fot. kadr z filmu "SEDER-MASOCHISM" N. Paley

Filmowe ślady bogini Aszery

Tegoroczne projekcje w ramach Przeglądu Filmów o Tematyce Żydowskiej mogą być przedłużeniem dyskusji o kobiecym archetypie w naszej kulturze. Wracając po śladach żeńskich bogiń, odnajdujemy wyparte elementy religii patriarchalnych. O narracjach kobiecych i męskich mówi Marek S. Bochniarz, kurator wydarzenia.

Barbara Kowalewska: Dlaczego nie festiwal „filmów żydowskich”, a „o tematyce żydowskiej”? Czy to ma jakieś znaczenie?

Marek S. Bochniarz: Co roku, jesienią w stolicy odbywa się Warszawski Festiwal Filmów o Tematyce Żydowskiej – ma już za sobą 17 edycji. To, jak organizatorzy zdefiniowali obszar, którym się zajmują wydało się nam bardzo trafne. Pojęcie „filmy żydowskie” wskazywałoby na to, że autorami tych filmów są Żydzi – a nie chcielibyśmy się tak ograniczać. Byłoby mi nawet wstyd dociekać, „kto jest Żydem” w przypadku filmów o tematyce żydowskiej, które oglądam. Uważam, że byłoby to pozbawione delikatności i szacunku.

 

Często zresztą ktoś zadaje nam właśnie to pytanie – czy jesteśmy Żydami, a brak odpowiedzi czasem ludzi nawet denerwuje. Mam wrażenie, że to „węszenie” bywa trochę podszyte antysemityzmem i silnymi emocjami związanymi z tematem żydowskim.

Lost in Paradise, reż. Oren Rosenfeld, Izrael 2018

Podam sytuację analogiczną – gdy zajmowałem się przez dekadę kinem japońskim, nikt mnie nie pytał o pochodzenie japońskie czy powody, dla których ten temat mnie interesuje. Teraz wciąż jestem o te kwestie pytany.

 

BK: Nazywacie to wydarzenie skromnie „przeglądem”.

MS.B: Posługujemy się terminem „przegląd”, a nie „festiwal”, bo to drugie słowo wydaje się trochę „za duże”, jak na nasze skromne i niszowe wydarzenie. Podkreślam to celowo, bo gdy niektórzy nam mówią, że jesteśmy „niszowi” – to czasem mam poczucie, że chcą nas w ten sposób przywołać do porządku, do niewychodzenia z szeregu. Jako Stowarzyszenie Miasteczko Poznań zajmujemy się trudnym tematem, a w Poznaniu brakuje takich inicjatyw. Może to wyraz lokalnych wyrzutów sumienia? W tym roku mieliśmy być trochę nawet jakby „duzi”, ale pandemia pokrzyżowała plany.

 

BK: Dziś także pojawiają się jakieś reakcje antysemickie?

MS.B: Po raz pierwszy antysemickie komentarze od internautów dotyczące organizowania przez nas przeglądu filmowego otrzymaliśmy rok temu. Jedną z tych osób był chłopak o bardzo sympatycznym zdjęciu profilowym – znajomy młodego, początkującego muzyka, z którym przeprowadziłem wywiad. Poczułem wtedy, że ten antysemityzm jest dość blisko mnie. Gdy ktoś wyraża zdziwienie tym, że mimo wszystko nadal zajmuję się tematem żydowskim, trochę się jednak dziwię. Nie widzę powodu, by zaprzestać tej aktywności.

 

BK: Jak będzie wyglądać tegoroczna odsłona przeglądu, w sytuacji pandemii?

Oren Rosenfeld, "Holy Vegans"

MS.B: Początkowo planowaliśmy tygodniowe wydarzenie, które miało się odbyć w Pawilonie i Atelier WIMAR Stowarzyszenia Łazęga Poznańska. Z powodu pandemii musieliśmy przenieść nasze wydarzenie do sieci, ale organizujemy je nadal we współpracy z Pawilonem. Dotychczasowe porozumienia z twórcami straciły przez to moc. Musieliśmy też zrezygnować z filmu trójwymiarowego. Planowaliśmy zaprosić do Poznania dwie artystki, ale, z powodu pandemii, to także jest niemożliwe. Spróbujemy to zrobić za rok. Przegląd miał się skupiać na różnorodności sztuk – literatury, muzyki, filmów i artystów wizualnych z obiegu galeryjnego. Częściowo udało się jednak zachować oryginalną koncepcję.

 

BK: Czym się pan kieruje w wyborze filmów?

MS.B: Przez pierwsze dwie edycje współpracowaliśmy z organizatorami warszawskiego festiwalu Żydowskie Motywy, którego byliśmy zresztą patronem medialnym. Użyczali nam wybranych tytułów ze swojego programu. W zeszłym roku nie mogłem się z nimi jednak skontaktować po tym, jak festiwal się zakończył. Dlatego wtedy sam ułożyłem program naszego przeglądu. I uważam, że ta samodzielność okazała się dla nas bardzo dobra.

 

Uznałem, że będziemy się coraz bardziej odróżniać od innych tego typu wydarzeń w Polsce. W zasadzie – już od początku się różniliśmy…

Jesteśmy w sytuacji wyjątkowej na tle innych festiwali filmowych o tematyce żydowskiej w Polsce, bo wydajemy czasopismo „Miasteczko Poznań”, będące podstawą naszej działalności. Organizowanie wydarzeń artystycznych traktujemy jako aktywność dodatkową.  Filmów szukam głównie za pomocą portalu dla profesjonalistów Festival Scope Pro. Śledzę też festiwale filmowe w Izraelu. Zwykle chcę obejrzeć dany film, poznać jego twórcę, porozmawiać, aby potem zamieszczać w piśmie szkice i wywiady. W zeszłym roku postanowiłem po prostu, że zapytam kilku zaprzyjaźnionych z nami artystów, czy udostępnią swoje filmy. Od 2019 roku kieruję się zasadą organizowania retrospektyw, bo Poznań nie ma takich wydarzeń stricte filmowych jak nasze – trzeba więc „nadganiać” i wypełniać tę festiwalową lukę.

 

BK: Przypomnijmy nazwiska twórców, które przewinęły się już podczas poprzednich edycji.

Nina Paley

MS.B: W zeszłym roku skupiliśmy się na retrospektywach dokumentalistów Tomera Heymanna i Orena Rosenfelda – tego drugiego gościliśmy zresztą w Poznaniu. Chciałem też zaprezentować dorobek Rosenfelda jako producenta – stąd obecność w programie „Jednego dnia w Gazie” Olly’ego Lamberta. Jak widać – nie unikamy trudnych tematów politycznych. Przedstawiliśmy także pełną retrospektywę Niny Paley, ale pokazy jej filmów odbyły się w siedzibie naszego stowarzyszenia dla bardzo ograniczonej widowni, więc uznałem, że powrócimy do niej w tym roku.

 

BK: Niny Paley poszerza symbolikę religijną judaizmu o, tradycyjnie ignorowany, aspekt kobiecy. Jej filmy wpisują się w polskie protesty kobiet ostatnich tygodni.

MS.B: Paley te protesty muszą być niezwykle bliskie – zwłaszcza że kilka miesięcy temu zamieszczała w sieci niezwykle zabawne, upersonifikowane, animowane waginy, ogrywając rytm cyklu miesiączkowego.

 

W animacjach zajmuje się tematyką tożsamości i seksualności kobiet, grając z kliszami seksistowskich wyobrażeń.

Animacje zaczęła robić pod koniec lat 90. Pamiętam, jak poruszył mnie „Rak”, w którym wykorzystała kopię starego filmu porno na taśmie 35mm, ręcznie malując na niej obrazy. Chociaż, jak twierdziła, było to tylko tworzywo do pracy, a treść nie miała znaczenia – ten gest namalowania własnej historii na tle stworzonej przez mężczyzn wulgarnej erotyki wydał mi się niezwykle symboliczny.

 

BK: Swoje scenariusze artystka opiera na księgach religijnych różnych kultur, przeciwstawiając motywom patriarchalnym te związane z postaciami żeńskich bogiń.

N. Paley, "Sita śpiewa bluesa"

MS.B: Z narracjami mitologicznymi Paley zmierzyła się po raz pierwszy w 2000 roku w „Pandoramie”. Na początku podaje cytat z Genesis – rozmowę węża z kobietą o owocu poznania dobra i zła. Po „spróbowaniu” kobieta odkrywa świat – tańcząc ze światłem w ręce. Religijne zakazy animatorka pokazuje jako mechanizm społecznej kontroli – a zwłaszcza nadzorowania i ograniczania wolności kobiet.

 

„Sita śpiewa bluesa” powstała, gdy artystka zdała sobie sprawę z osobliwości „Ramajany” – nazywając ją największą historią rozstania w dziejach. Czy Rama był takim wspaniałym bohaterem, jak mówi pismo?

A co z cierpieniem, któremu bezlitośnie poddawał Sitę? Dekonstrukcja tych narracji, oryginalnie wytworzonych z męskiego punktu widzenia, była zdaniem Paley niezbędna. Cóż – chyba udało jej się dotknąć czułego męskiego podbrzusza, bo usłyszała potem, że współpracujący z nią Hindusi to „samonienawidzący się Hindusi”, a ją samą krytycy uznali za chrześcijankę, która wściubia nos w nie swoją kulturę i zasugerowali, by zajęła się własną religią.

 

BK: I spożytkowała to przy kolejnej autorskiej animacji.

N. Paley, "Sita śpiewa bluesa"

MS.B: Paley przypomniała sobie, że przecież zna pojęcie „samonienawidzącego się Żyda”, dlaczego więc nie zająć się Exodusem i nie spojrzeć wnikliwiej na święto Paschy? Zastanowił ją krwawy, makabryczny wymiar wydarzeń wspominanych podczas wieczoru sederowego. Plagi egipskie, śmierć pierworodnych – w sumie to brzmi jak epicki horror. Paley przypomniała, jakie zapomniane symbole religijne związane są z wydarzeniami opisanymi w Exodusie.

 

Choć to męski, psychotyczny bóg brutalnie torturuje Egipcjan, pogrąża się z lubością w dzieciobójstwie, by wreszcie wyprowadzić z ich krainy Izraelitów, Paley czytając Torę, czuła obecność bogini, skrywającej się między wersami.

Zdecydowała się więc ją odszukać, sięgając głębiej w starożytność. Oglądając „Seder masochizm”, możemy prześledzić historyczny proces, w trakcie którego Izraelczycy porzucili politeizm na rzecz monoteistycznego kultu boga Jahwe – po drodze zacierając ślady po bogini Aszerze.

 

BK: Autorka filmów eksperymentuje wciąż z różnymi technikami animacyjnymi.

MS.B: W przeszłości Paley używała animacji plastelinowej, czy malowała bezpośrednio na taśmie filmowej. Obecnie używa prawie wyłącznie animacji komputerowej – głównie z przyczyn pragmatycznych. Trudno byłoby jednak wskazać, by z jej perspektywy dokonał się na tym polu rozwój. Choć „Sitę, co śpiewa bluesa” i „Seder masochizm” dzieli dekada, to animatorka musiała odgrzebać swój stary komputer, bo tylko na nim działał program, którym posługiwała się przy swoim debiucie pełnometrażowym.

Zabiegi techniczne naturalnie wynikają u Paley z tematu – z kręgu kulturowego, do którego odnosi się w filmie.

 

N. Paley, "SEDER-MASOCHISM"

Wszyscy, którzy obejrzą „Seder masochizm” zapamiętają niesamowitą sekwencję „Chad gadya”, w której Paley użyła animacji poklatkowej i haftu.

Na kwadracie materiału torebki na mace wyszyła różne obiekty i je animowała – powtarzając gest kobiet haftujących macn-tasze.

Z kolei w przypadku „Sity…” pamięta się pewnie elementy przetworzonego teatru cieni.

 

BK: Ważną rolę w animacjach Niny Paley odgrywa muzyka, zestawienie obrazów i warstwy dźwiękowej ma często charakter groteskowy.  

MS.B: Paley korzysta z piosenek popularnych o długiej historii. Wybiera teksty, z pomocą których może skomentować akcję dramatyczną, ale w innym niż pierwotnie kontekście, szyderczo obnażając ich oryginalne znaczenia, obecne w nich tezy. Na przykład „Seder masochizm” zamyka szlagier „This land is mine” Pata Boone’a, napisany w oparciu o muzykę do filmu „Exodus”. To jeden z najbardziej epickich filmów syjonistycznych, a przy tym kino zgoła antyarabskie, więc dziś już trochę problematyczne. Paley ilustruje z pomocą tego utworu mechanizm działania konfliktu na Bliskim Wschodzie. Zmieniają się epoki, dekoracje i narzędzia zbrodni – a jednak wciąż giną kolejne nacje.

Czasem z pomocą piosenek artystka podkreśla też emocje bohaterek i bohaterów.

 

W „Sita śpiewa bluesa” czerpała z dorobku Annette Hanshaw, bo ogromny smutek śpiewanych przez nią utworów wydawał się autorce filmu doskonale korespondować z cierpieniem Sity.

 

„Who are you”, reż. Veronica Nicole Tetelbaum, Izrael 2012

BK: Satyra Niny Paley wydaje się być wymierzona nie tyle w samą religię, ile w porządek społeczny. Chociaż jest nieco obrazoburcza, jej wizja kobiecości nie wydaje mi się wyzywająca.

MS.B: W przeszłości Paley bywała dość agresywna i przekraczała granice dobrego smaku. Lubiła przeszarżować, ale łagodziła to poczuciem humoru. To bardzo sympatyczna i pozbawiona agresji osoba, a że w twórczości dużo czerpie z własnych doświadczeń i biografii – trudno by było, aby swoje heroiny obdarzała w animacjach pierwiastkiem agresji.

 

W tych filmach agresywnie wypadają raczej mężczyźni. Och, jacy są szybcy w podejmowaniu decyzji o zadaniu innym cierpienia, o użyciu przemocy. Może to jednak kwestia tekstów mitologicznych, w których musieli być bardzo macho i efekciarsko mordować – nie wiem.

W „Seder masochizmie” Paley umieściła nagranie rozmowy z jej ojcem, którego po latach przedstawiła jako Jahwe. A jednak to bardzo zagubiony i zakłopotany bóg. Patriarcha, który stare żydowskie tradycje traktował z dużą dozą obojętności i nie umie wyjaśnić swoich decyzji z przeszłości. Nie potrafi się też odnaleźć w nowej rzeczywistości. Czy to jednak uniwersalna figura zagubionego mężczyzny?

 

BK: Mamy też w tym roku inny głos kobiecy.

„Every Day”, reż. Veronica Nicole Tetelbaum, Izrael 2015

MS.B: Bardzo ważnym pokazem tegorocznej edycji jest retrospektywa krótkometrażowych filmów izraelskiej artystki Veroniki Nicole Tetelbaum. To reżyserka, która podejmuje kwestię orientacji lesbijskiej. Jej dzieła są bardzo poetyckie, niejednoznaczne, czasem wręcz trudne do zrozumienia. Oglądając filmy Tetelbaum, możemy prześledzić jej drogę od jeszcze dość typowych dla młodych twórców i twórczyń etiud jak „Wschód słońca” po bardzo dojrzałe obrazy („Dzień codzienny i „Wyznanie”), w których eksperymentuje z narracją, zacierając relacje czasoprzestrzenne..

Obecnie Tetelbaum pracuje nad swoim debiutem pełnometrażowym, a my cieszymy się, że możemy zaprezentować jego „trailer” – dwudziestominutową etiudę „Domy”.

 

BK: Zobaczymy też adaptacje prozy popularnego pisarza izraelskiego Etgara Kereta.

MS.B: Etgara Kereta zwykło się odbierać jako autora piszącego wciągające szorty na bardzo uniwersalne tematy. A tymczasem źródłem jego twórczości jest traumatyczne doświadczenie obowiązkowej służby wojskowej. W jej trakcie samobójstwo popełnił jeden z jego przyjaciół – a Keret przez resztę czasu był zmuszony przebywać i pracować w piwnicy, w której miało to miejsce. Żeby nie oszaleć i nie zrobić sobie krzywdy – zaczął wymyślać historie i je spisywać. Myślę, że dlatego przybrały one tak skondensowaną formę – niczym eksplozje zwariowanych pomysłów, mocno zaskakujących czytelnika. Gdy sięgam po tę „lekką” literaturę, często myślę o cierpieniu, które się za nią kryje.

 

Etgar Keret, Parallel Universes "Still"

Kilka lat temu zajmując się badaniem izraelskich animatorów z diaspory, odkryłem krótkometrażowe adaptacje Kereta i nawiązałem kontakty z ich autorami. W bloku ekranizacji chciałem pokazać różne twarze pisarza.

Skoro twierdzi się, że opowiada o uniwersalnych doświadczeniach każdego człowieka – to do pokazu trafił „Nowy człowiek” Hughesa Williama Thompsona, w którym widzimy, jak bohater nietypowo poradził sobie z pustką po rozpadzie związku. Jeśli jednak zwrócimy uwagę na „izraelskość” Kereta – to trudno byłoby nie pokazać „Syreny”. Jonah Bleicher subtelnie dotyka w niej kwestii tego, jak Izraelczycy upamiętniają i wspominają Shoah. W końcu nadarzyła się też okazja, bym mógł się podzielić swoją fascynacją twórczością Tatii Rosenthal.

A co do obowiązkowej służby wojskowej – dla wielu przyszłych animatorów, reżyserów, artystów było to trudne doświadczenie i potem decydowali się na emigrację z Izraela. Czasem, gdy poznaję twórców mieszkających poza Izraelem, jako powód wyjazdu podają właśnie wojsko.

Informacja o przeglądzie filmów: tutaj

 

Marek S. Bochniarz – ur. 1987. Badacz, popularyzator kina i niezależny dziennikarz kulturalny. Wiceprezes Stowarzyszenia Miasteczka Poznań. Kurator corocznego Przeglądu o Tematyce Żydowskiej w Poznaniu. Organizator wielu konferencji naukowych i wydarzeń kulturalnych w Poznaniu. Publikował w takich mediach, jak „KINO”, „Gazeta Wyborcza”, „Midrasz”, portal Filmweb.pl, „Opcje”, „Art Luk”, „Nowa Orgia Myśli”, „Fragile”, „Fabularie”, „artPAPIER”, „Maska” czy „Torii”.