fot. Anna Farman

Fotografia to pasja i prawda

Rozmowa z braćmi Dawidem i Waldkiem Stube – o fotografii, która jest ich pasją i sposobem na życie, o społecznych projektach, które przynoszą dobro i konkursach fotograficznych dających motywację.

KAMILA KASPRZAK-BARTKOWIAK: Kiedy po raz pierwszy w życiu przyjrzeliście się bliżej aparatowi fotograficznemu, czyli zainteresowaliście fotografią i czy była to miłość od pierwszego „pstryknięcia”?

WALDEK STUBE: Po raz pierwszy trzymaliśmy aparaty w ręce na weselu naszego brata Jarka w 1993 roku. Choć trzeba podkreślić, że był to kontakt mało świadomy. Starszy brat brał ślub i załatwił nam aparaty Smiena z lampą błyskową, którą trzeba było podłączyć do prądu przed każdym zdjęciem, bo nie mieliśmy żadnego przenośnego zasilania. Założył nam 36-klatkowy film i powiedział, żebyśmy „cykali” fotki. Pamiętam to wesele i ogromne zaangażowanie moje i Dawida.

Oczywiście nie przeszliśmy żadnego szkolenia, więc takie pojęcia jak przysłona czy czas to była dla nas czarna magia. Jednak z relacji gości wyglądało to tak, że kto chciał zdjęcie, to nas wołał, a my natychmiast się zjawialiśmy.

Po latach śmiejemy się, że byliśmy prekursorami fotografii cyfrowej, bo na jednym filmie zrobiliśmy tysiące zdjęć. Oczywiście nic z tego nie wyszło, ale to był pierwszy kontakt z aparatem. Potem, już w okresie studiów, kolega namówił mnie, żebym pisał do gazety studenckiej i przy okazji robił zdjęcia. Aparatu swojego nie miałem, ale pożyczałem z uczelni.

W końcu na czwartym roku studiów wyjechałem do Anglii na okres wakacji. Tam pracowałem między innymi w szpitalu i każdego dnia, jak szedłem do pracy, to po drodze mijałem sklep fotograficzny, gdzie na wystawie stał Nikon d50. Co kilka dni zatrzymywałem się i oglądałem go. Potem sobie powiedziałem: „Muszę go mieć”. Gdy wróciłem do Polski, kupiłem swój pierwszy aparat. Wszyscy dookoła pytali „Po co ci taki drogi aparat?”, a ja im odpowiadałem, że to było moje marzenie i chciałem go mieć. To dzięki niemu dostałem pierwsze zlecenie.

DAWID STUBE: Chciałbym dodać, że wtedy na tym weselu brata Waldek miał 11 lat, a ja 7. Nietrudno się domyślić, że zdjęcia nam nie wyszły, bo przez całą imprezę robiliśmy je na jednej kliszy. Proszę mi wierzyć, że pamiętam, jak robiłem te zdjęcia, do których ustawiali się członkowie rodziny.

Później dostałem kolejne zlecenie, choć trudno powiedzieć, że z polecenia. Tym razem zaufała mi siostra Beata, której również robiłem fotografie na weselu, ale byłem już w gimnazjum. Zdjęcia wykonywałem swoim aparatem, na który sam zapracowałem, sprzedając lokalną gazetę w mieście. Tym razem zdjęcia wyszły, więc siostra ma album.

Następnie w liceum prowadziłem gazetkę szkolną, w której poza zdjęciami robiłem wywiady z gwiazdami, a w okresie maturalnym założyłem fotobloga i już wtedy nazwałem go Fotostube. Podczas studiów także prowadziłem uczelnianą gazetkę.

Dawid Stube

Dawid Stube, fot. archiwum prywatne

 

W jakiej tradycji rodzinnej czy lokalnej wzrastaliście, jeśli chodzi o stosunek do światłoczułych obrazów?

DS: W naszej rodzinie ważnym tematem były zawsze fotografie rodzinne. Rodzice tworzyli każdemu album z dzieciństwa, więc liczyło się podejście do zdjęć jako pamiątki.

Wspaniale, że mamy te albumy. To jest właśnie magia fotografii, by zobaczyć te momenty, jak było kiedyś.

Moje początki z fotografią przypadły także na lata szkoły podstawowej, kiedy zacząłem zbierać autografy, które zresztą zbieram do dziś. Robiłem zdjęcia podczas koncertu, a później także wspólne z muzykami.

WS: Można powiedzieć, że o fotografie dbała mama. Nie wiem, jakim cudem jej się to udało, ale każdemu z nas, a jest nas w sumie pięcioro rodzeństwa, przygotowała album, w którym zawiera się historia naszego życia. Jest to o tyle zaskakujące, że w naszym domu przez długi czas nie było aparatu, a zdjęcia się jakoś zrobiły. To są zdjęcia pstryknięte przez jednego czy drugiego wujka – albo tego, który przyjechał z USA, i wtedy zdjęcia są kolorowe.

Mamy też kilka fotografii wykonanych u zawodowego fotografa. Jednak jeśli chodzi o samo fotografowanie, to raczej przed nami nikt się tym nie zajmował.

Waldek Stube

Waldek Stube, fot. Maciek Zygmunt


Dziś piszecie na swojej stronie internetowej, że „fotografujecie naprawdę”, a poza tym powołaliście do życia wspólną firmę o nazwie Fotostube. Czego szukacie w fotografii?

DS: W fotografii poszukuję przede wszystkim prawdy i naturalności. Osobiście nie lubię zdjęć w stylu glamour, bo uważam, że to przeważnie produkcja Photoshopa. Natura jest zawsze najpiękniejsza.

 

Fotografia jest innym sposobem myślenia, może takim wehikułem, w którym można podróżować i pokazywać prawdę o naszym życiu oraz zdobywać niezwykłe doświadczenia. Myślę, że ważną cechą fotografa oprócz odwagi jest także wiarygodność.

Czarna skrzynka, którą nosimy, jest tylko narzędziem, ale to od fotografa zależy, ile jest prawdy w tym, co pokazujemy światu. Dobra fotografia potrafi mnie wzruszyć.

 

WS: Aż trudno uwierzyć, że Fotostube to już prawie 12 lat. Pamiętam, jak trudne były początki, bo tak naprawdę zaczynaliśmy od zera. Nikt nas nie znał, nie mieliśmy też dużego doświadczenia.

Czego szukamy w fotografii? Naszą fotografię można podzielić z jednej strony na fotografię komercyjną, gdzie staramy się dokumentować różne wydarzenia dla ludzi, którzy mają ważne chwile w swoim życiu i chcą je uwiecznić, więc zależy nam, by do tych zdjęć wracali z przyjemnością. Natomiast z drugiej strony szukamy ciekawych historii i niezwykłych ludzi, których staramy się pokazać.

W tych poszukiwaniach ciekawych historii i ludzi wasze zainteresowania zdają się przenikać. Ciągnie was do reportażu, ale też ludzkich portretów. Inspirujecie się nawzajem?

WS: Faktycznie – gdzieś tam działamy na wspólnym polu, choćby we wspomnianych przez ciebie reportażach czy portretach, i staramy się wzajemnie inspirować. Bardzo często też wymieniamy poglądy na dany temat albo analizujemy swoje zdjęcia i poddajemy je konstruktywnej krytyce.

Jeśli mówimy o inspiracjach, to szukam ich w wielu dziedzinach. Uprawiając taki zawód, trzeba cały czas dodawać sobie bodźców, które pobudzają i wskutek których kreatywność jest w pełni gotowości.

Waldek Stub

Waldek Stube przy pracy, fot. Maciek Zygmunt

Każdy powinien znaleźć sobie coś takiego – na pewno mamy z Dawidem kilka wspólnych. Oglądamy dużo filmów. Na przykład przed Oscarami staramy się zobaczyć wszystkie nominowane obrazy, a potem o nich dyskutujemy. Nieraz też, wchodząc do studia, pada pytanie „Widziałeś coś wczoraj?”. Oprócz tego słuchamy dużo muzyki i chodzimy na koncerty. Uwielbiamy to.

DS: Jesteśmy braćmi, więc mamy podobną wrażliwość, ale myślę, że czasami ona się wyraźnie różni, dzięki czemu możemy rozmawiać o fotografii w różnych aspektach. Jednak wspaniałe jest to, że wspieramy się na każdym kroku. Jesteśmy na pewno dla siebie wsparciem, co jest bardzo ważne.

 

Według jakiego klucza dobieracie bohaterów swoich prac i wydarzenia, które chcecie zatrzymać?

DS: Myślę, że jeśli fotograf wybiera temat do swojego projektu, to najpierw musi być nim autentycznie zainteresowany, czyli musi go ciekawić, a potem ważne jest, żeby wiedział, po co to robi i jaki ma w tym cel.

Myśląc na przykład o moim najważniejszym dotąd projekcie „Zespół Kociego Krzyku” – wiedziałem, że chcę pokazać, jak trudna, ale piękna zarazem jest komunikacja pomiędzy mamą a jej synem doświadczonym rzadką chorobą. Podczas tworzenia tego projektu, który trwał cztery lata, wyłaniał mi się obraz niesamowitej pielęgnacji miłości. Obserwowałem ich przez okres czterech lat w domu, na wakacjach czy podczas spotkań rodzinnych. Myślę, że po pewnym czasie stałem się cieniem, co spowodowało, że powstałe zdjęcia są naturalne i prawdziwe, a nie ma pozowanych.

 

Kiedy poznałem mamę i Igora, to pierwsza moja myśl była taka, że Igora nie wszyscy rozumieją, bo jest inny niż wszyscy, ale mimo to jego mama rozumie go doskonale. Głównie dlatego, że bardzo chce go zrozumieć. Wtedy stwierdziłem, że chcę pokazać ich więź, komunikację i emocje, które powstają między nimi.

 

Myślę, że tak naprawdę to od nas zależy, czy chcemy kogoś zrozumieć. Wszystko sprowadza się do kwestii słuchania drugiego człowieka. Wtedy możemy kogoś usłyszeć naprawdę, poczuć jego emocje i jego odczucia.

Ten projekt jest dla mnie najważniejszy pod wieloma względami, nie tylko dlatego, że zdobył nagrody – pierwszą nagrodę Grand Press Photo czy Wielkopolska Press Photo. Ważne jest to, co ludzie mi mówią, że inaczej postrzegają niepełnosprawnych, że bardziej rozumieją, że ktoś może być inny.

Cieszę się właśnie, że z tym projektem miałem kilka wystaw, pojawił się też na festiwalach fotografii. Ostatnio, gdy miałem wystawę i spotkanie autorskie na Foto Art Festival w Bielsko-Białej, jedna kobieta po spotkaniu podeszła do mnie i powiedziała, że moje słowa oraz ten projekt zainspirowały ją do tego, by pomagać ludziom – i to jest piękne działanie fotografii. Mnie ten projekt też wiele nauczył, choćby tego, co mówi mama Igora, że „Życie nie zawsze musi być doskonałe”.

A w jaki sposób zdobyć relację z drugą osobą? Przede wszystkim trzeba kochać ludzi, bo człowiekowi, który nie lubi ludzi, będzie ciężko zrobić coś dobrego w fotografii innych.

WS: Z naszymi bohaterami jest bardzo różnie. W moim przypadku można powiedzieć, że ci bohaterowie przychodzili ostatnio do mnie sami. Ode mnie tylko zależało, czy coś w nich dostrzegam i czy to odkryję.

Tak było na przykład z ostatnim zdjęciem, za które otrzymałem I nagrodę Grand Press Photo w kategorii Portret. Otóż wyglądało to tak, że nasza sesja była nagrodą w jednej z placówek, która opiekuje się osobami niepełnosprawnymi intelektualnie.

Waldek Stube

Fot. Waldek Stube

Sesja ta trafiła do sióstr Anieli i Zofii z Domu w Łopiennie. Wychowawczyni sióstr zadzwoniła do mnie i umówiła się na sesję. Powiedziała mi tylko, że przyjadą dwie siostry. Siedziałem w studiu, czekając na sesję z myślą, że przyjadą dziewczyny w szkolnym wieku, a tu nagle do studia wchodzą: pani Zofia lat 70 i pani Aniela lat 67.

Moja pierwsza myśl: „Łał, to będzie coś”. Mam naturę dość ciekawską, więc zanim zacząłem robić zdjęcia, to trochę rozmawialiśmy. Jak się okazało, że od 1956 roku mieszkają w domu prowadzonym przez siostry zakonne w Łopiennie, to już wiedziałem, że mam w studiu dwie niezwykłe osoby, które całe życie spędziły razem. Ich opiekunowie podkreślają, że nie ma Anieli bez Zofii – i odwrotnie.

 

W waszych konkursowych czy reportażowych obrazach widzę jednak pewną empatyczną przeciwwagę dla komercyjnej działalności, jaką jest niewątpliwie studio i agencja Fotostube…

DS: Na życie zarabiamy działaniem komercyjnym. Oprócz takiej fotografii robimy projekty dla siebie, które są dla nas ważne lub nas wzruszają. Tak jak wspomniany przeze mnie „Zespół Kociego Krzyku” czy ostatnio wykonane portrety ludzi bezdomnych w projekcie „Gdzie jest ich Dom?”, podczas którego wysłuchałem historii, w jaki sposób stracili miejsce swego życia i do dziś słyszę te opowieści.

 

Aby oceniać ludzi, najpierw trzeba spróbować poznać ich historie. Fotografia może być w tym niezwykle użyteczna i pomocna.

Jak zrobiłem „Zespół Kociego Krzyku”, to po zobaczeniu zdjęć znajoma stwierdziła, że za mało docenia swoje życie, bo przejmowała się bałaganem w domu.

Poza tym kiedyś wykonywałem też zdjęcia dziewczynki chorej na raka mózgu i moje fotografie były publikowane w różnych miejscach z prośbą o zbiórkę na operację. Smutny temat. Takie projekty, o których opowiedziałem, wykonuje się bezpłatnie, po prostu dla dobra.

WS: Wynika to chyba z tego, że to najczęściej autentyczne historie, które nas osobiście poruszają. Kiedy fotografowałem więźniów z Zakładu Karnego w Gębarzewie i jeździłem tam dwa razy w tygodniu przez dwa miesiące, to trochę poznałem ich historie. Bohaterowie moich zdjęć mieli poczucie, że jedynie chcę opowiadać o nich, a nie brutalnie ingerować w ich życie. W tych historiach zależy nam na autentyczności.

Waldek Stube

Zakład Karny w Gębarzewie, Fot. Waldek Stube

 

Co jest największym wyzwaniem przy jednoczesnym „życiu z…” i „pokazywaniu życia na…” fotografii?

WS: Kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę, postanowiliśmy, że będzie to również nasz sposób na życie. To może zabrzmi banalnie, ale tak w istocie jest, że w naszym przypadku dzięki tej pasji zarabiamy na życie.

Z jednej strony to jest super, choć oczywiście można się zatracić. Z drugiej – przy takiej działalności to nie tylko fotografowanie, ale szereg obowiązków, które trzeba spełnić. To cała otoczka z prowadzeniem działalności – trzeba zadbać o marketing, płatności czy zarobić na koszty.

Sam proces tworzenia to nie tylko pstryknięcie zdjęcia, bo trzeba też przygotować się do sesji, wykonać ją oraz poświęcić czas na obróbkę. Śmieję się czasem, że jestem fotografem, ale nie mam czasu robić zdjęć.

Na pewno ten zawód potrzebuje dużo zrozumienia od bliskich. Nie zawsze nasz czas pracy jest normowany. Moja żona przekonała się o tym najbardziej. Dziękuję jej za cierpliwość i za to, że uwierzyła we mnie, kiedy zaczynałem swoją przygodę z fotografią. Nie chcę już rozwijać wątku, ale ja wcześniej pracowałem, sprzedając kredyty. Porzuciłem tę pracę i zacząłem przygodę z fotografią na poważnie. Miałem wtedy od żony bardzo duże wsparcie.

Niejednokrotnie jechałem na niezaplanowane wcześniej zdjęcia albo robiłem jakąś sesję w zupełnie innej godzinie, niż miałem, bo akurat światło było najlepsze. Innym razem znów deszcz krzyżował plany. Domyślam się, że życie z fotografem nie jest łatwe.

DS: Największe wyzwanie? Hm. Zawsze ubolewam, że mam zbyt mało czasu na dodatkowe projekty społeczne, więc wyzwaniem każdego dnia jest to, żeby to pogodzić. Natomiast kolejnymi są na pewno rozmowy z ludźmi, których próbuję przekonać do zdjęć, choć osobiście bardzo to lubię.

 

Jedna z gnieźnieńskich wybitnych fotografek twierdzi, że robienie zdjęć jest dla niej zawsze pasją, bo gdyby miała z tego żyć, to szybko przestałoby jej to sprawiać przyjemność. Nie boicie się wypalenia zawodowego?

DS: To trudny temat. Tak, zawsze może się pojawić. Ważne, aby nie mieć rutyny, dlatego nie zajmujemy się jednym tematem. Gdybyśmy wykonywali na przykład tylko fotografie ślubne, to myślę, że za pewien czas rutyna by nas zabiła. Dlatego zajmuję się również fotografią prasową czy fotografią teatralną albo wykonuję sesje rodzinne. Cieszy mnie, że mogę w różnych formach realizować swoją pasję i jednocześnie się z niej się utrzymać. To jest chyba wielkie szczęście.

 
Dawid Stube

Fot. Dawid Stube

WS: Oczywiście w każdym zawodzie czyha takie niebezpieczeństwo. Nam też zdarza się czas, kiedy czujemy, że trzeba nabrać dystansu i poszukać innego spojrzenia. Dlatego dbamy o swój rozwój. Nie ma roku, żebyśmy nie jechali na jakieś warsztaty, konferencje czy wystawy, żeby się dalej rozwijać. Czasem są to festiwale filmowe, które są niezwykle inspirujące. Kiedyś ktoś mi powiedział, żebym pamiętał, że jak się nie rozwijam, to nie stoję w miejscu, ale niestety się cofam.

Na pewno pomaga nam to również, że zajmujemy się różną fotografią, co pozwala złapać dystans. Sam prowadzę od kilku lat audycję fotograficzną w Radiu Plus Gniezno, a od zeszłego roku uczę fotografii w technikum fotograficznym. To wszystko jakoś nas napędza i jest ucieczką przed wypaleniem.

 

Czym są dla was konkursy fotograficzne, jak na przykład Wielkopolska Press Photo, w których dość często startujecie i odnosicie sukcesy?

WS: Współczesny świat fotografii trochę się zmienił. Jest coraz mniej miejsc, w których można publikować dobre zdjęcia. Gazety w zasadzie nie mają swoich fotografów. W lokalnych portalach zdjęcia robią dziennikarze, bo główną zasadą jest ilość, a nie jakość – ludzie mają klikać, a nie zachwycać się kadrami.

Natomiast konkursy to takie miejsca, w których jeszcze fotografia reportażowa i dokumentalna jest doceniana. Dla mnie to również duża motywacja do pracy. Kiedy jakieś zdjęcie zostanie dostrzeżone i pozytywnie ocenione przez ludzi z branży, to na pewno jest to zastrzyk pozytywnej energii.

DS: Potwierdzam, że konkursy mają siłę w tym, że motywują do dalszej pracy. Często powtarzam, że jedno jest pewne – zawsze warto próbować.

Jak pisałem pracę magisterską z fotografii prasowej, to wspominałem w niej między innymi o konkursach i wtedy też sobie założyłem, że Grand Press Photo to jest moje marzenie. Spełniłem je w 2018 roku. Namawiam do tego, żeby mieć marzenia, bo wtedy jest jakoś lepiej. Jednak oprócz posiadania listy marzeń, trzeba robić wszystko, żeby je spełniać. Polecam!

 

A jak to jest z tymi najlepszymi zdjęciami? Zrobiliście już takie czy może one ciągle przed wami?

DS: Myślę, że fotograf nie może zbytnio się przywiązywać do swojej fotografii. Ja cały czas czekam za tym najlepszym zdjęciem – i to jest znakomite w fotografii.

Może opowiem o dwóch zdjęciach. Gdy pracowałem jako fotoreporter w prasie, to wykonałem zdjęcie pokazujące oddział porodowy w gnieźnieńskim szpitalu, w którym panują trudne warunki odwiedzin i brak komfortu. Po publikacji otrzymałem dużo wiadomości od kobiet, że w końcu ktoś zajął się tematem. To była fotografia, która stała się ważnym tematem społecznej dyskusji.

Dawid Stube

Porodówka, fot. Dawid Stube

Jednak bywają takie sytuacje, że fotografia powstaje niespodziewanie, choć jak zaczynałem fotografować, to często słyszałem od ludzi, że jeśli chcesz coś osiągnąć, to musisz gdzieś daleko wyjechać i tam fotografować. Nie jest to prawda, bo gdy pierwszy raz znalazłem się w finale Grand Press Photo, to dostrzeżono zdjęcie, które wykonałem w domu rodzinnym.

Nigdy więc nie wiadomo, na co trafisz. Ważne, aby czujnie obserwować świat, który nas otacza.

WS: Zdecydowanie liczę na to, że najlepsze zdjęcia jeszcze przede mną, bo inaczej chyba bym już odłożył aparat.

Mam w swoim zestawie kilka fotografii, które są dla mnie bardzo ważne, w tym wspomniany portret sióstr. To zdjęcie było dużym impulsem pozytywnej energii dla całego Domu z Łopienna. Wiąże się z tym akcja „Drugie skrzydło”. Stowarzyszenie Uśmiech Nadziei i siostry prowadzące Dom w Łopiennie, żeby polepszyć jakość życia mieszkańcom domu nazywanych przez nich aniołami, zaczęli budowę drugiego skrzydła budynku, w którym będzie miejsce na rehabilitację. Fotografia sióstr zrobiła tyle pozytywnego szumu, że akcja nabrała tempa. Dzięki temu zainteresowały się telewizje czy Fundacja Santander i już w tym roku udało się postawić stan surowy.

To było dla mnie niezwykłe, że mogłem jakąś małą cegiełkę dołożyć właśnie poprzez fotografię. Dzięki temu też poznałem wielu niezwykłych ludzi, którzy dają wiarę, że ten świat może być lepszy, tylko czasem musimy się zatrzymać, rozejrzeć i zrobić coś dobrego.

Waldek Stube

Fot. Waldek Stube

Zawsze będę z łezką w oku wspominał zdjęcia dla Fundacji Mam Marzenie, kiedy dokumentowałem spełnianie marzeń dzieciaków, które walczą każdego dnia, by pokonać chorobę.

To było coś niezwykłego. Na kilka chwil odrywali się od codzienności. Tak było choćby podczas marzenia jednego chłopca z Gniezna, który chciał spotkać się z Adamem Kornackim z TVN Turbo. Przyjechaliśmy na totalnym zaskoczeniu do jego domu. Jak zobaczył dziennikarza, to był w ogromnej euforii. Spędził z nim cały dzień. O programach Adama Kornackiego wiedział wszystko i zaskakiwał wiadomościami samego dziennikarza. To było niezwykłe spotkanie. Niestety tego chłopaka nie ma już z nami.

 

Poza tym trudno nie odmówić wam aktywności w lokalnej kulturze. Dawidzie, wystawa twoich zdjęć z gnieźnieńskich spektakli pt. „Teatr” inaugurowała obecny sezon kulturalny w Miejskim Ośrodku Kultury. Ty zaś, Waldku, jesienią zaangażowałeś się w akcję grupy Fotograficzny Młyn, przybliżającą gnieźnianom światłoczułą sztukę. Dlaczego to dla was ważne?

DS: Moja ostatnia wystawa pod tytułem „Teatr” to fotografie ze spektakli Teatru Fredry, z którym współpracuję. Tak, bardzo uwielbiam tę fotografię. Ona mnie już ciekawiła, jak chodziłem do szkoły. Wystawy mają to do siebie, że możemy pokazać ludziom nasze prace i zobaczyć reakcje, poznać opinie czy porozmawiać.

WS: Jesteśmy otwarci na różne przedsięwzięcia. Może teraz nie zawsze czas nam pozwala, żeby we wszystko się angażować, ale ciekawe inicjatywy staramy się pozytywnie rozpatrywać. To jest również inspirujące, kiedy możemy fotografować wydarzenia organizowane przez ludzi, którzy działają z pasją.

 

Jakie znaczenie ma w tym wszystkim sprzęt, czyli: na czym pracowaliście, pracujecie i dlaczego?

WS: Sprzęt to tylko narzędzie. Kiedy zaczynaliśmy fotografować, to chcieliśmy mieć wszystko najnowsze – najchętniej byśmy cały czas wymieniali sprzęt. To się zmieniło.

Przede wszystkim musimy mieć zawsze przy sobie – wykonując zlecenie – dwa pewne aparaty i obiektywy, które są dla nas ważne. Jest to też chłodna kalkulacja, czyli sprzęt w naszym wypadku musi również na siebie zarobić. Bywa, że gdy ktoś mnie pyta, jaki mam aparat, to z uśmiechem odpowiadam, że czarny.

Waldek Stube

Waldek Stube przy pracy, fot. Maciek Zygmunt

DS: Faktycznie, jak wchodziliśmy w fotografię, to sprzęt i wszelkie nowinki były tym, co bardzo nas jarało. Gdy chodziłem na spotkania z fotografami i słyszałem, że sprzęt nie jest taki istotny, to myślałem, że to takie przechwalanie się. Dziś sam mogę to powiedzieć, że bardziej od sprzętu liczy się oko, kadr czy wrażliwość fotografa.

Tak, sprzęt ułatwia pracę po produkcji czy podczas wykonywania zdjęć ślubnych, gdy liczy się szybkość czy czułość matrycy, ale nie jest czymś najważniejszym w tworzeniu fotografii.

 

A czy istnieją mistrzowie obiektywu, których podziwiacie lub darzycie szczególnym szacunkiem?

WS: Oczywiście jest ich sporo. Uwielbiam portrety Petera Lindbergha, lubię patrzeć na kompozycję i grę kolorami Alexa Webba, podziwiam za bezkompromisowość Helmuta Newtona, niezwykły dla mnie jest sposób dokumentowania Sebastiana Salgado. Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać.

DS: Tak, moja lista też jest długa. Jednak jeśli miałbym wymienić kilku, to wiadomo – od początku historii fotografii Cartier-Bresson, fotografowie z Agencji Magnum, a teraz także fotografowie z Agencji 7. Natomiast z Polski moimi mistrzami są Tomasz Tomaszewski i Tadeusz Rolke, a w fotografii teatralnej Magda Hueckel.

 

Najbliższe plany braci Stube to…

DS: Aktualnie zbliżamy się do końca sezonu weselnego. W okresie zimy rozpocznę nowy projekt. A w grudniu jadę do Warszawy, bo znalazłem się wśród finalistów ogólnopolskiego Konkursu Fotografii Teatralnej.

WS: Mamy marzenie i chyba Dawid się z tym zgodzi. Otóż chcielibyśmy wydać album z naszymi fotografiami. Mamy już konkretne projekty, które chcielibyśmy, żeby tam się ukazały. Zaczęliśmy już rozmowy z osobą, która będzie się tym zajmowała od strony graficznej. I mamy nadzieję, że książkę uda się wydać w przyszłym roku.

Waldek Stube, Dawid Stube

Od lewej: Waldek i Dawid Stube, fot. Anna Farman

DAWID STUBE – (ur. w 1986 r.) – fotograf, pedagog. Zajmuje się fotografią ludzi. Z bratem prowadzi studio Fotostube Gnieźnie. Od 2012 do 2016 roku współpracował jako fotoreporter „Głosu Wielkopolskiego”. Zdobywca pierwszej nagrody w najważniejszym konkursie prasowym w Polsce – Grand Press Photo 2018. Finalista Grand Press Photo 2017. Laureat konkursu prasowego Wielkopolska Press Photo. Zdobył drugie miejsce w konkursie fotografii dokumentarnej Moja Wielkopolska, Poznań. Wyróżniony w konkursie fotografii czarno-białej Monovision Photography Awards. Finalista konkursu Fotografii Teatralnej (Instytut Teatralny) 2017 i 2019. Aktualnie współpracuje z Teatrem Fredry w Gnieźnie. Zdjęcia publikował m.in. w „Dużym Formacie”, „Polska The Times”, „Gazecie Wyborczej”, Newsweek.pl, NaszeMiasto.pl Autor indywidualnych i zbiorowych wystaw fotograficznych.

WALDEMAR STUBE – (ur. w 1982 r.) – z wykształcenia pedagog. Wraz z bratem stworzył studio fotograficzne Fotostube w Gnieźnie. Od 9 lat prowadzi audycję fotograficzną „Zoom” na antenie Radia Plus Gniezno, wykładowca fotografii w technikum fotograficznym Laureat konkursów, m.in Grand Press Photo, WKF National Geographic, Monovision Award, Chromatic Award, Monochrome Award, Wielkopolska Press Photo, Moja Wielkopolska. Szczęśliwy mąż i ojciec Juli i Tymoteusza.