fot. Dawid Stube

Dziedzictwo Barbary Zdunk

W nowym spektaklu Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina historia o ostatniej w Europie kobiecie spalonej na stosie staje się pretekstem do refleksji nad współczesnym porządkiem patriarchalnym legitymizującym przemoc. „I tak nikt mi nie uwierzy” to prapremiera Teatru im. A. Fredry Gnieźnie

Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin od lat – za pomocą mikroherstorii – zwracają narrację kobietom  i opowiadają na nowo wydarzenia historyczne, by pokazać, jak rezonują w zbiorowej pamięci czy świadomości oraz umacniają przemocowy system wiedzy-władzy. W spektaklach takich jak „Joanna Szalona; Królowa”, „Caryca Katarzyna” czy „Hrabina Batory” prezentowali nieznane oblicza słynnych władczyń, poruszając kwestie takie jak dominacja męskiej narracji, konstrukcja mitów historycznych czy cielesność posągowych postaci kobiecych.

Pramatka

Tematy te powróciły w gnieźnieńskim przedstawieniu „I tak nikt mi nie uwierzy”. Rubin i Janiczak znów wzięli na warsztat biografię słynnej kobiety, która nie była typową heroiną, ale postacią cieszącą się złą sławą zarówno za życia, jak i w pośmiertnej legendzie. Po raz kolejny dekonstruują mit i pokazują nieznane dotąd, prywatne i intymne oblicze bohaterki, zastanawiając się nad tym, o czym dziś mówi nam jej historia.

 

I tak nikt mi nie uwierzy, fot. Dawid Stube

W przeciwieństwie do królowych będących głównymi bohaterkami wcześniejszych kobieco-historycznych spektakli Rubina i Janiczak, Barbara Zdunk funkcjonowała nie w centrum, a na marginesach społeczeństwa, a pozycja uprzywilejowana, którą zajmowała, miała zupełnie inny, nieoczywisty charakter i była dla niej przekleństwem raczej niż zaszczytem.

Barbara – ostatnia w Europie kobieta spalona na stosie jako czarownica – powraca jako widmo mrocznej przeszłości i pramatka wszystkich kobiet, które także dziś wymykają się wzorcom kobiecości sankcjonowanym przez patriarchalny porządek lub stają się jego ofiarami.

Barbara Zdunk to jedna z represjonowanych kobiet, które obdarzone były wrażliwością i autorefleksją wykraczającą poza ustalony porządek społeczny swoich czasów – świadomych własnej cielesności, potrzeb i prawa do równego traktowania.

 

Posądzane o posługiwanie się czarną magią i kontakt z szatanem, w rzeczywistości były po prostu problematyczne dla systemu: żądne wiedzy lub zdolne sprzeciwić się mężczyznom. W innym zaś scenariuszu oskarżano je o czary, gdy np. ośmieliły się zasygnalizować przemoc, której doświadczyły z rąk mężczyzn.

Za to lądowały w wygodnie szerokim worku mizoginistycznego i fantazmatycznego pojęcia złej czarownicy, które miało moc legitymizowania agresji, służącej ujarzmieniu jednostek odmawiających wpisania się w określony, patriarchalny schemat.

Współczesne czarownice

I tak nikt mi nie uwierzy, fot. Dawid Stube

I tak nikt mi nie uwierzy, fot. Dawid Stube

Temat współczesnego polowania na czarownie powraca w debacie publicznej ostatnich lat bardzo często, choćby przy okazji ruchu obywatelskiego #MeToo czy strajków kobiet wywołanych między innymi projektami ustaw zaostrzających prawo aborcyjne. Hasła takie jak „Moje ciało – mój wybór” pokazują niezgodę na regulowanie cielesności i seksualności przez przemocowy aparat państwowy budowany w znacznej mierze przez mężczyzn i podpierany autorytetem Kościoła katolickiego.

 

Kobiety domagające się swobodnego dostępu do antykoncepcji, apelujące o edukację seksualną czy próbujące głośno mówić o doświadczanej przez nie przemocy domowej lub molestowaniu są – niczym palone na stosie czarownice – zwalczane przez tych, którym służy funkcjonowanie w wygodnym konserwatywnym status quo wspartym na społecznym przyzwoleniu.

Dzisiejsze czarownice, dziedziczki Barbary – niezależne, pragnące samodzielnie decydować o swoim ciele, wykonywanym zawodzie czy kształcie rodziny, sprzeciwiające się naturalizacji określonych norm i zachowań czy sygnalizujące wyrządzaną im krzywdę – także oskarżane są o herezję. Jak Barbara Rubina i Janiczak, bezskutecznie próbująca wpisać się w wyrysowany na scenie obrys zakonnicy przypominający okrąg człowieka witruwiańskiego, podają w wątpliwość opartą na męskiej dominacji hegemonię oświeceniowego rozumu, który dla kobiet przewidział ustalony zestaw ról. Także strój Czerwonego Kapturka, który nosi Barbara, nie odsyła do niewinnego, bajkowego dzieciństwa – to raczej baśniowy świat mrocznych instynktów, gdzie dziewczynka pada ofiarą bezkarnego wilka, a niechciana inicjacja naznacza resztę życia.

Piekło kobiet

I tak nikt mi nie uwierzy, fot. Dawid Stube

I tak nikt mi nie uwierzy, fot. Dawid Stube

Twórcy przedstawienia bez wątpienia mają świadomość aktualności problemów, które porusza opowieść o Barbarze i innych „czarownicach”. Wiedzą, że prześladowania za niezależność i samostanowienie nie skończyły się wraz z ostatnią spaloną wiedźmą – w końcu umieścili w swoim spektaklu postaci córek Barbary. Dziedziczki klątwy ciążącej na matce domagają się zemsty za jej cierpienie, ale ujarzmione są strojem będącym połączeniem gorsetu i habitu, a wianki na ich głowach przypominają o kulturowo oczekiwanych od nich niewinności, skromności i uległości. Przezroczysty brzuch ciążowy Barbary staje się metaforą zatarcia granic między tym, co prywatne i publiczne oraz ingerowania obcych w najbardziej intymne sfery życia. Projekcje filmowe i zdjęcia wyświetlane w tle sceny pokazują publikacje naukowe od badań nad czarownicami po studia nad seksualnością, a zimny, fachowy, wręcz odczłowieczony język, którego postaci używają np. do opisu dziecięcej masturbacji, są komentarzem do wciąż aktualnego problemu braku języka adekwatnego do mówienia o seksualności, czego efektem są tabuizacja i nadużycia. Wątek ciotki Barbary (i jej rada, by zwalczyć nadmierny popęd kąpielą w zimnej rzece, która wyczerpuje kwestię rozmowy na temat dojrzewania) stanowi komentarz do zawieszania przez konserwatywnych polityków edukacji seksualnej.

 

Wreszcie tytuł, który przez cały spektakl wyświetlony jest z tyłu sceny, odnosi się przecież do współczesnych ofiar przemocy seksualnej: „I tak nikt mi nie uwierzy” brzmi jak posępny refren każdej skrywanej historii o gwałcie czy molestowaniu, nieopowiedzianej przez strach, wstyd i społeczne tabu.

Rubin i Janiczak są wrażliwi na współczesność wraz z całym jej trudnym kontekstem kulturowym, politycznym i społecznym, a w starych i znanych historiach interesuje ich performatywny potencjał opowiedzenia ich na nowo wraz z dogłębną analizą aktualnego wydźwięku. Tym bardziej gnieźnieński spektakl o Barbarze Zdunk pozostawia pewien niedosyt. Jego subtelność jest zaletą, choć ostatecznie chwilami nieco drażni swoją zachowawczością. Ta zdaje się nie przystawać do zdeterminowania i przerażenia, które napędzają rozgrywające się na całym świecie dramaty społeczne.

W czasie, gdy miliony kobiet wychodzą na ulice, domagając się, by ich głos został wreszcie naprawdę wysłuchany i aby wszystkie kręgi piekła kobiet przestały istnieć, temat palenia na stosie zmusza do pogłębionej i wieloperspektywicznej refleksji nad sytuacją współczesnych czarownic, a także do zajęcia zdecydowanego stanowiska w kwestii systemowej i politycznej.

 

Spektakl Rubina i Janiczak, mimo kilku momentów namysłu nad obecnym dziedzictwem Barbary, skupia się przede wszystkim na prywatnej i indywidualnej historii jej traumy, w bardzo nieoczywisty sposób odnosząc ją do refleksji nad systemem, który do tej traumy doprowadził.

Fatum milczenia

I tak nikt mi nie uwierzy, fot. Dawid Stube

I tak nikt mi nie uwierzy, fot. Dawid Stube

Wychowana bez matki, molestowana w dzieciństwie przez stryja i wielokrotnie gwałcona w późniejszych latach – nad życiem Barbary zdaje się ciążyć czarna chmura, podobna do tej, którą przypomina podwieszony pod sufitem element scenografii. Wisi nad nią jak fatum, a zmieniając się w dalszej części spektaklu w stos, zdaje się zwiastować jej ostateczne przeznaczenie. Przeznaczenie wyzwolonej z jarzma wszelkich ograniczeń, świadomej swojego ciała kobiety, która odmawia wpisania w schemat żony wiernej jednemu mężczyźnie? Raczej kobiety straumatyzowanej, która nie afirmuje swojej seksualności, ale podświadomie odtwarza opresyjny układ sił.

 

Dlatego właśnie spektakl Rubina i Janiczak jest tak przejmujący: pokazuje niemożność oswobodzenia się z przemocowego porządku patriarchalnego.

Inaczej niż Joanna, Katarzyna czy Elżbieta Batory, którym twórcy oddawali głos, Barbara nie otrzymuje przywileju opowiedzenia swojej historii. Choć wydaje się główną postacią przedstawienia, historię opowiada jej ojciec, prowadząc narrację, w której kolejne punkty zwrotne wyznaczają inni mężczyźni. Jednocześnie nie uznaje istnienia Barbary jako kobiety czy autonomicznego człowieka: „Dla mnie jesteście tylko córkami, żadna inna funkcja mnie nie interesuje”.  Barbarę opisuje abstrakcyjnymi określeniami, takimi jak „naznaczona niejednoznacznością”. Wydaje się, że jej samej brakuje języka do mówienia o swojej traumie, a wszelkie próby opowiedzenia o tym, co działo się z jej ciałem, spłaszczają jej dramat do poziomu wulgaryzmów lub odrealniają go techniczno-encyklopedyczną manierą brzmiącą jak niezrozumiałe zaklęcia.

 

Opowieść należy do oprawcy, bo ofierze „i tak nikt nie uwierzy”. Milczenie, cisza, tabu – przypieczętowują niepisaną umowę z katem, bo „stryj mówi, że tak się zawiera dorosłe przymierze – w tajemnicy”.

Kat nie tylko rozporządza ciałem, ale także panuje i nad narracją, i nad jej brakiem, czyli posłusznym milczeniem, dlatego w finale spektaklu Barbara pyta: „Do kogo należy twoja cisza?”. Widziane z tej perspektywy nawiązanie do współczesnych strajków kobiet i żądania mówienia o sobie własnym, donośnym głosem staje się przygnębiająco przewrotne. Zapowiadana w tytule i nazwana wprost na końcu przedstawienia cisza jest główną bohaterką tego spektaklu. Ona także stanowi bolesne dziedzictwo Barbary Zdunk.

 

„I tak nikt mi nie uwierzy”

Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie

tekst, dramaturgia: Jolanta Janiczak

reżyseria: Wiktor Rubin

scenografia: Łukasz Surowiec

kostiumy: Hanna Maciąg

muzyka: Krzysztof Kaliski

reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski

asystent reżysera i scenografa: Monika Winiarska

inspicjent: Ewa Malicka

obsada: Kamila Banasiak, Martyna Rozwadowska, Karolina Staniec (gościnnie), Joanna Żurawska, Paweł Dobek, Michał Karczewski, Roland Nowak

prapremiera 19, 20, 21 czerwca 2020