Gdy z twarzy spada brokat
Opublikowano:
1 grudnia 2025
Od:
Do:
Początek:
Koniec:
Michalina Cendrowska w podlotach pisze o dorastaniu pełnym światła i szczelin – o dzieciństwie, które pachnie mirabelkami, ale potrafi zakłuć jak wejście w pokrzywy. To subtelna, a zarazem bezwzględna opowieść o ciele, pamięci i języku rodzącym się z milczenia.
Debiutancki tom poetycki Michaliny Cendrowskiej podloty jest zapisem dorastania i kształtowania tożsamości – podszyty nostalgią, ale pozbawiony taniej idealizacji. Poetka przywołuje migawki z dzieciństwa: mirabelki dojrzewające w ogrodzie babci, zapach domowego kompotu, dziecięce zabawy i lęki. Komponuje z nich pozornie „świat poskładany z rzeczy prostych i ładnych”, który jednak stopniowo pęka, odsłaniając mroczną prawdę skrytą pod barwną powierzchnią wspomnień. Wiersze autorki pokazują, jak okres beztroski podszyty jest niepokojem i wstydem, a to co z daleka błyszczy, z bliska okazuje się naznaczone pęknięciami. Ciało dorastającej dziewczyny staje się centrum tych doświadczeń – to w nim krzyżują się dziecięca niewinność i wkraczająca dorosłość, religijny rytuał i buntownicze pragnienia. Z chaosu dojrzewania wyłania się na naszych oczach nowy, wyjątkowo dojrzały jak na debiut głos poetycki.
Brokat i cienie
W poetyckim świecie podlotów magia dzieciństwa spleciona jest nierozerwalnie z lękiem przed dorastaniem. Cendrowska zaczyna od obrazów niemal baśniowych: „kiedyś chciała zostać czarodziejką z księżyca / ale niefortunnie przeobraziła się w kobietę” – czytamy o dziewczynce marzącej o byciu bohaterką ulubionej bajki, która pewnego dnia odkrywa, że zamiast magicznej przemiany czeka ją zwykłe dorosłe życie. Z twarzy bohaterki „posypał się brokat”, światło reflektorów zgasło – „to wcale nie jest koniec dzieciństwa / to jest dopiero początek zabawy”. Ta przewrotna deklaracja otwierająca tom wskazuje, że koniec dziecięcej idylli oznacza zarazem początek czegoś znacznie bardziej niepokojącego.
miłej zabawy
kiedyś chciała zostać czarodziejką z księżyca
ale niefortunnie przeobraziła się w kobietę
z twarzy posypał się brokat
błysnęły światła
to wcale nie jest koniec dzieciństwa
to jest dopiero początek zabawy
dziś znowu nic nie mówi
tylko w głowie ot tak sobie się do siebie modli
tak sobie się modli do siebie
oby tej nocy
zadziałało to gówno na receptę
i zaciska mocno palce na oczach
jakby chciała wycisnąć z pudełka
mleczne czekoladki
dziś znów nie śpi i pod łóżkiem
pod deskami w podłodze
szuka jakichś brokacików cienkich wstążeczek
guziczków
znów tak wyraźnie jej pachną lobelie z balkonu sąsiadki
wodzą za nos po mieszkaniu
przestawia więc meble zagląda w szczeliny a przecież
jest też sen
ale ona boi się zamknąć oczy
nie chce zgasnąć
Rzeczywiście, pod powierzchnią wspomnień czai się mrok. Bohaterka tomu znowu nie śpi, nocą przemierza mieszkanie w poszukiwaniu utraconego blasku („szuka jakichś brokacików, cienkich wstążeczek”), ale znajduje tylko osaczające ciemności. Lęk przenika codzienność: postać Piaskowego Dziadka z dawnych kreskówek przerażała ją tak, że bała się zamknąć oczy. Cendrowska zderza tu dziecięce rekwizyty (słodycze, bajkowe postaci) z obrazem bezsennej dziewczyny. W tych scenach pobrzmiewa zarówno czułość dla utraconej naiwności, jak i ironiczny dystans – bohaterka modli się do siebie o sen, po czym gorzko komentuje farmakologiczną pomoc: „oby tej nocy zadziałało to gówno na receptę”. Pod lukrem dziecięcych wspomnień kryje się prawda o dorastaniu: czar iluzji pryska, a w mrokach nastoletnich nocy rodzą się prawdziwe demony.
Między baśnią a pacierzem
Rodzinne historie w podlotach układają się w opowieść na pograniczu baśni i religijnego rytuału. Ojciec jawi się tu jak wędrowny bajarz, postać barwna i pełna sprzeczności. To prosty człowiek, który nie nauczył córki pisać ani czytać poezji – za to pokazał jej świat namacalny, ziemski:
mój ojciec analfabeta nie nauczył mnie pisać wierszy
pokazał mi patrz to jest jałówka
Bohaterka wspomina te lekcje z rozrzewnieniem i humorem, choć nie mówi o ojcu w szczególnie wyidealizowany sposób. W jednej scenie wącha wraz z tatą krowie łajno w upalne popołudnie, w innej – słucha, jak ten, pod wpływem raczej znacznej ilości alkoholu gra na akordeonie pod kapliczką, aż figurki Matki Boskiej z zakłopotaniem kiwają głowami. Cendrowska potrafi oddać dziecięce uwielbienie dla ojca: „miałam pięć czy sześć lat pamiętam / imponowałeś mi” – wyznaje, wspominając, że tak jak on nie miała wtedy pełnego uzębienia. Ten humor miesza się jednak z goryczą. Ojciec, choć ukochany, jest tu także figurą nieobecnego wędrowca i pijaka. „Zanim wszystko diabli wzięli” – pisze poetka – ojciec zabierał ją w wyobraźni w dalekie strony, roztaczał opowieści niestworzone, które być może były jedynie popisem wyobraźi. Ostatecznie „jedyne, co mam po tatusiu, to jego pijackie bajeczki” – wyznaje liryczne „ja” w jednym z najbardziej przejmujących wersów. Bohaterka wiersza nie osądza jednak ojca surowo; raczej ukazuje, jak dziecięca miłość potrafi współistnieć z rozczarowaniem. Ojciec jest dla niej bohaterem własnej legendy – legendy, w którą córka chciała wierzyć, póki nie dorosła do dostrzeżenia pęknięć.
Z drugiej strony dzieciństwo poetki naznaczone jest przez matkę i jej świat zasad, wierzeń, codziennych rutyn. Matka, strażniczka rytuałów, pilnuje moralnego porządku: uczy córkę pacierza, zaprowadza do kościoła. W jednym z wierszy Cendrowska opisuje, jak rodzicielka prowadzi małą dziewczynkę za rękę do konfesjonału, by ta wyznała księdzu swój dziecięcy wstyd – moczenie prześcieradła ze strachu.
Ta scena spowiedzi z „sikania w majtki” poraża szczerością i absurdem: ciężar grzechu zostaje nałożony na zrozpaczone dziecko, które milczy onieśmielone brodatą twarzą duchownego i dopiero dźwięk organów rozwiązuje jej język. Cendrowska sugestywnie pokazuje, jak tradycja religijna przenika najbardziej intymne aspekty dorastania, dokładając do naturalnych lęków dodatkową warstwę poczucia winy.
A jednak w tej samej przestrzeni rodzinnej jest miejsce na czułość i pociechę. Poetka potrafi dostrzec sacrum w zwykłych czynnościach dnia codziennego, jakby przefiltrowanych przez wiarę i wspomnianą baśń jednocześnie. „Święte są drzewka mirabelek / kiedy owocują w ogródku babci” – pisze w jednym z utworów, czyniąc z dziecięcych wspomnień niemal litanię. „Święte są gałązki / pod bosymi stopami”, „święta są w naszym domu / kiedy rozlewamy kompot / wekujemy słoiki” – wylicza, nadając codziennym obrazom rangę obrzędu. Ten międzyświat baśni i pacierza ukazuje dorastanie jako proces pełen sprzeczności: dom rodzinny bywa zarazem ostoją i klatką wstydu, źródłem ciepła i tłumionych łez. Cendrowska oddaje dualizm z wyczuciem – bez łatwej ironii, raczej z empatią dla swoich bohaterów. Zarówno pijackie fantazje ojca, jak i pobożne gesty matki składają się na jej pamięć; obie te spuścizny – baśń i pacierz – młoda poetka przekuwa w dojrzałą literacką opowieść o własnym pokaleczonym dorastaniu.
Wykluwanie się głosu
Mimo ciężaru tematów – lęku, straty, rodzinnych traum – poezja Cendrowskiej nie przytłacza, ale daje nadzieję. To w dużej mierze zasługa języka, którym operuje autorka. Styl podlotów odznacza się wyjątkową autentycznością: poetka śmiało miesza język potoczny z poetyckim, brutalne konkrety z delikatnymi obrazami. Z równą swobodą potrafi przywołać zapach „lobelii z balkonu sąsiadki” wodzący bohaterkę za nos, co dosadnym słowem nazwać bezsenność czy ból. Efekt tej mieszanki jest piorunujący – wiersze pulsują życiem, nie tracąc literackiej precyzji. Cendrowska używa prostych słów, ale uważnie waży ich ładunek emocjonalny. Unika sentymentalizmu, nawet gdy pisze o rzeczach ostatecznych.
Zamiast patosu wybiera ironię lub milczenie: wiele pozostawia między wersami, sugerując więcej niż mówi wprost. Na przykład w utworze pobłyski liryczna narratorka przyznaje: „bardziej niż słowa pamiętam uczucie” – i „może nigdy nie powinnam była nauczyć się mówić”. Ten gorzki półżart odsłania jednocześnie nieufność wobec języka i paradoksalnie – siłę niewypowiedzianego. W tomie pełnym przemilczeń każde słowo wybrzmiewa tym mocniej, a czytelnik sam musi dodać sens w przerwach między wersami.
Centralnym motywem zbioru jest dojrzewanie rozumiane jako proces utraty i zarazem poszukiwania. Cendrowska z chirurgiczną precyzją ukazuje moment, w którym dziecięca niewinność zostaje utracona – gdy dziewczynki leżące na kocu w Noc Kupały uświadamiają sobie, że „wszystkie wróżby zostały zmyślone” . Zarazem jednak z tych pęknięć rodzi się coś nowego: samoświadomość młodej kobiety i jej własny głos. Ów głos długo dojrzewa w ukryciu, w czasach „sprzed języka”, najpierw jako szept traumy, potem buntowniczy krzyk. Pod koniec tomu metafora tytułowych podlotów – niedojrzałych ptaków próbujących pierwszych lotów – nabiera pełnej mocy. Poetka sugeruje, że nawet kruche, „przypuchłe” pisklę potrafi w końcu znaleźć siłę, by wzbić się i przemówić. „Aż przyjdzie taka noc / kiedyś tam, jeszcze nie dziś” – czytamy – „czarnym powietrzem napełni płuca / i tubalnym głosem przebije przestrzeń”. Ten wizjonerski obraz rozsadza ramy intymnej opowieści i brzmi jak manifest: wykluwający się głos pokolenia, które dorastało w cieniu przemocy i wstydu, ostatecznie zabrzmi pełnią siły.





