fot. Anka Gregorczyk

Fotograficzne dyplomy UAP 2019

Dziesiątki wystaw dyplomantów UAP zapełniły w czerwcu przestrzenie galeryjne Poznania. Relacja z kilku fotograficznych ekspozycji jest ilustracją, że warto poszukiwać tych kilkudniowych pokazów, mimo że dla zewnętrznej publiczności nie jest to proste zadanie.

Niektóre wystawy dyplomowe funkcjonują w przestrzeni publicznej przez kilka godzin, znikając zaraz po spełnieniu swojego edukacyjnego obowiązku. Recenzent podpisuje się pod oceną, a ocenione prace opuszczają ściany. Nie zawsze są głośne, mają swoje krótkie odsłony w przedziwnych porach dnia i tygodnia, dyktowanych aktywnością profesorskich komisji. W bardziej sprzyjających warunkach, jakie zapewniają zewnętrzne galerie, mają szansę pożyć chwilę dłużej – popołudniami, przez kilka dni do tygodnia.

Końcówka czerwca wypełniona była tymi artystycznymi bytami. Choć nie wszystkie doczekały się swoich wystaw i niemożliwe jest stworzenie ich zestawienia czy próba określenia dominujących kierunków, to można przyjrzeć się tym kilku ekspozycjom dyplomowym, na które jesteśmy w stanie się natknąć.

 

Cztery wydarzenia prezentowane poniżej, z konieczności na chybił trafił, wyłowiłem z dziesiątek licencjackich i magisterskich pokazów studentów UAP, rozsianych po Poznaniu.

To nie jest recenzja ani przegląd, nie ma w tym artykule oceny. To raczej przypadkowy kalejdoskop prac obronionych na kierunku fotografia w tym roku, które funkcjonowały w przestrzeniach ekspozycyjnych poza uczelnią.

Tekst ten ma spełnić prostą funkcję: zachęcić do „polowania” na takie wystawy, nie tylko fotograficzne, bo bywają zaskakujące i godne uwagi szerszej publiczności.

„GOTOWE DO WYKLUCIA” ZUZANNY PIEKOSZEWSKIEJ

Ten dyplom licencjacki prezentowany w Łectwie łatwo dałoby się zaklasyfikować jako krytykę hybrydowych bytów wynikających z relacji ludzi z przyrodą, apokaliptyczną wizję posthumanizmu.

Autentyczna fascynacja materiałem i formą plastikowych śladów jednak na to nie pozwala. Wstępem do wystawy jest cykada wychodząca spod ziemi i zostawiająca za sobą skorupę larwalnego stadium.

„Gotowe do wyklucia”, Galeria Łęctwo, fot. Zuzanna Piekoszewska

Zuzanna Piekoszewska w czasie oprowadzania po swojej ekspozycji opowiadała:

17 lat trwa okres podziemnego funkcjonowania tego owada, po czym wygrzebuje się na powierzchnię, wykonuje kompulsywne ruchy i zostawia swój egzoszkielet na drzewie, pancerz pęka, a ona odlatuje. To najbardziej fascynujący moment jej cyklu życiowego. Pozbywanie się przerośniętego ciała i zmiana w owada, który ma już całkiem inne możliwości. Sam pancerz wysycha i można po nim poznać wcześniejszą formę cykady, zobaczyć negatyw jej kształtu, tak naprawdę – jej fotografię.

W drugim pomieszczeniu komentuję produkcję sztucznej skóry w kontrolowanych, laboratoryjnych warunkach. Ta skóra się poci, dostaje owłosienia, ma „nabite” implanty, które są na niej testowane, by polepszyć wrażenia sensoryczne ostatecznego produktu. Drugi kawałek skóry z kolei rozwija się w przypadkowych warunkach, wchodzi w interakcje z kawałkiem miedzi, który ją zabarwia, cały czas się zmienia w otoczeniu obiektów, wśród których jest umieszczony.

Kolejna sala to wydruk „ujawniający” się spod piasku, fotografia przedstawiająca syntetyczny artefakt, pozostawiony i odnaleziony, sam upodabnia się do wylinki, czegoś biologicznego, organizmu. Posiada syntetyczny szkielet, a wierzchnia warstwa – wydruk – staje się skórą tej dziwnej formy. Przedmioty wyrzucone także funkcjonują w środowisku, mają swoje specyficzne cechy, mają skórę, naznaczone są historią ludzi, którzy je tu pozostawili, czasu i środowiska.

Zapytałem artystkę, czy jej prace mają fotograficzny charakter. Zuzanna Piekoszewska odpowiedziała:

Nawiązywałam do fotografii w egzoszkielecie cykady, skóra to też fotografia, wydruk wychodzący spod piasku jest zdjęciem. Przy tworzeniu tych rzeźb przez cały czas używałam fotograficznych technik, to one ewoluowały w przestrzenne formy. Wcześniej, kiedy manipulowałam obrazem w Photoshopie, szlifowałam narzędzia takie jak mieszanie tekstur, praca na warstwach, zaczęłam później używać ich do tworzenia obiektów przestrzennych – logika pracy ze zdjęciami płynnie przeszła w prace malarsko-rzeźbiarskie.

MICHAŁ JASZKOWSKI „POBIERZ SZABLON, ZŁÓŻ KARTON I ZAJRZYJ DO ŚRODKA”

O swojej wystawie artysta opowiadał w czasie spotkania w galerii PIX.HOUSE:

Tytuł to cytat z Google Cardboard, producenta kartonowych VR-ów, które można kupić za grosze. Zabawne jest, że w XXI wieku dostajemy dostęp do wirtualnej rzeczywistości za pośrednictwem kawałka kartonika, dwóch soczewek i rzepu. To spostrzeżenie było punktem początkowym mojej pracy, reszta polegała na poszukiwaniu sytuacji, w których wirtualność przechodziła w świat rzeczywisty, a rzeczywistość stawała się bardziej wirtualna.

Szukałem przedmiotów, elementów mojego prywatnego otoczenia, fragmentów codzienności, które nawiązywałyby do renderów. To filiżanka, kawałek tkaniny rzucony w przestrzeni czy pumeks, interesujące dla mnie właśnie ze względu na ich fizyczny, codzienny charakter. Szukałem jak najbardziej analogowych przetworzeń tych obiektów, najprostszych środków ingerencji polegających na zmianie oświetlenia, odpowiednim ułożeniu, by nabrały wirtualnego wyglądu.

Starałem się znaleźć świat wirtualny osadzony w naszej rzeczywistości. Obiekt z żywicy na przykład to ekran telefonu uchwycony w ruchu – granica między tym, co wewnątrz ekranu, i tym, co na zewnątrz – jest podkreślona. Nie korzystam przy tym z narzędzi cyfrowych, staram się raczej osadzić moje obserwacje w ciężkiej, codziennej rzeczywistości. Schody, na których stoi żywiczny ekran telefonu, są betonowe, ważą 160, może 170 kilogramów.

„ZŁOŚĆ PIĘKNOŚCI SZKODZI, PRACA MAGISTERSKA WERONIKI PERŁOWSKIEJ

Swoją przedpremierę miała w czasie Miesiąca Fotografii w Krakowie. Jej projekt uznany został przez organizatorów za najlepszą propozycję przeglądu portfolio – w przyszłorocznej edycji festiwalu zaprezentowany zostanie w postaci samodzielnej wystawy. W Poznaniu praca ta stała się podstawą ekspozycji w Galerii Centrala, łączącej osobiste eksploracje z feministyczną analizą problemu degradowana kobiecej złości, traktowanej jako śmieszna i histeryczna.

„Złość piękności szkodzi”, wystawa Weroniki Perłowskiej w Galerii Centrala, fot. Anka Gregorczyk

Obok wideo z wściekającą się dziewczynką – autorką sprzed kilkunastu lat – na wystawie znalazło się też lusterko w kształcie meduzy, zdjęcie klasowe nieznanego pochodzenia, na którym atramentem zakryte są twarze dziewcząt niepasujących do społecznego wymogu bycia miłą, grzeczną i uśmiechniętą.

Obejrzeć można było także portrety autorki z naniesionym nitką mapowaniem twarzy, analizującym syndrom Resting Bitch Face – fenomen polegający na tym, że wyraz twarzy osoby nieprzejawiającej żadnych emocji odbierany jest jako agresywny.

 

Artystka wykonała też pracę anatomiczną, wbijając szpilki w miejsca wskazywane przez poradniki dla kobiet i ostrzegające, że złość szkodzi: na mózg, serce, jelita…

Wystawa składała się także z wideo z jogą twarzy – masażem wygładzającym zmarszczki powstałe wskutek gniewu – które autorka uzupełniła osobistym podkładem dźwiękowym relacjonującym stany złości. Natomiast strzelający laserami z oczu portret kobiety, odnoszący się do złości dziedziczonej opatrzony, został podpisem: „to złość mojej matki i mojej babki, która nigdy nie została wypowiedziana”.

Weronika Perłowska wyjaśnia:

Złość, histeria, strzelanie fochów są określeniami, które stosuje się do kobiet zdecydowanie częściej niż w stosunku do mężczyzn. Ta złość jest określana jako dziecinna i tak jest widziana. Sedno wielu prac i tego projektu polega na tym, że często zapominamy zapytać o przyczynę złości, widząc tylko jej efekt, który może się wydawać śmieszny i histeryczny. Nie zastanawiamy się dlaczego […] a złość uzasadniona – wyzwolona w odpowiedni sposób, kiedy znajduje ujście może być narzędziem zmiany. Słyszę: „macie rację, ale feministki wrzeszczą na ulicach – tak nas nie przekonacie”. To coś, co wkurza najbardziej. Jeśli dochodzi do niesprawiedliwości, nie oczekujmy od grup dyskryminowanych, by dbały o uczucia tych, którzy ich dyskryminują.

„KRAJ(OBRAZ)” EDYTY JABŁOŃSKIEJ

Makietę książki fotograficznej i ekspozycję podsumowujące siedmioletni, intymny projekt oglądać można było w Ostrøvie, znalazły się też w Galerii Miejskiej Arsenał jako część wystawy „Szczęście rodzi się w jelitach”, która jeszcze trwa. Praca artystki zaczyna się cytatem z rymowanki disco polo zespołu Effect:

 

Robić mi się nie chce,
No bo nie mam po co.
Lubię pospać za dnia,
Pobawić się nocą.
I choć mówią leniu,
Może to i prawda.
Lecz szaleje za mną,
Każda młoda panna.

 

„Kraj(obraz)” Edyty Jabłońskiej w Ostrøvie, fot. Mariusz Forecki

Cytat pojawia się tylko po to, by skontrastować halucynację szczęśliwego singla z wieloletnią, bliską obserwacją życia starych kawalerów w rodzinnej wsi fotografki.

Z każdą chwilą obcowania z tą pracą robi się coraz mniej śmiesznie, bo portret Andrejka, Marianicy i Stasicy jest prowadzoną bez znieczulenia analizą samotności trwającej przez całe życie.

Bohaterowie dokumentu Jabłońskiej funkcjonują na marginesie wsi i jej prowincjonalnej normalności. Korzystają ze swojego statusu niegroźnych błaznów, upijając się po nocach i włócząc po ulicach, co z jednej strony nadaje zdjęciom „krzywego” humoru, z drugiej – definiuje ciężki, wyszydzany świat przerysowanych gestów wynikających z samotności. Świat, z którego nie ma ucieczki.

Edyta Jabłońska tak opowiada o swojej pracy:

Andrejka, Marianica i Stasica mieszkają w popegeerowskiej wsi 50 kilometrów od granicy z Ukrainą. To ta sama wieś, w której się wychowałam. Poznawałam ich przez całe życie, fotograficzna dokumentacja była więc bardzo naturalna. To oni byli moimi przewodnikami, mówili: „jedziemy nad zalew” albo „idziemy do lasu, bo potrzebuję drzewa”. Sytuacje nie były kreowane. Dopiero po czasie uświadomiłam sobie, że w swoim projekcie opowiadam o mężczyznach, którzy nigdy nie byli w związku. Kilka lat temu dojrzałam do interpretacji tych obrazów. Uświadomiłam sobie, że dotyczą czegoś innego niż dokumentacja wiejskiej codzienności, jak mi się na początku wydawało.

Chciałam więc, żeby był to projekt, który mówi prawdę, na ile oczywiście jest to możliwe, o wrażliwości moich bohaterów. Chciałam się skoncentrować na ich życiu codziennym, ale też na stosunku reszty wsi do nich.

Kawalerów czy panny postrzega się tam jak gorszą jednostkę ludzką. Sam fakt, że są sami, jest niepokojący. Ludzie pytają: „kto ci poda szklankę wody na stare lata?”, „a może ty za wybredny jesteś albo coś z tobą nie tak?”.

Jednak kiedy próbują to przełamać, chcą podejść do jakiejś kobiety na festynie, są odprawiani z kwitkiem, a reszta wsi się z nich śmieje, bo robią to bardzo nieumiejętnie. Potrafią się upić. Wchodzą na scenę. Uwielbiają noc. Rzadko pojawiają się w ciągu dnia, tylko kiedy muszą gdzieś jechać albo iść do pracy do gospodarza obok. Kiedy robi się szaro wychodzą. Piją, bawią się ze zwierzętami. Mieszkańcy nie reagują, kiedy o 3 w nocy słuchają disco polo. Traktowani są jak błazny, jak postacie trzeciej kategorii. Jest we mnie niezgoda na to.

 

Poniżej podpowiedzi wystaw fotografii związanych z sezonem dyplomowym na UAP – dwie duże ekspozycje podsumowujące prace doktorskie, realizowane z dużym rozmachem, są nadal czynne na przełomie czerwca i lipca.

Diana Lelonek w Ogrodzie Botanicznym UAM udostępniła swoje Centrum Żywych Rzeczy. To projekt, o którym pisaliśmy szeroko przy okazji Paszportu „Polityki” (który artystka odebrała w styczniu). Jej wystawa prezentowana będzie do końca sierpnia.

Od 26 czerwca Agnieszka Rayss w Centrali prezentuje „Do Broni”, cykl zdjęć i materiałów wideo interpretujący rekonstrukcje historyczne i ich wpływ na kształtowanie nowego rodzaju patriotyzmu. 11 lipca o 19.00 odbędzie się spotkanie autorskie z artystką, na które z całą pewnością warto się wybrać.

 

CZYTAJ TAKŻE: Święto modernizacji. Rozmowa z Agatą Stanisz

CZYTAJ TAKŻE: W Koninie i Nowym Delhi są moje korzenie. Rozmowa z Gauri Sharmą

CZYTAJ TAKŻE: Life Goes On. Rozmowa z Janem Jurczakiem