fot. Blog Rana vulgaris, na zdjęciu Radosław Nawrot

Dzielić się światem

Jest znanym w Poznaniu dziennikarzem. Od lat systematycznie pisuje o sporcie. Napisał dwie książki o Lechu Poznań, a także kryminał z powstaniem wielkopolskim w tle. Zajmuje się też tematyką społeczną i kulturalną. Z Radosławem Nawrotem rozmawia Maciej Kijko.

Maciej Kijko: Dowiaduję się teraz, że jesteś zapalonym podróżnikiem i podobno odwiedziłeś sto krajów.

Radosław Nawrot: Około. Nigdy nie mogę się tego doliczyć. Co próbuję, to się gubię. Po prostu nie jestem dobry z matematyki. Choć wcale to nie jest taka prosta rachuba. Niektórym wystarcza, że są na lotnisku w jakimś kraju, i już odhaczają: „tu byłem/byłam”.

 

A takie Stany Zjednoczone? Dla mnie to jest pięćdziesiąt różnych krajów.

Czy bycie w jednym małym stanie oznacza, że się było w USA? I zacząłem to sobie tak zaznaczać któregoś dnia na mapie. Na przykład Brazylia – w których miejscach byłem. To ledwie drobna część tego kraju. I jak ja mam powiedzieć, że byłem w Brazylii?

 

MK: A w Polsce byłeś?

RN: Nie wszędzie, nigdy nie byłem w Olsztynie na przykład. Jest mnóstwo takich miejsc, gdzie jeszcze mnie nie było. Zawsze mnie krępuje, jak ktoś mówi: tyle już widziałeś. Ale to chyba jest jakaś niedogodność samego naszego istnienia.

 

Nigdy nie jesteśmy w stanie poznać, zobaczyć, przeczytać, zrobić wszystkiego. Musimy poprzestać na fragmentach, wycinkach. Dobija mnie ta myśl.

Jestem maksymalistą i chciałbym wszędzie być, odwiedzić wszystkie miejsca na Ziemi. Ciekawość gna mnie zawsze daleko, a świadomość, że nie starczy mi na to życia, jest dla mnie przygnębiająca i raczej próbuję ją odrzucać. Nie myślę o tym. Albo inaczej:

 

Radosław Nawrot, fot. Adam Ciereszko

Radosław Nawrot, fot. Adam Ciereszko

„Może żył nie będę wiecznie, prawda to nie nowa. Jednakowoż byłbym głupcem, gdybym nie próbował” – głupcem byłbym gdybym nie próbował zobaczyć tego świata.

 

MK: A co cię tak gna w świat? Co to za ciekawość?

RN: Chcę wiedzieć, jak tam jest. Ostatnio się nad tym zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że chyba podróże dodają mi odwagi. Jestem tchórzem, a podczas podróży czuję się odważniejszy. Schodzi ze mnie to cywilizacyjne skrępowanie, które tutaj nie pozwala mi czegoś robić, a coś każe. Czuję się swobodniej.

 

Mówi się, że podróże uczą bohatersko pokonywać te problemy, które podczas wojaży się pojawiają. A w rzeczywistości problemy z tego, naszego świata, zastępujemy innymi.

Kiedy chodziłem po Andach, martwiłem się, czy znajdę gdzieś wodę, czy będę miał się gdzie schronić na noc. Podróże to bezustanne ogarnianie logistyczne różnych zagadnień. Gna mnie więc też po naukę i bycie kimś innym. Tak intuicyjnie to wnioskuję, bo nie starałem się gruntownie przemyśleć tego problemu. Podróżuję, po prostu.

 

MK: Jak wybierasz kierunki swoich podróży?

RN: To raczej podróże wybierają mnie.

 

MK: Czyli nie jest to tak, że odznaczasz: „Tu już byłem, tu też, więc jadę, o, tu”? Albo: A – Albania, B – Brazylia…?

 

RN: Nie, nie. To tak nie jest. Mapy dają jakiś ogląd, co się zdarzyło, ale nie chodzi o odhaczanie kolejnych krajów. Do wielu jeżdżę ileś razy, bo sprawia mi przyjemność bycie tam.

 

Nie jestem krezusem, nie mogę sobie swobodnie wybierać kierunków – jadę tam, gdzie pojawi się możliwość, żeby pojechać.

Mam listę miejsc, które chciałbym odwiedzić. I regularnie sprawdzając, gdzie jest tani bilet, opcja, żeby się dostać, napotykam swoje podróże. Zdarzają się sytuacje, że zaczynam o czymś usilnie myśleć i pojawia się możliwość dotarcia właśnie tam.

 

MK: Co myślisz o opiniach na temat współczesnego turyzmu, że to eksploatacja świata? Że to kolejna z form panowania, wykorzystywania, kolonizowania świata innych ludzi?


RN: Cóż, myślę, że świat jest eksploatowany. Ale też doszedłem do wniosku, że aby tego świata w ogóle nie eksploatować, należałoby bardzo mocno ograniczyć wszystkie swoje działania i aktywności teraz podejmowane. Myślałem o tym sporo w czasie pandemii. Wtedy wyszło na jaw, jak wiele krajów, zwłaszcza tych biedniejszych, wali się bez turystów.

 

Mnie do podróży mocno skłaniają zwierzęta, jestem z nimi bardzo związany. Moja wizja jest taka, że żyjemy w świecie zwierząt, do którego jesteśmy nakładką.

Czytając sporo na ten temat, przekonałem się, że tworzymy system naczyń połączonych. Może to doprowadzić w szybkim tempie do zagłady przyrody, bo ludzie w biedniejszych krajach, pozbawieni wpływów z turystyki, zaczną poszukiwać innych źródeł zarobku.

Tak jest w przypadku kłusowników afrykańskich. Wielu z nich jest teraz przewodnikami w parkach narodowych, gdyż udało się ich przekonać, że żywe zwierzę jest cenniejsze niż martwe.

 

To nie są źli ludzie, oni mają po prostu swoje rodziny i niewiele możliwości do wyboru.

Dzięki podróżowaniu zdobywamy informacje, którymi możemy się podzielić i które mogą do czegoś dobrego doprowadzić. Skłonić kogoś do przemyśleń, zmian. Moje życie, jak przypuszczam, wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby nie ludzie, którzy coś przeżyli i przekazali mi swoje doświadczenia. Podczas podróży właśnie.

fot. Blog Rana vulgaris

fot. Blog Rana vulgaris

Oczywiście potrafię sobie wyobrazić turystykę i podróżowanie bardzo eksploatujące i egoistyczne. Jednak nie trzeba takim egoistą być. Przypomina mi się historia z Mozambiku. Siedzieliśmy w Maputo, stolicy, jedząc przygotowany przez miejscowych obiad. Zeszło się wielu sprzedawców pamiątek i różnych innych rzeczy. Próbowali nam je wcisnąć, coś kupiliśmy, czegoś nie byliśmy w stanie. Naciskali, mówiąc, że nie będą jedli, jeśli od nich więcej nie kupimy. To był rodzaj szantażu emocjonalnego.

Powiedziałem im:

 

„Przecież staramy się partycypować w waszym życiu, jemy wasze jedzenie. Kupujemy wasze produkty. Ale nie jesteśmy w stanie nabyć wszystkiego”.

 

Turystyka jest czynnikiem mocno zmieniającym świat. Zmieniającym przede wszystkim ludzi. Łatwo mogę wskazać miejsca, które są zmanierowane przez turystów i te, które nie uległy tak mocno temu wpływowi. Różnica jest ogromna.

 

MK: Zmanierowane? To znaczy, że tworzą spektakl, cepelię pod turystów?


RN: Tak właśnie. Robią przedstawienie. Potrafią oszukać, wykorzystać, nabrać. Turyści są dla nich klientami, z którymi się tak gra. Nie są to spotkania dające obu stronom coś cennego. Równocześnie istnieją wciąż tereny w Afryce, gdzie można uczestniczyć w prawdziwym spotkaniu. I to jest krzepiące, choć mam przekonanie, że już nie zdążę do wielu takich miejsc dotrzeć.

Myślę też sobie o swoich siostrzeńcach – czy oni będą mieli na to szansę? Czy już ich udziałem będzie tylko cepelia?

 

Dlatego tak lubię zwierzęta, bo one nie udają, nie grają. No, to może przesada – bo przecież w świecie zwierząt też jest sporo gry, nabierania, ale podyktowanych innymi celami niż w naszym świecie. Obserwując zwierzaki, cały czas mam wrażenie, że widzę coś serio.

Zaczynam jednak akceptować to, że nie zobaczę już rzeczywistości dziewiczej, niezmienionej działalnością człowieka. I też nie chodzi o to, żebym odwiedzał świat, jaki sobie wymarzę, ale taki, jaki on jest. Takim go obserwował i opisywał.

 

MK: Zwiedziłeś kawał świata, a książkę napisałeś o Australii. Dlaczego akurat o niej?

RN: Chyba było mi najłatwiej. Kiedy zacząłem myśleć o napisaniu książki...

 


MK: Czyli myślałeś wcześniej, żeby coś ze swoich podróży udostępnić czytelnikom?


RN: W zasadzie, żeby być precyzyjnym, to nie ja myślałem. Bardzo lubię podróżować z ludźmi. Często mam ze sobą internet, Facebook, social media – dzielę się z ludźmi swoją podróżą na bieżąco. Opowiadam im historie, które przeżyłem, pokazuję zdjęcia. Mam wrażenie, że to i mnie sprawia przyjemność, i ci, którzy to czytają, oglądają, też znajdują w tym przyjemność.

 

Oni jakby byli razem ze mną tam gdzieś. Lubię się dzielić. I lubię interakcje – że ludzie komentują, pytają, naprowadzają na coś.

I oni właśnie, wszyscy, z którymi podróżuję, sprawili, że ta książka powstała. Powtarzali: napisz, napisz książkę. A ja nie za bardzo chciałem to robić, mimo że książki przecież piszę. Uważałem, że się na reportażystę nie nadaję. Poza tym książka nie jest zbiorem anegdot, to jednak narracja. I nie wiedziałem, czy jestem w stanie temu podołać.

Zastanawiałem się, czy mimo wielu podróży wiem wystarczająco wiele? Bo mogłyby się pojawić zarzuty, że to za mało wnikliwe, zbyt powierzchowne, czegoś tam brakuje. W końcu mój kolega Adam stał się ojcem tego pomysłu. Powiedział:

 

Radosław Nawrot, fot. Adam Ciereszko

Radosław Nawrot, fot. Adam Ciereszko

„Jeśli masz wątpliwości, czy taką książkę napisać, to zapytaj ludzi. Przekonasz się, oni ci powiedzą”.

 

I umieszczenie tego projektu na zrzutce było takim właśnie pytaniem do ludzi. Czy chcielibyście to przeczytać, uczestniczyć w tym, być tego częścią? Odpowiedź na pytanie: czy chcielibyście to przeczytać? jest najprostsza i niezobowiązująca jednocześnie. Natomiast kwestia, czy chcielibyście być częścią tego projektu, wspierając finansowo wydanie, jest trudniejsza, ale tu też otrzymałem odpowiedź twierdzącą. Tak to się zaczęło.

 

MK: Czyli nie zwróciłeś się do któregoś z wydawnictw z ofertą: „Mam książkę, czy mi ją wydacie?”. Ani wydawnictwo nie zwróciło się ciebie, wiedząc, że podróżujesz, z propozycją napisania książki?


RN: Nie zwracałem się do żadnego wydawnictwa. Głównie z tego powodu, że minęły już czasy, w których jeden Arkady Fiedler wyjeżdżał z Polski w świat, opisywał to, a potem miał całe hale wypełnione czytelnikami podczas spotkań autorskich.

 

Dzisiaj mnóstwo ludzi podróżuje. Żeby coś napisać nie wystarczy dobre pióro, sporo obserwacji. Trzeba jeszcze pomysłu, który by tworzył z tego opowieść.

Na jakiś pomysł wpadłem. Nie wiem, czy dobry, czy to się ludziom spodoba. I doszedłem do wniosku, że crowfunding jest dobrym sposobem, by się o tym przekonać.

Zanim do tego jednak doszło, napisałem fragment i pokazałem Adamowi. Wcześniej już namawiał mnie, żebym coś zrobił ze swymi różnymi tekstami, złożył z nich książkę. Nie byłem przekonany. Kiedy dostał tekst o Australii, stwierdził:

 

„Zostaw te wcześniejsze pomysły i zajmij się tym. Dokończ”.

 

Na to się zgodziłem. Miałem już trochę w komputerze fragmentów podobnych do tego, co publikowałem na bieżąco na Facebooku, tylko szerzej traktujących temat. Ustaliłem, o czym koniecznie chciałbym napisać.

Zacząłem od Tasmanii jako pierwszego etapu mojej podróży. Poza tym mniej jest znana.

 

Wymyśliłem, że wątkiem, który pozwoli mi stworzyć ciągłość narracji będą zwierzęta.

Poza tym nawiązania do kultury, popkultury, do filmu, który jest mi bliski. Filmu jest tam bardzo dużo.

Żeby nie być gołosłownym, podam przykład historii o wilkoworze. Wilk workowaty wymarł, w każdym razie oficjalnie wymarł, bo Tasmańczycy nie przyjmują tego do wiadomości. To było dla mnie fascynujące, że zwierzę, które już nie istnieje, traktują, jakby wciąż było obok, jakby wciąż istniało. To obcowanie ze zmarłym, z duchem, jakby był żywą istotą. Punktem wyjścia był dla mnie film „Łowca”. Na tej zasadzie budowałem opowieść.

Na zrzutka.pl ogłosiłem zbiórkę funduszy na wydanie. Założyliśmy sobie kwotę minimum, wystarczającą na wydanie samego tekstu, i maksimum, pozwalającą na opatrzenie go fotografiami, akcję promocyjną, będącą zachętą do pisania kolejnych części. To minimum już mamy. I idziemy dalej.

 

Na pewno więc wydamy książę o Tasmanii, a co później – zobaczymy.

Jest dużo znaków zapytania. Być może skończy się tylko na tej jednej. Ona tworzy zamkniętą całość, więc i taką możliwość dopuszczam.

Najwspanialsze jest to, że w projekt zaangażowało się tak wiele osób. Sam Adam jest ochotnikiem. Redaktor sam się zgłosił. Korektorka podobnie. Łamacz także. Oni chcą to zrobić. Widzą w tym sens. O to też mi chodziło, żeby stworzyć jakąś wspólnotę. Kupić książkę oczywiście będzie można, ale być częścią grupy, które ją stworzyła, to już inna rzecz. Ludzie często nie wystarczy po prostu kupić książkę, chcą czegoś więcej.

 

fot. Blog Rana vulgaris

fot. Blog Rana vulgaris

MK: Ale wracając – dlaczego Australia stała się tematem książki, skoro podróży wcześniej odbyłeś już sporo?


RN: Dlaczego Australia? Każdy ma jakieś doświadczenia, które go kształtują na kolejnych etapach życia. Ja jestem wychowany na rozmaitych książkach przygodowo-podróżniczych z Alfredem Szklarskim na czele.

 

MK: „Tomek w krainie kangurów”? 

RN: Oczywiście. Od tego się zaczęło. Będąc na wyprawie, miałem przy sobie Szklarskiego, ale nie dałem już rady go przeczytać. Według dzisiejszych kanonów musiałbym stwierdzić, że to jest źle napisane. Ale też myślę sobie, że za pięćdziesiąt lat ktoś powie o mojej książce, że jest źle napisana.

 

Sposób konsumowania przez nas literatury się zmienia.

Kiedy byłem kilkunastoletnim dzieciakiem, było to świetnie napisane. I nic tego nie zmieni. Ja go takim pamiętam. Na podstawie tego obrazu kształtowało się moje wyobrażenie o Australii. Marzenie, żeby coś zrobić. Ten kontynent zawsze mnie fascynował. Ale chyba głównym magnesem ciągnącym mnie do Australii była oryginalność fauny. To niezwykłe. Pomyślałem, że o Australii pisać mi najłatwiej, bo od dzieciństwa nosiłem w głowie jej wizję. I ta opowieść bardzo naturalnie ze mnie wypływa.

 

MK: Jestem ciekaw, jak tę Australię widzisz? Także byłem czytelnikiem Szklarskiego i cyklu o Tomku Wilmowskim, ale później czytałem też inne książki, na przykład australijskiego noblisty Patrica White’a, oglądałem filmy, choćby „Polowanie na króliki”, które pokazują Australię zupełnie inaczej. To nie jest tylko piękna przyroda i Aborygeni jako egzotyczny dodatek nie wiadomo skąd, ale historia częstokroć szalenie bolesna, okrutna. Jak mierzysz się z tą kwestią?


RN: Zamierzyłem sobie tę opowieść jako złożoną z trzech lub czterech części. Pierwsza, zrodzona we współpracy z ludźmi, jest, jak wspomniałem, poświęcona Tasmanii. Od niej zacząłem swoją podróż, a dlatego też i książkę. Pozostałe części, mam nadzieję, powstaną.

 

Tasmański tekst – aż się tego przestraszyłem – wyszedł mroczny. Sporo tam śmierci.

Zastanowiłem się później, jak inaczej o Australii i Tasmanii pisać. Nie da się. To były przecież kolonie karne, zsyłano tam więźniów.

Aborygeni, jak to kiedyś napisał Bill Bryson, tworzą z białymi oddzielne światy. Nie widzą się i nie ma żadnego pomysłu, co z tym zrobić. Rzeczy, które widziałem w Australii, których doświadczyłem, były dla mnie wstrząsające. Tasmania w kontekście historii aborygeńskiej jest szczególnie wstrząsająca, bo tam tasmańscy Aborygeni przestali istnieć.

Zmieniają się sposoby patrzenia na świat, wrażliwość, i rzeczy kiedyś dopuszczalne, tolerowane, zwyczajne dzisiaj budzą zdumienie, oburzenie, niesmak.

 

Łatwo powiedzieć o dziewiętnastowiecznej Australii, że to był kraj barbarzyńców, traktujących Aborygenów jak zwierzęta.

fot. Blog Rana vulgaris

fot. Blog Rana vulgaris

Podam przykład. W buszu zaginęła dziewczynka; została znaleziona martwa, jeśli dobrze pamiętam. Obok było obozowisko Aborygenów, których uznano za winnych i zamordowano. Odbył się proces, pierwszy tego rodzaju w Australii, i podczas niego osadnicy, oskarżeni, stwierdzili, że nie wiedzieli, że Aborygenów nie wolno zabijać. Łatwo byłoby to wszystko ex post jednoznacznie ocenić. Ale staram się na to patrzeć w perspektywie tamtego czasu.

To kraj zbudowany przez więźniów, skazańców. Ślady tego na Tasmanii są do dzisiaj. Port Arthur na przykład na tej mrocznej, brutalnej historii buduje swoją legendę. Usiłuję mieć w sobie jak najmniej zdziwienia. Mówię sobie:

 

„Nie dziw się. Po to wyjeżdżasz, żeby zobaczyć coś innego. Jeśli miałbyś się wciąż dziwić, to znaczyłoby, że wciąż jesteś u siebie i nie ruszyłeś się na krok ze swojej kanapy”.

 


MK: W zdziwieniu może być dużo oceny.


RN: Tak. Moja podróż do Australii była skonfrontowaniem tego, co wyczytałem u Szklarskiego i innych autorów, z tym, co zobaczyłem na miejscu. Nie chciałbym mówić o niej jako o kraju strasznym, dusznym, przerażającym, ale to też jest Australia. Z daleka wydaje się nam sympatyczna, ale ma też swoją mroczną stronę. Jak każdy kraj przecież.

 

To przypomina trochę sytuację Stanów Zjednoczonych. Nie byłoby tego kraju w dzisiejszym kształcie, gdyby nie zagłada Indian.


Na Aborygenów staram się patrzeć jako na ludzi, którzy mieli dość czasu i miejsca, by przez Australię nie przejść na skróty. Biała Australia to przeciwieństwo strategii aborygeńskiej – wkomponowanie jej w cywilizacyjne i technologiczne ramy świata przybyszów, przymuszenie jej, by w tych karbach funkcjonowała. Aborygeni zaś – i to jest fascynujące – przystosowali się do tego, co zastali. Ale gdybyśmy się nad tym zastanowili, do rdzenni mieszkańcy Australii narobili tam więcej szkód niż biali.

 

Zniszczyli całą megafaunę australijską. Jest ona dla mnie symbolem czegoś bezpowrotnie utraconego. To coś, za czym tęsknię, chociaż w życiu tego nie widziałem.


MK: W przypadku człowieka jako gatunku posiadającego samoświadomość odzywa się bardzo wyraźnie nieprzezwyciężalny dylemat: Jak żyć w tym świecie? Musimy przecież się jako gatunek odtwarzać i potrzebujemy do tego określonych rzeczy, warunków, a to pochłania zasoby świata, zmienia go. I jednocześnie tęsknimy za tym, co utracone, a co zniknęło kosztem naszego tu i teraz istnienia. Gdyby nasi przodkowie nie zjadali – i w efekcie wytępili – megafauny, nie byłoby nas tutaj.


RN: Ja generalnie jestem dobrej myśli. Mam w sobie wiarę, że jakoś to będzie. Że ludzie się opamiętają, że świat się obroni.

 

Covid jest przecież samoobroną przyrody. Odmachnęła się nam. Zagęszczenie na targowiskach azjatyckich, które widziałem, w Chinach czy w Indonezji, to, co tam można zobaczyć – ćwiartowanie zwierząt, krew – wywołało we mnie refleksję po wybuchu pandemii, że to musiało się tak skończyć.

Jedną z najważniejszych książek mojego dzieciństwa była książka Bernharda Grzimka, niemieckiego zoologa, twórcy parku narodowego Serengeti, „Nie ma miejsca dla dzikich zwierząt”. Napisał ją w 1964 roku i wypełnił bardzo pesymistycznymi wizjami. Według niego do końca XX wieku miały na przykład zniknąć resztki megafauny afrykańskiej. I nie miał racji. Ta książka jest dlatego tak dla mnie ważna, że się mylił w swoich przewidywaniach.

 

Radosław Nawrot, fot. Adam Ciereszko

Radosław Nawrot, fot. Adam Ciereszko

To znaczy, że nic nie jest nieuchronne.

Wracając teraz do początku naszej rozmowy – jeśli nie będziemy wiedzieli, jak świat funkcjonuje, jak w różnych swoich fragmentach się różni, jeśli będziemy posiadali tylko wiedzę już przetrawioną przez innych, a nie wynikającą z własnego doświadczenia, wówczas nie będziemy mieli w sobie siły, by działać, by coś zmieniać. Z trudnością będziemy mogli sobie wyobrazić konsekwencje naszych działań, możliwe alternatywy. Mówiąc skrótowo: ktoś, kto nigdy nie podróżował, nie zrozumie tej pandemii.

 


MK: Nie pomyśli, że to spisek?


RN: Dokładnie. Nie uwierzy w żadną teorię spiskową. To jest tak naturalne, aż bije po oczach pewna konsekwencja następujących zjawisk, że nie da się myśleć w takich kategoriach. Wspominam te obrazy z Azji i nie wierzę, że to coś innego, niż tego rodzaju zjawiska, spowodowały pandemię.

 

MK: Wracając do Australii – ciekawią mnie tamtejsze próby rozliczenia się z własną trudną historią, przeprosiny za „stracone pokolenie”. Czy miałeś możliwość zaobserwowania tego procesu? Na ile ma szanse powodzenia?


RN: Ten proces wygląda obiecująco, jest to kusząca propozycja dla wszystkich uczestników tego świata, a może i dla innych krajów z podobną historią.

 

Po wielu latach rząd się reflektuje, że, oględnie mówiąc, przesadził. Ze wszystkim. Z polowaniem na króliki włącznie. Przeprasza Aborygenów.

W 1985 roku, jeśli dobrze pamiętam, zostało z nimi podpisane porozumienie, na mocy którego wiele z wcześniej podejmowanych przez rząd działań uznano za niebyłe, np. sprawa własności świętej góry Uluru.

Wprowadzono podwójne nazewnictwo. Aborygeni mają możliwość zarządzania swoimi świętymi miejscami. Dlatego też „mrówki”, tak mówią na turystów, nie mogą wchodzić na Uluru, nie zadeptują tej świętej góry Aborygenów, którzy zostali uznani za osoby będące częścią australijskiego społeczeństwa. Faktycznie jednak nią nie są.

 

Jak odkręcić polowanie na króliki?

To są całe pokolenia ludzi, poddanych niewyobrażalnie trudnym doświadczeniom. Odbieranie dzieci, przekazywanie ich innym rodzinom bądź do sierocińców. Wychowywanie poza ich własną kulturą i pozostawianie na marginesie innej. Egzystencja bez tożsamości. Biali Aborygeni, jest ich wielu – zagubionych i opuszczonych. Co z tym zrobić?

Stosunki z Aborygenami to nie jest kwestia dekretu. Oni nadal nie funkcjonują w tym świecie. Mówimy o ludziach, którzy we mnie wzbudzili podziw tym, że potrafili przetrwać na najbardziej, poza Antarktydą, niegościnnym kontynencie. Ale nasza cywilizacja jest dla nich trochę absurdalna.

Oczywiście są różni Aborygeni. Niektórzy świetni sobie radzą, ale są też tacy, którzy gubią się tym świecie. A próba włączenia ich w główny nurt życia społecznego sprowadza się cały czas do tego samego. Do wciśnięcia ich w ramy naszego świata, a nie odwrotnie.

 

Pewnych rzeczy nie da się cofnąć. Tego, że Aborygeni byli zabijani, wypychani, ustawiani w muzeach, traktowani jako okazy.

Pamiętam taką scenę ze środka Australii. Zatrzymaliśmy się, żeby coś zjeść, a niedaleko była grupa Aborygenów. Kilka kobiet z dziećmi, paru mężczyzn. Pozdrowiliśmy ich, a wracając po posiłku, moja koleżanka zagadnęła jedną z Aborygnek, pytając, czy maluch, którego miała na kolanach, to jej dziecko.

 

Reakcja była nieprawdopodobna. Panika.

fot. Blog Rana vulgaris

fot. Blog Rana vulgaris

Popijali w grupie alkohol i ta kobieta przeraziła się. Zaczęła mówić, że to jej dziecko, ale ona nie piła. Żeby jej go nie odbierać. Że nic złego nie zrobiła. Zachowywała się jak zaszczute zwierzę. To pokazuje, jak w rzeczywistości proces znoszenia barier, rozliczania się z przeszłością wygląda.

Aborygeni są niemi. Mam na myśli to, że kiedy jeździłem po Ameryce Północnej, Indianie, także przecież zepchnięci na margines, prześladowani, ulokowani w rezerwatach, walczą, domagają się głosu, usłyszenia ich racji. Mają swoich przywódców, liderów.

 

MK: Istnieje panamerykański ruch Indian.


RN: A Aborygeni są niemi. Nie ma nikogo, kto by próbował coś zrobić. To jakieś mikrodziałania. Oni się po prostu jakby poddali. Mam wrażenie, że zrezygnowali z tego, by uczynić Australię inną.

Aczkolwiek pewnych rzeczy cywilizacja zachodnia nie była w stanie przeskoczyć. Kiedy się wyjedzie poza nadmorskie obszary Australii, zurbanizowane, ucywilizowane, to wtedy we władanie nas bierze przyroda i natura. Wkraczamy w przestrzeń Aborygenów. To jest świat, którego nie da się okiełznać na naszych warunkach, którego, mam wrażenie, są nadal niepodzielnymi władcami.

 

MK: Czyli naskórkowo, po brzegu tylko jest ujarzmiona?

RN: Dzisiaj pierwszym pytaniem na początek dnia zadawanym sobie przez Australijczyka jest: jaka będzie pogoda? I to nie jest pytanie banalne, jak zapełnienie krępującej ciszy podczas przypadkowego spotkania w windzie, to kluczowa kwestia, od której wiele zależy. To na przykład determinuje plany na cały dzień.

 

Nie spotkałem kraju, który w takim stopniu jak Australia byłby zależny od pogody, od natury.


MK: Przypomina mi się książka Bruce’a Chatwina, zafascynowanego Aborygenami w swojej wizji człowieka jako nomady, „Pieśni stworzenia”. Według niego zostaliśmy przywiązani do miast, do jednego miejsca, a to jest coś zupełnie obcego człowiekowi. I pisząc tam o Aborygenach, stwierdził, że oni tylko wydają się bierni, a po prostu żyją w zupełnie innej czasie, podróżują wewnątrz siebie. Nasza miara nie odpowiada ich doświadczeniu.


RN: Trudno wniknąć do świata Aborygenów. Nielicznym się to udaje, trzeba poświęcić wiele czasu, dużo cierpliwości, żeby nawiązać z nimi relację. Mnie przypomina to sytuację w Ameryce Północnej, której rdzenni mieszkańcy w północnej części mieszkający na preriach byli nomadami, nigdy nie stworzyli osiadłej cywilizacji, a im dalej na południe, tym więcej Indian budujących miasta, budujących puebla, całe imperia. W Australii nie mieliśmy do czynienia z takim procesem stopniowego osadzania się w miejscu, bo natura na to nie pozwoliła.


MK: Jared Diamond w swojej książce „Strzelby, zarazki i stal” pisze, że na sposób życia Aborygenów wpłynęły uwarunkowania środowiskowe: brak roślin i zwierząt podatnych na udomowienie i hodowlę. Ale też zauważa, że w materiale archeologicznym widoczne są próby, niedoprowadzone do skutku przez kolonizację, stworzenia osiadłych społeczeństw na bazie hodowli roślin i zwierząt morskich.


RN: Widać to choćby na Tasmanii. Tam istniały kultury mocno związane z wybrzeżami.

 

W niektórych na przykład – to już jako ciekawostka – jedynie kobiety potrafiły pływać.

Mężczyźni nie, bo tylko one zajmowały się sprawami związanymi z wodą, poławianiem.

Tasmania zresztą zupełnie nie przypomina Australii kontynentalnej. To, co na Tasmanii, jest odległością dużą, na kontynencie jest nic nieznaczącym dystansem. Jest to ziemia żyźniejsza, bardziej sprzyjającą temu, żeby prowadzić osiadły tryb życia. Ale też jest bardziej na południe, ma mroźne zimy. I tam takie zawiązki były.

Australia to inny przypadek. Znamy ją tylko w tej postaci, jaką zastali europejscy podróżnicy i osadnicy w XVIII wieku. Aborygeni zaś znają ją pod różnymi postaciami, żyją tam od tysięcy lat. Kiedyś była inna, miała więcej lasów, nie była tak spieczona w swoich centralnych obszarach.

 

fot. Blog Rana vulgaris

fot. Blog Rana vulgaris

MK: Czy będziesz chciał tam wrócić?


RN: Z pewnością. Bardzo bym chciał. Ale to oczywiście i daleko, i podróże są drogie. Schodząc na praktyczny poziom, bardzo się ucieszyłem, kiedy ten świat się skurczył, gdy bilety do Australii kosztujące dotychczas cztery, pięć tysięcy, można było dostać za dwa i pół tysiąca. I to jest cena, którą wiele osób, jak przypuszczam, jest w stanie uzbierać.

 

Podróż na antypody staje się realna. Australia przestaje być poza zasięgiem.

A poza tym jest tak ogromna, że jednorazowa podróż to tylko powierzchowne zetknięcie się z tym miejscem. Ale czekam na wszystkie podróże, które mnie jeszcze wybiorą.