fot. K. Figas

Dyskretny urok starego radia

„W Poznaniu jako jedynym mieście w Polsce powstanie rozgłośni radiowej było inicjatywą społeczną […] Wierzono, że radio będzie pełniło funkcję edukacyjną i integracyjną, będzie «łączyło narody»” – o poznańskiej radiofonii okresu międzywojennego i swojej kolekcji dawnych radioodbiorników opowiada Jacek Bochiński.

Barbara Kowalewska: Jak zrodziła się pana pasja kolekcjonerska?

Jacek Bochiński: Jako młody chłopak wychowywałem się w czasach zmierzchu PRL-u. Estetyka ówczesnych  sprzętów i rzeczy pozostawiała wiele do życzenia, a tymczasem zetknąłem się z pięknymi przedmiotami użytkowymi sprzed 1945 roku.

 

 

Mieszkałem zresztą w stylowym  domu z lat 30. i to także na pewno wpłynęło na kształtowanie się moich potrzeb estetycznych.

Na późniejsze zainteresowania kolekcjonerskie wpływ miały również opowieści rodzinne  o mitycznym radiu Telefunken.

BK: Jaka to była opowieść?

JB: Kiedy Niemcy wkroczyli do Poznania, jednym z pierwszych wydanych zarządzeń było to mówiące o zakazie posiadania i słuchania radia. Na Polaków nałożono obowiązek oddania wszystkich radioodbiorników. Wprawdzie za niezastosowanie się do nakazu nie groziła kara śmierci, ale obawiano się konsekwencji, więc poznaniacy masowo zdawali swoje odbiorniki w Collegium Maius, gdzie powstało prezydium policji.

 

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

W moim rodzinnym domu zachował się jeden egzemplarz o nazwie Imperial, z 1937 roku, przemyślnie ukryty przez pradziadka. Rozmawiając teraz z panią, patrzę na niego – to radio doprowadzone do stanu pełnej używalności, jest podłączone do anteny i mimo upływu lat można go słuchać, prezentuje też wybitne walory estetyczne. Niezależnie od tego egzemplarza, według opowieści rodzinnych  na strychu powinno kryć się też obrosłe legendą radio Telefunken, ponieważ fakt ten został uwieczniony na zdjęciach.

Udało mi się określić jego typ, model, pochodzenie i nabyć taki odbiornik. Co ciekawe, dosłownie w ostatnich miesiącach  otrzymałem w prezencie od Pawła Filipiaka, znanego kolekcjonera z Kielc, zdjęcie rodzinne, na którym widać z kolei mojego  pradziadka właśnie z tym radiem Telefunken. W  domu ocalało więcej takich fotografii z tym samym aparatem i z innym członkami rodziny. Taki zbieg okoliczności.

BK: Jakieś inne osoby też miały wpływ?

JB: Dla rozwoju mojej pasji ważna była także znajomość z już nieżyjącym radiotechnikiem Mieczysławem Szubą, który stał się dla mnie bliską osobą, odwiedzałem go regularnie, opowiadał mi wiele o historii okresu międzywojennego, w tym historii radia i podzielił się ze mną częścią swojego archiwum, kolekcją związaną z radiotechniką.

BK: Ile ma pan tych eksponatów i gdzie ich pan szuka?

JB: Interesują mnie głównie aparaty w mojej opinii wartościowe, wyprodukowane do 1945 roku. Mam ich około 250-300 sztuk, ich liczba nie jest stała, bo czasem je wymieniam na inne z kolekcjonerami, czasem sprzedaję. Nie utrzymuję się z tego, robię to hobbistycznie.

 

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Nie jest to droga pasja, ale wymaga zaangażowania w poszukiwaniach. Pierwotnie kupowałem w antykwariatach, ale wiemy, że z czasem ich ubywało, potem na Jarmarku Świętojańskim, który też już nie jest taki, jak kiedyś i na giełdzie przy Starej Rzeźni.

Ostatnio szukam ich głównie na portalach aukcyjnych i poprzez kontakt z innymi kolekcjonerami.

BK: Jakimi kryteriami kieruje się pan w wyborze odbiorników?

JB: Kryteria mojego wyboru pozostają niezmienne: to możliwie najwyższa jakość estetyczna aparatów radiowych. Szczególne w tym zakresie wzornictwo prezentują te z I połowy lat 30. Poza tym interesują mnie egzemplarze wartościowe pod względem historycznym wytworzone na ziemiach II Rzeczpospolitej, szczególnie marki Telefunken, Philips i Towarzystwa Elektrit z Wilna. Mam też aparaty niemieckie z I połowy lat 30. również firmy Telefunken oraz radia holenderskie i niemieckie koncernu  Philips. Interesują mnie egzemplarze sprzed roku 1945, później nie sięgam.

BK: Czy ważne są dla pana parametry techniczne, czy akceptuje pan także przedmiot niesprawny?

JB: Prócz wymagań stylistycznych, kładę duży nacisk na kompletność egzemplarza. Zdarza się, ale stosunkowo rzadko, że niektóre przywracam do stanu pełnej sprawności. Z wykształcenia jestem historykiem, a z zawodu technikiem specjalistą w branży lakierniczej.

 

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Specjalizuję się głównie w renowacji skrzynek radiowych – odnawiam radia przez wymianę politury, fornirowanie, lakierowanie. Ważne jest dla mnie uzyskanie zadowalającego połysku i barwy, stanu wizualnego z okresu, kiedy to był nowy przedmiot.

Przykładam dużą wagę do oryginalności wyglądu – pokręteł, forniru, tkaniny maskującej. Naprawianie przedwojennych odbiorników też przynosi ogromną satysfakcję.

BK: Które ze swoich eksponatów mają dla pana największą osobistą wartość?

JB: To hobby polega na ciągłym odkrywaniu, do dnia dzisiejszego nie znalazłem swojego „radia nr 1”, chociaż wciąż poszukuję. Jednym z najciekawszych jest niemieckie radio „Seibt” z wczesnych lat 20. Rozbudowany aparat, który nie istnieje w żadnym katalogu, choć jest przedmiotem fabrycznym, w swoim czasie  tak drogi, że niedostępny przeciętnemu nabywcy. Innym wyjątkowym, ulubionym  odbiornikiem jest wileński, o nazwie „Victoria” z roku 1937, o wyjątkowych walorach wzorniczych. Największym sentymentem darzę kilka aparatów marki Telefunken , wybrane radia   marki Lumophon i Mende. No i rzecz jasna, niemal wszystkie posiadane  odbiorniki pochodzenia polskiego.

BK: Zbiera pan też dokumenty z historii radiotechniki

JB: W pewnym określenie samo kolekcjonowanie  aparatów przestało mi wystarczać.  Same radia nie są przecież pełnym  odzwierciedleniem  historii radiotechniki. Zainteresowałem się publikacjami z epoki związanymi z tematem.  W dwudziestoleciu było ich  sporo, ale do dzisiejszego dnia zachowało się ich niewiele.

 

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Są to ciekawe eksponaty:  folder reklamowy potrafi przekraczać wartość radioodbiornika. Poznaję dzięki nim język tamtych czasów, ówczesną mentalność. Katalogi, reklamy i publikacje o radiu i radiotechnice są świetnym źródłem tej wiedzy.

Z czasem  poznawanie historii radiofonii w Poznaniu i w Wielkopolsce stało się moim priorytetem.

BK: Od jakiegoś czasu zajął się pan też badaniami nad historią lokalnej radiofonii. Co pana do tego skłoniło?

JB: Pierwszym impulsem były rozmowy z wybitnym kolekcjonerem i historykiem radiofonii,  Henrykiem Berezowskim, który zwrócił uwagę na fakt, że historia radiofonii w Poznaniu jest „białą plamą” w dziejach radia. Drugą inspirację stanowiło nabycie części spuścizny po radiotechniku, Marianie Szukalskim. Wśród dokumentów znalazły się wspomnienia z okresu międzywojennego, ówczesne publikacje o radiu i radiotechnice, foldery reklamowe, Wszystko to w mojej opinii będzie doskonałą bazą do  rzetelnego  opracowania historii radiotechniki w Poznaniu w dwudziestoleciu międzywojennym.

BK: Przypomnijmy, w jakim kontekście narodziła się pierwsza rozgłośnia radiowa w Poznaniu.

JB: W Poznaniu jako jedynym mieście w Polsce powstanie rozgłośni radiowej było inicjatywą społeczną, wspieraną między innymi przez  Cyryla Ratajskiego, który nakłonił  powiaty  i miasta ówczesnej Wielkopolski do współfinansowania powstającej spółki. Był to okres pionierski w dziedzinie radiofonii II Rzeczypospolitej, poznańska spółka uzyskała od Polskiego Radia subkoncesję   i do 1933 r. cieszyła się niezależnością. Lokalna stacja szczyciła się bogactwem programowym, posiadała własne czasopismo „Tydzień Radiowy” i prezentowała wysoki poziom merytoryczny audycji.

 

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

To tutaj była pierwsza relacja z meczu piłki nożnej czy pierwsza transmisja mszy z Katedry Poznańskiej. Stworzono nawet trzecie na świecie Muzeum Radiowe. Wierzono, że radio będzie pełniło funkcję edukacyjną i integracyjną, będzie „łączyło narody”. Wiemy, jak to się zweryfikowało historycznie. Rozgłośnia działała dynamicznie od roku 1927, później  dał się we znaki kryzys gospodarczy. W roku 1933 r., w obawie przed utratą płynności finansowej, sprzedano aktywa spółki Polskiemu Radiu, ale być może  dzięki temu rozgłośnia przetrwała.

Były też pozytywne strony tej zmiany – w 1934 roku zakupiono nowocześniejsza radiostację, którą usytuowano na Cytadeli, potem kolejną, wyprodukowaną w Polsce, o jeszcze wyższej mocy – w 1938 roku.

BK: Czy pamięta pan jakieś anegdoty z tych czasów?

JB: Anegdota związana jest z określeniem „ulice się wyludniają”. W l. 30 emitowano audycje najpierw pod nazwą „Wesoła Fala Lwowska”, a potem „Wesoła Fala”, z udziałem Szczepcia i Tońcia, lwowskich komików, którzy byli w Poznaniu uwielbiani.  W każdą niedzielę, kiedy ok. godziny 20-21 emitowano ten program, ulice Poznania faktycznie wyludniały się. To fakt potwierdzony we wspomnieniach licznych osób, również tych młodszych, niepamiętających dwudziestolecia. To zabawne, że do dziś istnieje pamięć o słynnych batiarach  w … Poznaniu!

BK: Na jakie ciekawe informacje natrafił pan w materiałach źródłowych?

JB: Wiele istniejących publikacji o radiofonii nadawczej lat 20. i 30. jest nierzetelna, oparta na poprzednich równie nierzetelnych publikacjach. Trzeba sięgnąć do źródeł. Część z nich posiadam, a część trzeba odnaleźć i zweryfikować. To moja ambicja – odkrywanie białych plam w tym obszarze. Nikt na przykład nie pamięta, gdzie stały maszty radiostacji Polskiego Radia i Radja Poznańskiego, co udało mi się potwierdzić dopiero niedawno. Albo jaki był sygnał wywoławczy u początków istnienia radia – tykanie zegara, a potem Rota. Nikt nie wie, którędy się wchodziło do samej rozgłośni. Zawsze mówiono o budynku na placu Wolności 11, ale istnieje, ciągle reprodukowane  zdjęcie z epoki, które pokazuje gmach od strony ulicy Ratajczaka. Jest też sporo nieścisłości związanych z parametrami nadajników.

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

 

Albo taka ciekawostka. Z czasów międzywojennych pamiętamy słynny zakład fotograficzny Kazimierza Gregera, ale niewielu wie, że znany był także ze sprzedaży aparatów radiowych. To on zatrudniał Mariana Szukalskiego. Zresztą ulica Ratajczaka była swoistą „doliną krzemową” producentów radiowych, mekką „radjotów” (tak nazywano konstruktorów radioodbiorników) okresu międzywojennego.

Mieli oni swój język branżowy, który uległ już zapomnieniu. Dzięki kontaktowi ze wspomnianym Mieczysławem Szubą jestem „spadkobiercą” tego słownictwa. Prosi się to o publikację.

BK: Poda pan kilka przykładów?

JB: Na przykład na potencjometr mówiono „potencjomierz”, schemat to był „szemat”, śrubokręt był „śrubociągiem”, a zamiast kondensatorów mówiono „kondenzatory”, eliminator fali lokalnej  nazywano „reżektorem” albo po poznańsku „szperą”. Mamy tez słowa związane z konstrukcją samych odbiorników : autodyny, tropadyny, negadyny, heterodyny (ostatni termin jako jedyny nadal jest dziś stosowany). Albo nazwy części radioodbiorników: cewki „koszykowe”, inaczej „pszczółkowe” (węzanki), „cewki ledionowe” albo nazwy wskaźników dostrojenia: „magnoskop”, „indykator”, „oko magiczne”. Nie mówiło się „oporniki”, ale „opory”. Nie „zwierało się” , a „spinało  na krótko”, papier ścierny był „papierem szmerglowym”, itd.

BK: Jak wyglądał okres międzywojenny w historii radiotechniki?

JB: Okres przedwojenny był wyjątkowo ciekawy w rozwoju nie tylko radiofonii, ale tez produkcji odbiorników. Zamożność Polaków w tym czasie była na niskim poziomie, statystyczny obywatel mógł sobie pozwolić zaledwie na pożywienie, opał i opłacenie mieszkania. Ludzie chcieli mieć radia, ale w większości nie było ich na to stać. To fakt bardzo istotny, bo firmy radiotechniczne musiały ostro konkurować ze sobą, żeby zdobyć klienta na tym szczupłym segmencie rynku. Inspirowało to do tworzenia ciekawych konstrukcji i wybitnego wzornictwa.

 

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Jacek Bochiński, fot. K. Figas

Paradoksalnie więc aparaty z czasów wielkiego kryzysu gospodarczego (mniej więcej  z lat 1929 – 35.) to najpiękniejsze wytwory stylistyczne w historii, wykonane ze świetnych materiałów. Ten świat przestał istnieć definitywnie w 1939 roku wraz z wybuchem wojny i wspomnianą konfiskatą odbiorników dokonaną przez Niemców.

Zrabowane, nigdy nie wróciły do rąk właścicieli, zostały wywiezione do Niemiec albo rozdane osadnikom niemieckim, bądź rozebrane na części. Dlatego radio polskiej produkcji z okresu międzywojennego jest dzisiaj rarytasem jako obiekt kolekcjonerski. W naszym mieście ocalały głównie aparaty niemieckie, albo należące do osadników niemieckich choćby z państw bałtyckich, jak np. łotewskie radia „VEF”.

BK: Marzenia na przyszłość?

JB: Moją ambicją jest przywrócenie pamięci o historii radiofonii i radiotechniki w Poznaniu okresu międzywojnia. Wymaga to wielu nowych badań, kwerendy po archiwach, mam zamiar się tego podjąć. Chciałbym też zorganizować kolejną  wystawę w 2027 roku na 100-lecie radia w Poznaniu, lub nawet wcześniej. Zamierzam  także przygotować obszerną publikację.

Jacek Bochiński – historyk z wykształcenia, z zawodu laborant i specjalista w dziedzinie lakierów w przemyśle meblowym. Od ponad 25 lat tworzy unikalną kolekcję zabytkowych radioodbiorników okresu międzywojennego, dawnych urządzeń odtwarzających dźwięk (m.in. polifon, fonograf, patefon, gramofony) i płyt z archiwalnymi nagraniami. Wystawy przygotowane na bazie jego doświadczenia  i kolekcji: Filmowy Poznań 1919-1939. Impresje (2009 i 2010 r.), Hallo! Hallo! Tu radiowy Poznań 1927-1939 (2012 r.) oraz 90 lat na fali eteru. Radioodbiorniki z dwudziestolecia międzywojennego z kolekcji Jacka Bochińskiego (2015 r.). Prowadzi prezentacje dotyczące historii Wielkopolski i Poznania, związane także z historią radiofonii i zapisu dźwięku. Obecnie poszukuje śladów poznańskich zakładów radiotechnicznych dwudziestolecia międzywojennego.