli ktoś mnie przekona do swojej wizji – ufa mu, idzie za nim. Realizowałam czasami wielkie głupoty reżyserskie na scenie, ale ich pomysłodawca musiał mnie przekonać i odpowiedzieć, dlaczego mam to robić. Pomysły bez uzasadnienia trafiały na mój stanowczy sprzeciw. Tak było na przykład w Woroneżu. Polecenie przechodzenia po scenie bez celu zignorowałam. Postawiłam na swoim.

 

SD: Wróćmy do „Halki”, bo ona okazała się szczęśliwa dla ciebie.

BK: Na dwa tygodnie przed premierą zostałam sama na roli. To było wyzwanie, nie miałam doświadczenia. Udało się, spodobałam się, a „Halka” stała się na długie lata moją artystyczną wizytówką i jedną z najważniejszych ról w moim życiu.

 

SD: Ile razy i w ilu inscenizacjach kreowałaś tę postać?

BK: Niestety, nie prowadziłam takich zapisków. Nie wiem, ile razy wcieliłam się w postać tej tragicznej dziewczyny. Mam kalendarze, ale one są niekompletne. Najpierw była „Halka” Drzewieckiego w Poznaniu, potem Marii Fołtyn w Warszawie, Artura Hofmana w Szczecinie, Marka Grzesińskiego w Poznaniu i Laco Adamika we Wrocławiu.

 

SD: Która nich Halek była/jest ci najbliższa?

BK: Na pewno sentymentem darzę pierwszą „Halkę”. Poza tym podobały mi się różne sytuacje i rozwiązania teatralne we wszystkich inscenizacjach. Z rozrzewnieniem jednak wspominam scenę wymyśloną przez Marię Fołtyn, w której Halka zawija się w welon Zofii. Cudowne było zakończenie u Laco Adamika, kiedy moja bohaterka znika.

SD: Bardzo szybko zdecydowałaś się zaśpiewać tytułową Madame Butterfly. Skąd wiedziałaś, że ta partia ci nie zaszkodzi?

 

BK: Nie wiedziałam! Czułam, że dam radę, i trochę nie miałam wyboru. Zostałam obsadzona w tej partii i już! Dyrektor Dondajewski miał tę pewność za mnie, a ja miałam zaufanie do niego.

 

SD: Podobnie jak Halkę, równie często śpiewałaś Madame Butterfly. Po poznańskiej i wrocławskiej Sławomira Żerdzickiego były dwie warszawskie – Danuty Baduszkowej w Teatrze Wielkim i Bogusława Kaczyńskiego w Romie, i poznańska oraz gdańska Marka Grzesińskiego. Jak się w tych inscenizacjach odnajdywałaś?

BK: Tak to już jest. Po pierwszej Halce zaczęłam ją śpiewać wszędzie. Po Madame Buterffly było podobnie. Bywało, że w Poznaniu śpiewałam Butterfly po polsku, chwilę potem w Warszawie śpiewałam po włosku, a następnego dnia w Gdańsku znowu po polsku, ale z innym tekstem.

 

fot. K. Zalewska

fot. K. Zalewska

Emocje Butterfly są zawsze takie same, niezależnie od inscenizacji, reżyserii. One są zapisane w muzyce. Realizacja teatralna nadaje tej postaci tylko inny kontekst. Na przykład dopiero w inscenizacji Baduszkowej w Warszawie zrozumiałam, na czym polega specyficzny sposób poruszania się Japonek. A to dlatego, że zostałam ubrana w oryginale japońskie kostiumy, które wymusiły na mnie taki a nie inny, czyli pożądany sposób poruszania się: kroki, ukłony…

Inscenizacja Grzesińskiego z duża ilością krwi w scenie samobójstwa była bardzo realistyczna i wstrząsająca w swojej prawdzie scenicznej.

 

SD: Kreowanie tej samej postaci w różnych inscenizacjach to poniekąd twoja specjalność. Obok wspomnianych już trzeba wymienić jeszcze Aidę, Abigaille w „Nabucco”, Leonorę w „Trubadurze”, Mimi w „Cyganerii”… Pomiędzy nimi przygotowywałaś pierwszoplanowe role w operach, które rzadziej goszczą na scenach.

BK: I z tego się bardzo cieszę. Zaśpiewałam Normę w „Normie” Belliniego, Desdemonę w „Otellu”, Katarzynę Izmajłową w „Lady Makbet z mceńskiego powiatu”, Lady Makbet w „Makbecie” Verdiego, Elżbietę de Valois w „Don Carlosie”, Amelię w „Balu maskowym”, Elwirę w „Ernanim”, Gertrudę w „Jasiu i Małgosi”, Santuzzę w „Cavalleria rusticana”, Goudę w „Skrzypku na dachu”, Elżbietę w operze „Maria Stuarda”… Łącznie wcieliłam się na scenie w około 60 postaci. Pomiędzy kolejnymi premierami operowymi występowałam w filharmoniach, dawałam recitale…

 

SD: Wcielałaś się w królowe, księżniczki, wielkie heroiny, które zwykle były silnymi kobietami: kochały, zdradzały, zazdrościły, czasami nawet zabijały. Było to dla mnie oczywiste. Zaskoczyłaś mnie Leonorą w „Mocy przeznaczenia”. Barbara Kubiak pokazała nowe oblicze aktorskie.

BK: To był wyjątkowej urody teatralnej spektakl. Nieczęsto się zdarza, aby klimat w operze robiła muzyka i światło. To były dwa najważniejsze atuty tego przedstawienia. Leonora z „La forza del destino” odbiega od wszystkich postaci, w które się wcielałam, nie jest silna, trochę wbrew mojemu temperamentowi. Partię Leonory kompozytor nasycił bardzo różnymi emocjami, które trzeba było wydobyć i głosem, i środkami aktorskimi. Mimo że nie jest to postać tytułowa, to cała intryga rozwija się wokół niej. Musiała być bardzo ważna dla kompozytora.

SD: Drugie zaskoczenie, tym razem wokalne, to tytułowa „Norma” Belliniego.

BK: Nie chciałam śpiewać Normy. Nie byłam przekonana, czy jest to partia na mój głos. Przecież ona skrzy się koloraturami. Mieczysław Nowakowski uznał, że skoro radzę sobie z Abigaille w „Nabucco”, to dam radę z Normą. Zdecydowałam się, ponieważ nie chciałam robić przykrości Maestro, który wiedział o operze wszystko, a ja mu ufałam, tak jak ufałam Conradowi Drzewieckiemu w kwestiach aktorskich. Po latach nie żałuję. Dzięki Normie odkryłam nowe możliwości w swoim głosie.

 

SD: Masz w swoim dorobku rolę wyjątkową – Leonora/Fidelio operze Beethovena pt. „Fidelio”… Zapamiętałem ją w każdym szczególe.

BK: W tej roli największy problem stwarzały mi teksty mówione po niemiecku. To był bardzo aktorski spektakl. Musiałam znaleźć zupełnie inne niż dotąd środki wyrazu, które pozwoliły mi zaistnieć jednego wieczoru w roli kobiety i mężczyzny. Pomógł mi w tym reżyser Tomasz Konina. Zaproponował, abym pojawiła się na scenie w trakcie uwertury jako Leonora w prywatnych rzeczach. To uruchomiło moje myślenie nie tyle o Leonorze, ile o mnie, Barbarze Kubiak. Dopiero po przebraniu stałam się Fideliem. I już nie było problemu.

 

SD: Nie tak dawno zaśpiewałaś Kostelničkę w „Jenůfie”. I znów zaskoczenie. Na scenie zjawia się Barbara Kubiak jako wiejska baba, zbrzydzona, okrutna…

BK: Gdyby wytyczyć pewne wektory moich ról, to na jednej osi znalazłaby się: Leonora z „Mocy przeznaczenia”, „Fidelio”, „Jenůfa”. Otacza je delikatna błona, która oddziela od wszystkich innych „bajek” operowych.

 

fot. K. Zalewska

fot. K. Zalewska

Ta partia wiele mnie kosztowała. Przypomina ona tygielek, w którym znalazły się Madame Butterfly, Lady Makbet mceńskiego powiatu, Lady Makbet z „Makbeta” Verdiego i Halka. W tej roli już większym ekshibicjonistą emocjonalnym być nie można. Dodam tylko, że nie była to partia na mój głos. Zaryzykowałam. Wszystko musiało się zgadzać pod względem muzycznym i teatralnym.

Podczas tej pracy miałam osobistą fankę, którą była pani czuwająca nad stroną językową. Ona była zaszokowana, że ja tak emocjonalnie podchodziłam do swojej bohaterki.

 

SD: Czy jest jakaś rola, którą chciałabyś zabrać ze sobą na zawsze?

BK: Gdybym mogła zabrać kilka, to prawdopodobnie zabrałabym Halkę i Madame Butterfly, głównie ze względów wokalnych. W tych operach muzyka niesie taki ładunek emocjonalny, że trudno się mu nie poddać. Z verdiowskich? Desdemonę, ponieważ obok niebywałych walorów wokalnych i teatralnych poznańskiej realizacji wiążą się z tym okresem moje prywatne doświadczenia. Śpiewałam ją tuż po śmierci ojca. Chętnie dodałabym jeszcze Leonorę z „Mocy przeznaczenia”, Normę i Kostelničkę ze względu na teatralność.

 

SD: Żyłaś sceną, żyjesz miłością, by wspomnieć jedną z bohaterek, które kreowałaś. Udało ci się pogodzić karierę z życiem rodzinnym.

BK: To by się nie udało, gdyby nie mój mąż Leszek, a dla mnie od zawsze Kuba. Mnie często w domu nie było. Wszystkie obowiązki przejmował on, czasami rezygnując ze swojej aktywności artystycznej. Kiedy dzieci podrosły, kiedy rodzice wrócili do Polski, mogłam przyjmować propozycje, w których brał udział także on jako trębacz.

 

SD: Co chciałabyś powiedzieć swoim fanom, którzy przez lata wędrowali za tobą z teatru do teatru? Co chciałabyś powiedzieć swoim studentkom i studentom?

BK: Studentom chciałaby przekazać, aby pewne rzeczy naśladowali: na przykład być zawsze gotowym do śpiewania. Ta dyspozycyjność bierze się z opanowania warsztatu, techniki śpiewania… Miałam fanów, którzy jeździli ze mną, za mną. Myślę, że oni nie są w stanie zrozumieć, jakie to było dla mnie ważne. Ich obecność dodawała mi sił.

Nie mówię: żegnaj. Mówią tylko: do widzenia.

 

Benefis Barbary Kubiak odbył się 23 lutego 2022 roku w Auli UAM w Poznaniu.

 

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
2
Smutne
Smutne
1
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0