fot. Krystian Daszkowski, na zdjęciu Sebastian Budek „Zozo”

Gra na kontrastach

„W tańcu muszę emanować pewnością siebie, więc weszło mi to w nawyk nawet na co dzień. Jest to w pewien sposób dowartościowujące, że potrafisz wyzbyć się klasycznej roli mężczyzny, nawet jeśli tylko na godzinę treningu. Odkryłem, że męskość została mi narzucona, a role społeczne są tak naprawdę abstrakcyjne” – mówi Sebastian Budek „Zozo”, voguer i drag performer z kolektywu Lokalni Poznańscy Voguerzy.

Jakub Wojtaszczyk: Kiedy po raz pierwszy spotkałeś się z voguingiem?

Sebastian Budek „Zozo”: Zaczęło się bardzo klasycznie, bo od programu „RuPaul’s Drag Race”, w którym pojawiają się terminy związane z voguingiem. Szukałem informacji w Internecie i tak po nitce do kłębka dotarłem do kultury ballroomu. Pamiętam, jak sam przesiadywałem na korytarzu mojego śląskiego liceum z telefonem przed twarzą i na YouTubie oglądałem bitwy tancerzy i tancerek podczas balów. Do końca nie miałem pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi. Wiedzy na temat ballroomowych struktur, tego, jak bale i kategorie wyglądają, nie można uzyskać, tylko czytając o tym w Internecie, potrzeba kogoś, kto ci to wszystko przedstawi lub po prostu weźmiesz czynny udział w balach. Obiecałem sobie, że jak tylko opuszczę moje rodzinne miasto i wyjadę na studia, to poszukam takiej osoby.

 

JW: Udało się!

Sebastian Budek „Zozo”, fot. Krystian Daszkowski

SBZ: Tak, chociaż na studiach trochę o tym zapomniałem. Pochłonęła mnie skandynawistyka i właściwie żyłem tylko uczelnią. Temat wrócił, kiedy dowiedziałem się, że w mieście prowadzone są warsztaty z voguingu.

 

Bałem się wejść w środowisko nowych osób, tym bardziej że wcześniej nigdy w życiu nie miałem do czynienia z żadnym tańcem.

W liceum jedynie zdarzało mi się po alkoholu wracać do domu i wykonywać pseudo-vogue’owe ruchy i robić lip sync do piosenek Alaski Thunderfuck, czyli jednej z uczestniczek programu RuPaula. Na szczęście na warsztaty zaciągnął mnie mój znajomy. Tak trafiłem na kurs prowadzony przez Madlen Revlon, czyli założycielkę pierwszego domu vogue’owego w Polsce – House of Army.

 

JW: Jak wyglądało to pierwsze zetknięcie z kulturą vouge’ową?

SBZ: Byłem w szoku, że są inne kategorie vogue’owe niż sam fem, który jest najbardziej popularny. Spodobało mi się, że przestrzeń ballroomowa próbuje być na tyle inkluzywna, na ile potrafi i daje możliwość, by każdy mógł znaleźć w niej swoje miejsce. U Madlen od razu wskoczyłem na głęboką wodę. Jedyne co miałem to słuch muzyczny, w pamięci te wszystkie filmiki z YouTube’a, a grupa okazała się średnio zaawansowana.

 

Już miesiąc później miałem wziąć udział w showcasie na Balu u Bożeny w Warszawie.

Jak oglądam nagrania z tamtego okresu, to może nie jest tragicznie jak na początek, ale wtedy myślałem, że jestem po prostu najgorszy. Ten czas wystarczył mi jednak, abym wstępnie zaznajomił się ze swoim ciałem i poznał jego możliwości.

 

JW: Możesz opowiedzieć o tym występie?

Sebastian Budek „Zozo”, fot. Krystian Daszkowski

SBZ: Showcase nie jest stałym elementem balu, odbywa się raczej na zasadzie indywidualnego zaproszenia przez organizatora_kę do wystąpienia w przerwie między kategoriami. W naszym przypadku była to autopromocja.

 

Pokazaliśmy, że w Poznaniu też jest scena vogue’owa.

Razem z Madlen i kilkoma osobami ze szkoły zatańczyliśmy układ. Strasznie się stresowałem, ale widowni się podobało, choć trzeba wziąć pod uwagę, że na balach jest ona zazwyczaj podchmielona (śmiech).

 

JW: Taniec w grupie pomaga w opanowaniu stresu?

SBZ: Nie cierpię tańczyć w grupie! Pomijając już czynniki techniczne, że trzeba nauczyć się układu, a każda pomyłka jest od razu widoczna, bardzo porównuję się do innych. Cały czas zerkam kątem oka na osoby obok i jeśli widzę, że komuś wychodzi lepiej, czuję się źle, a jak komuś idzie gorzej niż mnie, wtedy moja samoocena się podnosi. Jest to bardzo toksyczne, dlatego lepiej trenuje mi się w pojedynkę.

 

JW: Wspomniałeś o zaznajamianiu się ze swoim ciałem. Czy chodzi ci o jego akceptację?

SBZ: Nie do końca, bo tak naprawdę vogue nie pomógł mi się wyzbyć kompleksów, udostępnił raczej więcej narzędzi do wyrażania swoich emocji.

 

JW: Jakie to narzędzia?

SBZ: Kategorie ballroomowe i sam voguing polegają na wyolbrzymianiu i epatowaniu własną próżnością. Daje to wewnętrznego kopa, by móc poczuć się jak gwiazda sceny. Jednocześnie pozwala mi to odkryć bardziej „damską” wersję siebie i się jej nie wstydzić, wręcz rzucić nią innym przed twarz. Vogue pozwala mi pewne rzeczy przerobić w głowie, może nie z perspektywy kontekstów fizycznych, tylko własnej psychiki.

 

Sebastian Budek „Zozo”, fot. Krystian Daszkowski

JW: Fakt, że kultura voguingowa daje ci przyzwolenie na bycie próżnym, a nawet jest to od ciebie oczekiwane, motywuje cię do wyjścia na scenę czy blokuje?

SBZ: Wszystko zależy od mojego samopoczucia. Czasami, kiedy czuję się przytłoczony i wiem, że nie dorównam i będę musiał założyć maskę poczucia własnej zajebistości, będzie lepiej po prostu nie wychodzić na wybieg. Niektóre osoby są to w stanie ograć, ja nie. Wiem, że ta maska przy trzecim ruchu spadnie, a efektem nie będzie dowartościowanie, tylko dół.

 

JW: Czy po Balu u Bożeny czujesz się ukształtowany jako voguer?

SBZ: Absolutnie nie!

 

Chociaż na balu wyszedłem w kategorii European Runway, czyli bardziej kobiecym wybiegu, to od razu odpadłem.

Nie było to żadnym zaskoczeniem, przecież uczyłem się tańczyć dopiero od miesiąca i nie siedziałem w kulturze. Jednak było to bardzo miłe doświadczenie, tym bardziej, że na papierosie przed klubem podeszła do mnie jedna z judge’ów i pochwaliła mój strój i wygląd i zachęciła do dalszych prób, keep up a good work. I choć od tego momentu minęły trzy lata, cały czas nie czuję się ukształtowany. To ciągły proces, który nie wiem, czy kiedyś się skończy. W każdym razie jestem bliżej jego początku niż końca.

 

JW: W jakich kategoriach czujesz się najlepiej?

SBZ: Najbardziej w Vogue Fem, dzięki tej kategorii mogłem pogodzić się ze swoją „kobiecą stroną” i mogłem popchnąć do przodu moją osobowość. Otworzyłem się we wszystkich dziedzinach życia, a wszystko za sprawą tego, że mogę przedstawiać się jako osoba pewna siebie, seksowna, które ma gdzieś wszystkie, przede wszystkim te płciowe, normy społeczne. Cenię też wspomniany European Runway, w którym dużo nie wychodziłem, ale traktuję go jako odskocznię od Femu, by się wyluzować, ewentualnie oswoić z atmosferą balu, bo ta kategoria zazwyczaj jest na początku.

 

JW: Na czym polega?

Sebastian Budek „Zozo”, fot. Krystian Daszkowski

SBZ: Wychodzi się jak kobiece modelki, aby jak najlepiej zaprezentować swój strój oraz w jak najbardziej zgrabny sposób przejść się wzdłuż wybiegu. Ważny jest tutaj element teatralny, bo trzeba przybrać jakąś postać i doprowadzić ją od samego początku do końca.

 

Możesz być np. supermodelką z lat 90., której nic nie obchodzi, bo czuje się zajebiście i tylko patrzy z podniesioną głową na judge’ów, wiedząc, że oni nie mogą oderwać od niej wzroku.

Możesz też przybrać postać bardziej komiczną, co najczęściej ma związek z butch queen, czyli cispłciowymi gejami, którzy podczas walk często kpią z osób z nimi konkurującymi. Jak widzisz, Runway w dużej mierze opiera się na teatrze.

 

JW: Na jakie dziedziny życia otworzył cię Fem?

SBZ: Na wszystkie, nawet takie najprostsze, jak wyjście do Żabki. Stałem się bardziej śmiały, a przez całe życie byłem wycofany, bałem się zagadać do obcych osób. Vogue otworzył mnie na tyle, że poczułem się lepiej sam ze sobą. W tańcu muszę emanować pewnością siebie, więc weszło mi to w nawyk nawet na co dzień. Jest to w pewien sposób dowartościowujące, że potrafisz wyzbyć się klasycznej roli mężczyzny, nawet jeśli tylko na godzinę treningu. Odkryłem, że męskość została mi narzucona, a role społeczne są tak naprawdę abstrakcyjne. Zresztą o tym mówi Judith Butler w „Uwikłanych w płeć”, ale jak zaczynałem vogue, to jeszcze nie słyszałem o tej badaczce. Sam odkryłem, że mogę bawić się płcią i niektóre cechy zachowania bardzo łatwo mogę zmienić.

 

JW: Możesz podać przykład?

SBZ: Jestem w stanie wejść w bardziej „kobiecą” rolę, wychodząc w kategoriach takich jak European Runway lub Vogue Fem i imitując ruchy i gesty stereotypowo przypisywane kobietom, czy założyć trzynastocentymetrowe szpilki i przemieszczać się wzdłuż runwayu, jednocześnie nienaturalnie wypychając biodra do przodu.

 

Po występie mogę ponownie wrócić do zestawu tych bardziej „męskich” gestów i zachowań, które zostały narzucone przez społeczeństwo za sprawą płci przypisanej mi przy urodzeniu.

Sebastian Budek „Zozo”, fot. Krystian Daszkowski

Jeśli tak łatwo jest mi się przemieszczać między tymi dwoma biegunami, jest to dowodem na to, jak sztucznym zjawiskiem jest płeć kulturowa i jak kruche są jej filary.

 

JW: Przejdźmy do twojej persony. Co daje ci Zozo?

SBZ: Nic, bo to tak naprawdę jest pseudonim, a nie persona, nie oddzielam Zozo od Sebastiana. Imię pochodzi z demonologii. Natknąłem się na demona Zozo, z którym ludzie swojego czasu podobno lubili się kontaktować za pomocą Ouija Board. Uznałem, że imię brzmi chwytliwie i krótko, dzięki temu z łatwością będzie można je wykrzykiwać na balach. Sam zawsze przyjmowałem bardziej mroczną estetykę, często na balach i innych eventach pojawiam się obwieszony łańcuchami. Zozo powstał też z myślą o moim wejściu w drag. Nie chcę zamykać się w samym voguingu.

 

JW: Jak vogue łączy się z dragiem?

SBZ: Podczas balu spotkasz kategorię Best Drag Makeup, w której drag queenki prezentują swoje umiejętności makijażu. Jest też Lipsync, chociaż nie jest to kategoria ekskluzywnie przypisana do osób w dragu, bo może w niej wyjść każdy. Zdarza się, że osoby w dragu wychodzą w Vogue Fem, European Runway, a jeżeli pojawia się podział na kategorie męskie i żeńskie, to drag queens wychodzą w tych drugich, np. Female Figure.

 

JW: W takim razie jak twój drag wygląda?

SBZ: Jak duża część oglądających „RuPaul’s Drag Race” nieheteronormatywnych nastolatków marzyłem, by zostać drag queen. Postanowiłem swoich sił spróbować w Poznaniu, ale, jak już wspominałem, szybciej zaplątałem się w voguing. W międzyczasie zacząłem pracować w Punto Punto Club, gdzie cyklicznie odbywały się imprezy dragowe, i wtedy zdecydowałem się wystąpić jako Anemia. Zrobiłem lip sync i tyle. Chociaż dobrze się bawiłem i dałem niezłe show, to ta „klasyczna” forma dragu typu „chłop za babę” mi nie odpowiadała.

 

Chciałbym w swoim dragu uciekać od binarności i – o ile bardzo go szanuję – tworzenia pageant drag [wywodzący się z konkursów piękności, polegający na jak najlepszym odwzorowaniu wyglądu stereotypowej kobiety – przyp. K.W.].

Dlatego pochowałem Anemię, ale sam drag cały czas mi siedzi w głowie i kiełkuje. Pierwszy bardzo bliski dragowi performans zrobiłem na jedną z edycji „Młynu”, czyli internetowego show Babki i Vrony. Wszedłem w drag i zrobiłem lip sync do „Roman Holiday” Nicki Minaj. Poczułem się w tej formie świetnie. Chcę dalej ją eksplorować i przeplatać voguing dragiem.

 

Sebastian Budek „Zozo”, fot. Krystian Daszkowski

JW: Co da ten mariaż?

SBZ: Voguing daje mi narzędzia do cielesnej ekspresji, drag jest bardziej tożsamościowy. W ballroomie możliwości są ograniczone do kategorii. Dlatego chciałbym połączyć narzędzia, które daje mi taniec, czyli znajomość własnego ciała i ruch, z wchodzeniem w różne postaci, bo tym dla mnie jest drag. We wspominanym perfo do „Roman Holiday” wszedłem w dwie różne persony: w Romana Zolanskiego, czyli postać stworzoną przez Nicki Minaj, i jego matkę, Marthę Zolanską. Ona jest superkonserwatywną katoliczką, a jej syn młodym próżnym homoseksualistą. Przedstawiłem Romana jako demona, a Marthę jako bogobojną kobietę, która modli się w kościele. Grałem na silnym kontraście, który tak naprawdę okazał się mylący, bo koniec końców to matka okazała się tą złą. Performans miał na celu pokazać społeczne kontrasty.

 

JW: A co z kontrastami wewnątrz ciebie?

SBZ: Na nich skupiłem się podczas NOW-iu w Scenie Roboczej.

 

JW: Możesz powiedzieć trochę więcej o swoim perfo?

SBZ: Powstał w oparciu o lip sync do dwóch piosenek: „KLK” Arki i Rosalíi oraz „Klámstrákur” islandzkiego zespołu Hatari. W pierwszym wyjściu prezentowałem siebie, ale z tej ballroomowej strony, czyli pewnego siebie, próżnego, tańczącego voguing. W pewnej chwili ta scena się urywa i przechodzę w zupełnie inną przestrzeń. Pokazuję uwewnętrznioną wersję siebie: jestem niepewny, wściekły, co manifestuję machaniem łańcuchem i uderzaniem nim o podłogę, jestem też brudny, bo tarzam się po ziemi.

 

Pokazuję świat moich erotycznych fantazji, które w żaden sposób nie są związane z moją kobiecą, ballroomową stroną, tylko raczej z tą męską.

Ta męska strona znowu tak do końca męska nie jest, bo jestem ubrany w sukienko-spódnicę uszytą z marynarek. Ja spokojny i ja dziki stoją ze sobą w dużej sprzeczności, co ma odzwierciedlać emocje związane z moimi zaburzeniami psychicznymi, bo zmagam się z zaburzeniami osobowości typu borderline.

 

JW: Co ci pomaga okiełznać chorobę?

Sebastian Budek „Zozo”, fot. Krystian Daszkowski

SBZ: Poza farmakoterapią i terapią psychologiczną dużą pomoc daje mi otoczenie moich przyjaciół z queerowej bańki. Pracuję też nad sobą i odcinam negatywne czynniki, jak alkohol, którego nie piję od roku. Oczywiście taniec ma działanie terapeutyczne, aczkolwiek jak traciłem kontrolę nad sobą i miałem skłonności do porównywania się do innych, było zupełnie odwrotnie. To, co miało przynosić ulgę, traktowałem jak zawody.

 

JW: Jak wyglądało twoje życie przed terapią?

SBZ: Jestem po trzech próbach samobójczych. Wszystkie miały miejsce w Poznaniu. Wpłynęły na nie stres związany ze studiami, problemy z alkoholem i to nieustanne porównywanie się. Czułem, że  nigdy nie byłem wystarczająco dobry, a nawet najzwyklejsze warsztaty u Madlen spychały mnie w dół przez własne oczekiwania wobec siebie. Zmagałem się z ogromnymi wahaniami nastroju, co też pokazałem podczas NOW-iu.

 

JW: Kiedy zrozumiałeś, że chcesz nad sobą pracować?

SBZ: Po tym, jak po raz pierwszy przekroczyłem linię i usiłowałem popełnić samobójstwo. Wtedy od pół roku trenowałem voguing, wtedy też zacząłem terapię i miałem traktować taniec jako środek terapeutyczny, bo endorfiny wyzwalane podczas ruchu są przecież bardzo pomocne.

 

Oswajałem się również z własnym ciałem i płciowością, zacząłem kwestionować płeć kulturową i zastanawiałem się, czy czuję się komfortowo jako cismężczyzna.

To wszystko było świetne, bo otworzyło mi nowe horyzonty. Ale nieustanne porównywanie się z innymi sprawiało, że coraz częściej czułem się jak gówno. Pojawiły się też nieprzyjemne sytuacje w rodzinie. Dlatego połknąłem tabletki. Za każdym razem sytuacja wyglądała podobnie.

 

JW: Kto cię ratował?

Sebastian Budek „Zozo”, fot. Krystian Daszkowski

SBZ: Przyjaciele, do których w przypływie świadomości pisałem, że zrobiłem sobie niefajną rzecz. Tak naprawdę, gdyby nie oni, dawno by mnie tu nie było… Po próbach przychodziła spora ulga. Jest to z jednej strony tragiczne, a z drugiej komiczne, ale tak naprawdę niewiele rzeczy wspominam tak dobrze, jak wizyty na toksykologii. Przebywając na oddziale, byłem całkowicie odizolowany od zewnętrznego świata i problemów, które bezustannie zatruwały mi głowę. Mogłem w końcu odetchnąć, mając jednocześnie poczucie przekroczenia pewnej granicy, co też samo w sobie w jakiś niewytłumaczalny sposób przynosiło mi sporą ulgę.

 

JW: W jaki sposób te doświadczenia przekładasz na performans?

SBZ: Próbuję w nich wrócić do momentów na chwilę przed próbą samobójczą. Są to chwile pełne chaosu, gdzie nie jestem w stanie uchwycić życia, chwile całkowitej utraty kontroli, braku świadomości. Uzmysłowiłem sobie, że przez długi czas vogue, przez moje porównywanie się do innych, mnie zatruwał. Traktowałem go zbyt ambicjonalnie, zapominając jednocześnie, że chodzi przecież o dobrą zabawę i formę autoekspresji. Dlatego zrobiłem sobie przerwę od tańca. Ale teraz, kiedy jestem pod opieką terapeuty, ponownie chcę wrócić do ballroomu i jeździć na bale. Performans pomaga mi w przepracowywaniu traum. Moje emocje stają się prawdziwsze, czystsze. Mogę je rozłożyć na czynniki pierwsze i zrozumieć.

 

Sebastian Budek „Zozo” – członek kolektywu Lokalni Poznańscy Voguerzy, student skandynawistyki na UAM, voguer, początkujący drag performer.