fot. Jan Jurczak

Life Goes On

O codziennym funkcjonowaniu w stanie zawieszenia między wojną i codziennością oraz o oddolnych akcjach pomocy wnoszących w świat ukraińskiego konfliktu nieco nadziei opowiada fotograf Jan Jurczak.

 

Life Goes On (zobacz galerię) to gazetowe wydawnictwo podsumowujące fotograficzny projekt Jana Jurczaka realizowany w latach 2017–2018. Fotografie dokumentują monotonną codzienność konfliktu na wschodniej Ukrainie. Opowiadają o Awdijiwce – miasteczku położonym na obrzeżach Doniecka. Na najwyższym piętrze jednego z bloków mieszkalnych funkcjonuje tam improwizowany dom pomocy dla uchodźców wewnętrznych, przesiedlonych wskutek działań wojennych.

W kontrze do medialnych relacji to nie brutalne działania żołnierzy, ale napiętnowane nudą i brakiem perspektyw codzienne życie toczące się tuż obok linii frontu jest tematem intymnej opowieści o wojnie.

 

Mikroświat kilkorga ludzi staje się symboliczny – odziera obraz wojny z pozowanego bohaterstwa i propagandy.

Zostaje tylko senna monotonia, do której, mimo napięcia, można się przyzwyczaić. I właśnie zwyczajność wojennych scen jest w zdjęciach Jana Jurczaka najbardziej uderzająca.

Bardzo istotny w działaniach fotografa jest wizualny aktywizm. Jego zdjęcia I materiały wideo realizowane wspólnie z mieszkańcami domu pomocy w Awdijiwce nie tylko trafiają do galerii sztuki, ale stają się też podstawą dla organizacji zbiórek środków mających wesprzeć bohaterów reportażu – cały zysk ze sprzedaży gazety zasili pomocową zbiórkę koordynowaną przez fotografa („Peace and Love Initiative”).

„Life Goes On” miała swoją premierę podczas Miesiąca Fotografii w Krakowie, gdzie stanowiła jeden z pokazów realizowanych w ramach sekcji ShowOFF, oraz równolegle w poznańskiej galerii PIX.HOUSE. Krakowska wystawa czynna będzie do 23 czerwca, poznańska zakończyła się na początku miesiąca.

 

ROTACJA PARAMEDYCZNA

Jan Jurczak

Rozkładówka gazety „Life Goes On”. Fotografie: Jan Jurczak, edycja: Monika Szewczyk-Wittek, projekt: Nina Gregier, wydawca: Jan Jurczak i PIX.HOUSE, 2019

MICHAŁ SITA: Jak zacząłeś pracę na Ukrainie?

JAN JURCZAK: W 2017 roku pojechałem na szkolenie paramedyczne ukraińskich batalionów ochotniczych. Na początku wojny wolontariackie oddziały nie miały profesjonalnego wsparcia medycznego. Ci, którzy pomagają – jak paramedycy – działają oddolnie. To bardzo różni ludzie, dalecy od wyobrażeń o wojsku, na przykład kobiety po pięćdziesiątce… Podczas tygodniowego szkolenia powinny się nauczyć wyciągać rannych z okopów. Nawet gdyby szkolenie było wysokiej jakości, a nie było, to niemożliwe. Uczą się więc w pracy – od tych, którzy na froncie działają dłużej. W 2017 roku odbyłem takie szkolenie i zacząłem robić zdjęcia.

 

Chciałeś pomagać na froncie?

Tak. Zdarza się, że dokumentaliści mnie za to krytykują, ale ja przecież nie muszę się określać jako reporter wojenny. Kim innym tam jestem i na innych zasadach tam funkcjonuję. Chciałem w jakiś sposób uczestniczyć, dlatego wziąłem udział w 15-dniowej rotacji paramedycznej. Na tym się też skończyło. Zrezygnowałem i później pracowałem na Ukrainie już tylko jako fotograf.

Doszedłem w pewnym momencie do jakiejś bariery. Po tym, jak pracowałem w jednostce, na przełomie 2017 i 2018 roku trafiłem do szpitala. Dwa razy ktoś umarł, przywozili z frontu ludzi w złym stanie – doszedłem do granicy swojej wytrzymałości.

Gdy miałem wytłumaczyć bliskim zabitego, że chcę fotografować, w ogóle nie rozumiałem, po co miałbym to robić. Tak bardzo opatrzyły się nam obrazy brutalności, że pokazanie kolejnych nie zmieni dużo. Spróbowałem więc podejść to tego bardziej subtelnie, żeby odbiorca o pewnej wrażliwości mógł dotknąć fragmentu tamtego świata. Stąd wynikała zmiana w nastawieniu.

 

Nie chciałem robić zdjęć o żołnierzach, ganiać za nimi w kamizelce kuloodpornej, dużo bardziej interesowała mnie nudna codzienność. Zacząłem jeździć do protestanckiego zboru, który w bloku mieszkalnym w Awdijiwce prowadzi Elena Pisareva.

Wojskowy kapelan zawiózł mnie tam zaraz po szkoleniu paramedycznym, a kiedy tylko skończyła się moja rotacja na froncie, resztę wyjazdu poświęciłem temu miejscu.

Jan Jurczak

Widok ekspozycji „Life Goes On” w ramach sekcji ShowOFF Miesiąca Fotografii w Krakowie, 2019. Fot. Jan Jurczak

W ciągu kolejnych dwóch lat pracowałem w Awdijiwce, miasteczku doklejonym do donieckich przedmieść. Mieszkałem u Eleny, czasem ulicę dalej, poznałem bardzo wielu ludzi, dokumentowałem pobliski szpital. U Eleny, na ostatnim piętrze zwykłego bloku mieszkalnego, takiego samego jak w każdym innym poradzieckim miasteczku, działa improwizowane centrum pomocy. Zostałem przyjęty i zaczęto mnie dobrze traktować – to dość naturalne w takim miejscu. Z wizualnej strony miało to swoje mocne strony – codziennie o szóstej rano w największym wspólnym pomieszczeniu w tym bloku skandują modlitwy, robią to strasznie głośno.

 

Blok, w którym Elena prowadzi przytułek dla wewnętrznych uchodźców to zamknięty mikroświat. Kto się tam znalazł?

Mieszkała tam wtedy Irina, makijażystka, w jednym pokoju urządziła salon piękności. Była też Tania z dzieckiem. Mieszkali też mężczyźni zebrani po prostu z ulicy. Kradli, żeby mieć na alkohol i na narkotyzujące lekarstwa, jakie się tu dorzuca do wódki. Wielu z nich dorastało w internatach, do których oddawali ich rodzice, bo nie mieli pieniędzy na wychowanie albo pili.

 

To najbardziej wrażliwi ludzie na konflikt, którzy już wcześniej byli najbardziej zagrożeni w całym społeczeństwie. Ci, którzy mają najgorzej, znajdują się w centrum Eleny.

Teraz, kiedy do nich wróciłem, jest ich już dużo więcej. Mieszka tam 10 osób, chwilami 15. Tworzą odjechaną i irracjonalną społeczność. Traktują to piętro bloku jak cały świat. Rodzinę i wszystkich bliskich, jakich mają, spotkali właśnie tam.

 

Przedstawiasz ukraiński konflikt za pomocą tych kilku bohaterów. Nie uczestniczą w spektakularnych zdarzeniach, na zdjęciach nie pokazujesz żadnych ikonicznych scen, dramatów. To po prostu bieda i powolnie tocząca się codzienność z brakiem perspektyw – taką rzeczywistość stwarza ta wojna?

Jan Jurczak

Swieta i Wasilij robią pranie po dniu szkolenia paramedycznego zorganizowanego przez Ukraińską Dobrowolczą Armię, baza Prawego Sektora, obwód doniecki, październik 2017. Fot. Jan Jurczak

Biedy nie czuje się tam tak bardzo. Można się do niej przyzwyczaić. Zresztą to nie jest bieda głodowa. W Awdijiwce mieszkańcy pracują w koksowni. W trakcie ciężkich walk w 2014 i 2015 roku musieli ją utrzymywać, dojeżdżać do pracy, – wtedy mieli naprawdę ciężko, były ofiary śmiertelne. Ten moment eskalacji jednak się skończył, a koksownia sprawia, że jest jakieś zajęcie.

 

Ich bieda polega raczej na braku perspektyw, ta nuda, ten marazm i fakt, że tak właśnie wygląda wojna. Stabilizuje się w swojej destabilizacji, pochłaniając całe wielkie połacie państwa.

Wszystko wydaje się toczyć normalnym rytmem i chwilami prawie dałoby się wierzyć, że świat wojny i życia w Awdijiwce nie ocierają się o siebie. Niby normalnie, niby spokojnie, ale jak syn Iriny się napił i poszedł w złą stronę, to go zabili.

WOJNA / NIE-WOJNA

Na twoich zdjęciach granica między wojną a nie-wojną jest niewidoczna. I front, i Awdijiwkę komentujesz z perspektywy tego samego, charakterystycznego zastoju.

Tak ta wojna, którą zobaczyłem, wyglądała. O to w niej chodzi. Żołnierze też znają ten zastój. Nie jest tak, że wśród nich jest inaczej. Kiedy byłem sanitariuszem, bywało ciężko, bo wydawało się to chwilami niebezpieczne. Cała reszta to nuda i podczas nudy czasem coś bardzo złego się zdarza. Żołnierze mają dyżury przy karabinach, potem idą sobie poćwiczyć, mają w jednostce prowizoryczną siłownię. Patrzą w ścianę przez pół dnia i nic nie robią. Coś gotują. Je się ciastko – zapraszają na kawę. A jednocześnie działa bariera nienawiści i nie da się jej przeskoczyć: jak zastrzelą im człowieka, oni muszą zastrzelić jednego po drugiej stronie.

 

Dokumentując rzeczywistość, czasami dopiero po czasie zauważa się w niej jakieś detale. Michał Łuczak, używając takich detali, stworzył podstawę narracji dla gazety podsumowującej mój projekt. Szczegóły w niej pomagają.

Jan Jurczak

Rozkładówka gazety „Life Goes On”. Fotografie: Jan Jurczak, edycja: Monika Szewczyk-Wittek, projekt: Nina Gregier, wydawca: Jan Jurczak i PIX.HOUSE, 2019

Na stole leży karabin maszynowy, pod stołem młotek i puszka z napojem z napisem „non-stop”. Obok żołnierza batalionów ochotniczych stoi małe krzesełko, w tle napisy na ścianie, mnóstwo rzeczy codziennego użytku. Po sąsiedzku jest zdjęcie z kolejnym mieszkaniem, z podobną tapetą, z małą dziewczynką i ojcem. Te dwa światy są obok siebie, a gdy sfotografowane są w jednej, tej samej estetyce, przestaje się czuć różnicę dwóch kilometrów dzielących obie rzeczywistości: frontu i Awdijiwki.

W mediach nie ma miejsca na pokazanie wojny w ten sposób. Prezentują ją tylko w momentach zaognienia, dziennikarze nie mają cierpliwości na toczący się pomału konflikt – po prostu za mało ludzi w nim ginie. A jednocześnie cały czas płynie tam przecież normalne życie, spędzane w dziwnych warunkach. O tym są moje zdjęcia. Dlatego też zdecydowaliśmy się pokazać je w postaci gazety, by forma kontrastowała z tym, co znamy z prasy.

 

Jak taka wojna wygląda z pozycji mieszkańców bloku Eleny, których fotografowałeś?

Żyją z dnia na dzień. Kiedy dużo strzelali, pojawiał się ten temat: „o, dzisiaj w nocy dużo strzelali”. To tylko odgłosy, na tym poziomie działa wojna w centrum miasteczka. Żołnierze i mieszkańcy się adaptują i uważają to za normalne. A to, w czym żyją, nie jest normalne.

Pokazywana w prasie brutalność pojawia się tylko chwilami. Dużo bardziej tragiczne jest to, że tam toczy się codzienne życie, ono mnie bardziej dotyka. Mieszkańcy w nim tkwią i będą tkwić, i chyba nie widzą już potrzeby czego innego. Przywykli.

POMOC

Zdjęcia, a teraz też gazety sprzedawane w galeriach, przekładają się na ich realia w bardzo konkretny sposób. Opowiadasz o kilku osobach, które kupiły grzejniki, o tym, że udało się wyremontować kolejne pomieszczenia bloku Eleny. Taki jest podstawowy sens twojej pracy?

Jan Jurczak

Widok ekspozycji „Life Goes On” w ramach sekcji ShowOFF Miesiąca Fotografii w Krakowie, 2019. Fot. Jan Jurczak

Ona przekłada się na lekarstwa czy na remont dachu. Dzięki zbiórce kiedy zaczynała się zima, mogłem właściwie od razu przelać im pieniądze na grzejniki. Potem kupili też piętrowe łóżka i przyjęli więcej osób. Mogli kupić bojler i zamontować prysznic, kupili pralkę i wyremontowali całą kuchnię. To naprawdę są bardzo podstawowe sprawy, ale zmieniają wszystko. Jak można się umyć w ciepłej wodzie i zjeść, to naprawdę jest dużo.

Na wystawach pojawia się wideo, są zdjęcia, jest gazeta. Wszystko to mogę sprzedawać, żeby wróciło tam, skąd przyszło. To taki aktywizm wizualny, bardzo mi zależy, żeby miało to sens poza samą galerią.

 

Nie wydajesz zebranych pieniędzy na wielkie akcje pomocowe mające zmienić świat, nie wspierasz instytucji wyspecjalizowanych w pomocy. Omijasz instytucje z każdej strony, te pomocowe i  te medialne, wydając własną gazetę. Dlaczego?

Nie jest tak, że instytucje mnie nie wspierają, byłem w radiowej Trójce, byłem w TVP Kultura. Ale byłem tam dlatego, że galerie chciały pokazywać, co robię.

Nie jest też tak, że nie doceniam pracy dużych organizacji pomocowych, PAH jest dużo bardziej skuteczna niż ta moja mała działalność. Pracuje tam Czerwony Krzyż, widywałem konwoje, ale po prostu instytucjonalnej pomocy nie ma tyle, ile jej trzeba. Żadna akcja humanitarna nie działa w miejscu, gdzie stoi blok Eleny.

Zdjęcia, które robię są o tym, że wielu ludzi pomaga sobie nawzajem oddolnie, sami z siebie, w relacji człowiek–człowiek. Elena, która prowadzi centrum, wozi do innego miasteczka tuż pod linią frontu ubrania, bo tam jest dużo biedniej niż w ich własnym bloku. Wcale nie musiałaby swojego czasu przeznaczać na pomoc. Ale to powoduje, że ma w głowie ważny cel. Lepiej jej z tego powodu.

 

Twoja pomoc trafia jednak w miejsce, gdzie wojna jest podstawową potrzebą, masz pewność, że te pieniądze nie trafią na front?

Spędziłem sporo czasu z Eleną, wróciłem tam po roku, widzę efekty. Ja jej po prostu wierzę. Zresztą, kiedy dotarł przelew po pierwszej zbiórce, przesłała mi sto zdjęć dokumentacji. Kiedy byłem tam po raz pierwszy, Elena przyjmowała 3 osoby, teraz rozbudowała ośrodek i mieszka tam ponad dziesięć osób. 

Elena się stara i to wydaje mi się bardzo dobrym rozwiązaniem – dać tym ludziom jakąś możliwość pracy. Tanię wysłała na kurs masażu do miasteczka obok. Chce otworzyć na swoim piętrze pokój, gdzie Tania będzie mogła masować. Ci alkoholicy – teraz na odwyku, więc trudno się z nimi żyje – wywożą złom i gruz. Mają jakiś cel i mogą trochę na siebie zarobić. Dlatego chcę jej właśnie dawać pieniądze, bo myślę że ma to sens, mimo że pomoc jest oddolna, że nikt jej nie kontroluje.

ZABIERANIE STRON

Musiałeś się jednak spotkać z pytaniem, gdzie leży granica między oddolną pomocą a wspieraniem wysiłku wojennego Ukraińców.

Jaka jest różnica między kapelanem, który krzyczy na żołnierzy, zagrzewa ich do walki, a kimś kto im opatruje rany? Nie wiem. Kapelan, który ich mobilizuje, też wydaje wszystkie swoje pieniądze na pomoc. Jeden z nich, u którego mieszkałem, jeździ do swoich żołnierzy, ale też łata potłuczone szyby w oknach pomiędzy wyjazdami. Nie da się takiej granicy w prosty sposób wyznaczyć. Tak samo jest z granicą między wojną a codziennym życiem, która się zaciera. Kto miałby to oceniać?

 

Jaka jest w tym twoja rola?

Staram się to udokumentować.

 

To tradycyjne uzasadnienie reportażu wojennego, ale twoje zdjęcia to nie jest zimny raport z wydarzeń na froncie. W ogóle wydarzeń tam niewiele.

Nie robię tych zdjęć na zlecenie. Nie musiałem pokazać redakcji, że toczy się tam wojna. Dlatego fotografowałem codzienność – nie potrzebuję z takim założeniem w ogóle ganiać za pierwszą linią frontu. Chcę tych ludzi pokazać i opowiedzieć, w czym żyją na co dzień. Staram się – chociaż nie wiem, czy na pewno mi to wychodzi – robić coś, co jest trochę bardziej uniwersalne. Jeśli to ma być prawdziwe i ktoś się ma nad tym zatrzymać, to nie może być obiektywne.

Kiedy wróciłem do mieszkańców bloku Eleny po roku przerwy w wyjazdach na wojnę, poprosiłem, żeby usiedli na kocu w ciszy, w pustym pokoju przygotowanym do remontu. Powstało 10-minutowe wideo z portretami milczących ludzi. Mówi ono wiele o ich sytuacji.

 

W czasie poznańskiej wystawy można było usiąść naprzeciwko projektora na podobnych kocach i spędzić z nimi czas. Zobaczyć ich w odciętej bielą od reszty świata przestrzeni.

Jan Jurczak

Widok ekspozycji w galerii PIX.HOUSE, Poznań, 2019. Fot. Jan Jurczak.

Nie mam z tym żadnego problemu, że biorę stronę człowieka, a czy to jest strona rosyjska czy ukraińska, to mniej istotne. Po drugiej stronie frontu też są ludzie, którzy są w beznadziejnych sytuacjach, i jakbym był tam, to wziąłbym ich stronę. To, czy twierdzą, że chcą być w Rosji czy gdzie indziej, nie robi z tego punktu widzenia różnicy. Zależało mi na tym, by dowiedzieć się jak funkcjonują w sytuacji toczącej się pomału wojny. A jeśli można pójść krok dalej poza samo medium i tym ludziom pomóc, to wydaje się ważne. Jeśli mogę trochę zmienić życie tym kilku osobom, to warto to robić.

JAN JURCZAK – fotograf urodzony w 1996 roku w Krakowie, ukończył kursy na kierunkach: fizjoterapii i socjologii. Ukraińskie zdjęcia dokumentujące codzienność przyfrontowych terenów realizował w latach 2017–2018. Rozwijał swój projekt w ramach programu mentorskiego Sputnik Photos. Jego fotografie znalazły się w finałach prestiżowych konkursów m.in. Blowphoto Fuse Residency, ShowOFF Miesiąca Fotografii w Krakowie, World Press Photo Joop Swart Masterclass. „Life Goes On” jest jego pierwszą publikacją zrealizowaną w ramach sekcji ShowOFF Miesiąca Fotografii w Krakowie we współpracy z galerią PIX.HOUSE. Wystawy zdjęć prezentowane są równolegle w Poznaniu i Krakowie.

 

ZOBACZ TAKŻE: Jan Jurczak „Life Goes On” (galeria)

CZYTAJ TAKŻE: Święto modernizacji. Rozmowa z Agatą Stanisz

CZYTAJ TAKŻE: Brzegi wspólne. Rozmowa z Anką Gregorczyk, Łukaszem Szamałkiem i Karolem Szymkowiakiem