fot. Dawid Stube

Duchy przeszłości

„Zapraszamy ludzi, który bardzo czule odbierają otaczającą nas rzeczywistość i którzy umieją z nią rezonować. Dzisiaj teatr, który nie próbuje rozmawiać, wychodzić do społeczności, nie ma już racji bytu”. O programie rezydencyjnym Teatru Fredry w Gnieźnie opowiada dyrektor Joanna Nowak.

AGATA WITTCHEN-BAREŁKOWSKA: Już od kilku lat Teatr Fredry daje młodym artystom wyjątkową możliwość pracy w ramach rezydencji. Skąd pomysł na takie działanie w teatrze?

JOANNA NOWAK: Rezydencje w Teatrze Fredry w Gnieźnie trwają już od 6 lat. Jeśli chodzi o dobór artystów, z założenia są to bardzo młodzi ludzie, którzy dopiero rozpoczynają swoją drogę twórczą. Dostają od nas szansę urzeczywistnienia marzeń – z wykorzystaniem profesjonalnego zespołu – oraz wsparcie finansowe. Niczego nie narzucamy – nie podpowiadamy tematyki, nie zamawiamy konkretnych tekstów czy realizacji.

Gnieźnieńskie Rezydencje zaczęły się od projektu brazylijskiego, realizowanego wspólnie z Urzędem Marszałkowskim Województwa Wielkopolskiego, który zakończył się powstaniem spektaklu „Spowiedź masochisty”, prezentowanym przez nas również w ojczyźnie rezydentów – w São Paulo. Przedstawienie do dziś pozostaje w repertuarze Teatru. Następne odsłony były już naszą samodzielną inicjatywą – chcieliśmy stworzyć platformę do dyskusji z młodymi twórcami.

Gościliśmy artystów z Nowego Jorku, Petersburga, ze Słowacji i Ukrainy – ich fascynacje literackie były dla nas bardzo ciekawe. Po kilku edycjach, które zakończyły się stworzeniem spektaklu na scenie, zdecydowaliśmy, że chcemy spróbować czegoś innego – wyjść na zewnątrz, poza salę teatralną. Dlatego w ubiegłym roku pojawiła się u nas berlińska performerka Yanna Varbanova, z pochodzenia Bułgarka, która zaprosiła do współpracy artystów z Czech i z Polski. Performerzy zdecydowali, że będą pracować w obrębie miasta i szukać w Gnieźnie miejsc, które nie są dogłębnie poznane, nie figurują w folderach reklamowych. Przeszli miasto wzdłuż i wszerz, każdy się czymś zafascynował: ogrodem, jeziorem, kamienicą, i tak powstał projekt „Magiczne kręgi”, pozwalający zobaczyć miasto z zupełnie innej perspektywy.

 

A jak do Gniezna trafiła tegoroczna rezydentka?

Martina Gredler – Austriaczka, związana również ze środowiskiem berlińskich artystów, zaproszona została do współpracy przez Marię Spiss, naszą konsultant artystyczną, i zachwyciła się Gnieznem podczas spacerów w ramach ubiegłorocznej rezydencji. Wiele rzeczy ją zafascynowało, na własną rękę zaczęła chodzić, zwiedzać, poznawać i tak trafiła na Dziekankę. Budynek architektonicznie jest niesamowity, więc trudno się dziwić, że ją zainteresował. Zagłębiła się w historię tego miejsca, przeprowadziła wiele badań, przeszukując dostępne materiały, w tym archiwalne dokumenty szpitalne. Poprosiliśmy również o pomoc redakcję „Miasteczka Poznań”.

Ten proces był naprawdę fascynujący i stał się podstawą tegorocznej rezydencji – projektu „Tiegenhof”. Martina przyjechała do nas z aranżerką przestrzeni i kostiumografem – Anną-Luisą Vieregge oraz tłumaczką Sarą Dec, która ma korzenie polskie i bułgarskie.

 

Jak międzynarodowe grono artystów, głównie z obszaru niemieckojęzycznego, podjęło się konfrontacji z trudną historią Dziekanki?

Dziekanka była częścią ogromnej, niemieckiej machiny zbrodni, w ramach której szpitale psychiatryczne zmieniano w ośrodki mordowania pacjentów i eksterminacji „elementów niepotrzebnych w zdrowym społeczeństwie”. Ginęli tu nie tylko Polacy i Żydzi, ale również Niemcy. Niemieckie dokumenty zostały nawet wykorzystane w scenariuszu. Po wojnie wiele osób szukało swoich bliskich, ale ślad po nich zaginął. Nie wiadomo nawet, gdzie ci ludzie są pochowani i co tak naprawdę się z nimi stało.

Artystki, które zainteresowały się tą historią, były bardzo dobrze przygotowane do pracy. Młodzi Niemcy i Austriacy wyrażają wielką chęć podejmowania trudnych tematów z przeszłości. Nie próbują jej tłumaczyć czy za nią przepraszać, ale chcą się nad nią zastanawiać, analizować, pytać, skąd wzięły się pewne zjawiska i jak narodził się faszyzm – dlaczego naród niemiecki zaakceptował to, co się wówczas działo.

Dzisiaj młodzi artyści to już nie dzieci Niemców z czasów drugiej wojny światowej, lecz wnuki czy nawet prawnuki. Wydawać by się mogło, że dla nich ta historia jest bardzo odległa, nie powinna ich już interesować, ale jest wręcz przeciwnie. Oni mają ogromną potrzebę przepracowania jej, opowiedzenia na swój własny sposób.

 

Czy w ten sposób formułują własne „ostrzeżenie przed przyszłością”?

Pokolenie dzieci czasów wojny tłumaczyło się z win swoich ojców, miało potrzebę zadośćuczynienia. Wnuki tej potrzeby już nie mają, natomiast dobrze widzą, co się dzieje wokół nas teraz, dzisiaj. Słyszą nacechowane prawicowo hasła, które rymują się z tym, co głosili hitlerowcy i dotyczą eliminacji „niepotrzebnych”, tych, którzy są inni – inaczej myślą, inaczej się zachowują, wierzą w coś innego niż my. Ten sposób rozumowania zaczyna być popularny – istnieje więc autentyczne niebezpieczeństwo, że pewne rzeczy mogą powrócić. Młodzi, wrażliwi ludzie, artyści próbują przed tym ostrzegać.

 

Martina mówi również o tym, że nasze liberalne społeczeństwo, oczekujące od człowieka wielkiej aktywności, pracy ponad siły, wykazywania się, hołubiące pęd do sukcesu, jest strasznie frustrującym środowiskiem.

Ten system nie ma oczywiście nic wspólnego z systemem zbiorowych mordów, ale powoduje, że czasami ludzie popadają w depresję, nie mogą unieść ciężaru, jaki narzuca im tempo współczesnego życia oraz presja osiągnięcia wysokiej pozycji społecznej. Takie osoby, zmagając się z odium choroby psychicznej, doświadczają marginalizacji. Cierpią oni i ich rodziny.

Z jednej strony mamy bardzo otwarte społeczeństwo – każdy może się rozwijać, realizować swoje pasje, dorabiać się, a z drugiej strony, w momencie, kiedy to doprowadzi do dysfunkcji psychicznej, dotknięty nią człowiek jest odrzucany, bo nie nadąża za pozostałymi. To też jest pewnego rodzaju wykluczenie i eliminacja. Nie tak drastyczne i ostateczne jak w czasach nazistowskich, ale jednak jest. Młodzi ludzie to widzą i bardzo chcą z tym walczyć albo przynajmniej dawać świadectwo, przeciwstawiać się za pomocą sztuki. A my zapraszamy do Gniezna osoby, które bardzo czule odbierają otaczającą nas rzeczywistość i które umieją z nią rezonować, a nie tylko robić lepsze czy gorsze przedstawienia teatralne. Dzisiaj teatr, który nie próbuje rozmawiać, wychodzić do społeczności, nie ma już racji bytu.

 

Dosłowne wyjście do widzów umożliwia Teatrowi Fredry nowy plac przed teatrem, który stał się miejscem pokazów kończących tegoroczną rezydencję. Jak gnieźnieńska publiczność odebrała te działania?

Zmiana profilu artystycznego teatru, która dokonuje się od kilku lat, idzie w parze z realizowanym na szeroką skalę remontem finansowanym ze środków Wielkopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego – zmieniamy wizerunek teatru i jego postrzeganie przez gnieźnian. Dlatego rewitalizacja budynku połączona została z rewitalizacją przestrzeni wokół niego, zaprojektowanej na wzór analogicznych miejsc w małych miastach Europy Zachodniej.

Założenie było takie, żeby plac teatralny uczynić bardziej przyjaznym mieszkańcom i żeby podniósł on również turystyczną atrakcyjność naszego miasta. Teraz to miejsce żyje – zawłaszczyła je sobie młodzież, która się tu spotyka, ludzie przychodzą odpocząć. Rzeczą oczywistą było, że trzeba je też artystycznie zagospodarować.

„Tiegenhof” – nasza tegoroczna rezydencja – od początku był pomyślany jako działanie na tym właśnie placu, bo przecież bardzo współbrzmi z jego historią z czasów hitlerowskiej okupacji.

Bardzo symptomatyczna była reakcja publiczności podczas pokazów na zakończenie rezydencji. Ludzie się zatrzymywali, wiele osób przychodziło na każdą próbę i wszystkie prezentacje. Filmowali, wrzucali na YouTube, nierzadko z ważnymi historycznymi komentarzami, uzupełniającymi naszą wiedzę o tym miejscu. Znaleźli się widzowie, którzy przychodzili na każdą próbę i pokaz.

Szczególnie zainteresowała mnie reakcja dzieci. Podczas pierwszej próby generalnej między aktorów weszła dziewczynka w wieku 6–7 lat, zaczęła kręcić się wśród nich, zobaczyła usypane wokół nagrobki, ludzi ubranych tak, jakby zeszli ze starej fotografii. Popatrzyła na nas, podeszła i powiedziała twierdzącym tonem: „Wy tutaj wywołujecie duchy”. Pewnie nie zrozumiała do końca tekstu literackiego, ale wyczuła atmosferę i fakt, że próbujemy przywrócić pamięć.

 

Takie działanie bardzo do ludzi trafia. Nie spodziewałam się tak dużego rezonansu społecznego, ale bardzo mnie on cieszy. Wrócimy do tego projektu we wrześniu, chcemy go jeszcze kilkakrotnie pokazać.

Chciałabym, żeby duchy tych ludzi, których nikt nie pamięta, których nazwisk nikt nie zna, znowu przyszły na ten plac. Przeszłość tego miejsca jest tragiczna, to jest historia sprzed kilkudziesięciu lat, ale co czyha za węgłem, co puka do drzwi – tego nie wiemy. Dlatego trzeba o niej przypominać.

 

„Tiegenhof”, Teatr Fredry w Gnieźnie, prapremiera (plac przed Teatrem) 14 czerwca 2019.

reżyseria: Martina Gredler

przestrzeń i kostiumy: Anna-Luisa Vieregge

tłumaczka: Sara Dec

obsada: Kamila Banasiak, Zuzanna Czerniejewska, Martyna Rozwadowska, Iwona Sapa, Paweł Dobek, Bogdan Ferenc, Maciej Hązła, Roland Nowak, Wojciech Siedlecki

CZYTAJ TAKŻE: Słowa nie mają już nic do powiedzenia. „Hamlet” w reżyserii Mai Kleczewskiej

CZYTAJ TAKŻE: Co się naprawdę liczy? „Nowe szaty króla”. Premiera w Teatrze Animacji w Poznaniu

CZYTAJ TAKŻE: Gadanie literaturą. Rozmowa z Michałem Pabianem