fot. redakcja

Gramy, gdzie chcemy

Zdarza się nam nie przyjąć propozycji zagrania koncertu. Zależy nam na tym, aby za każdym potencjalnym występem stał jakiś pomysł. Lubimy dbać o wszystko, co jest z nim związane – o oświetlenie, wizualizacje... Chcemy, aby nasze koncerty zostawały w ludziach – mówią Piotr „Ryba” Rybicki i Bartosz „Mucha” Muszyński z zespołu Ryba And The Witches.

SEBASTIAN GABRYEL: W opisie do jednej z gier fantasy przeczytałem, że „Wiedźmiarze dysponują niemal nieograniczonymi możliwościami i przed pójściem na całość powstrzymuje ich jedynie ryzyko splugawienia”. Czy taka charakterystyka dobrze oddaje Waszą muzyczną naturę? [śmiech]

BARTOSZ „MUCHA” MUSZYŃSKI: To ryzyko mamy dawno za sobą. Jesteśmy już w dość zaawansowanym wieku, a że wyglądamy jak wiedźmy, to nazwa pojawiła się wręcz instynktownie [śmiech].

PIOTR „RYBA” RYBICKI: Wiedźmy zawsze kojarzyły się z tajemnicą. Nigdy do końca nie wiadomo, co przy ich udziale może się wydarzyć. Z naszą muzyką jest bardzo podobnie.



Wyzywają Was od satanistów? [śmiech]

PR: Czasem tak, ale w naszym kraju bardzo łatwo jest być o to posądzonym. Zresztą, tak jak o cokolwiek. Jeśli ktoś ma z nami problem, to jest to wyłącznie jego problem.


Kiedyś powiedzieliście, że Wasze koncerty przypominają sabat.

PR: Bo one odbywają się w mało tradycyjny sposób. Oczywiście, techniki sceniczne pozostają zachowane, ale to my wybieramy miejsce, w jakim chcemy zagrać, a nie miejsca nas. Nie zobaczysz nas na Święcie Pieczarki. Nie jesteśmy też zapchajdziurą dla menadżera klubu, który akurat konkretnego dnia musi kogoś w nim mieć. Na pewno to nie będziemy my. Muzyka, którą prezentujemy wymaga jednak pewnego skupienia.

BM: Wolimy grać dla pięciu osób, które rzeczywiście nas słuchają, niż dla setek, które...



…właśnie jedzą kotlety.

PR: No właśnie. Dlatego kiedy dzwoni do nas organizator, to pierwszym naszym pytaniem jest: dlaczego chcesz nas zaprosić? Zdarza się nam nie przyjąć propozycji zagrania koncertu. Zależy nam na tym, aby za każdym potencjalnym występem stał jakiś pomysł. Lubimy dbać o wszystko, co jest z nim związane – o oświetlenie, wizualizacje... Chcemy, aby nasze koncerty zostawały w ludziach. I właśnie dlatego bliżej im do sabatu niż sztampowych występów.


W kwietniu ukazał się Wasz drugi album pt. „Spell”. Dlaczego musieliśmy czekać na niego aż trzy lata?

PR: Od samego początku głównym założeniem naszego zespołu było, że będziemy w nim robić tylko te rzeczy, do których będziemy w stu procentach przekonani. Tym bardziej, że wcześniej nie zawsze tak było – czasem musieliśmy chodzić na kompromisy. Wiedzieliśmy, że pójdziemy w dobrą stronę jedynie wtedy, kiedy będziemy prezentować muzykę, której jesteśmy absolutnie pewni.


Często dochodzi do tarć między Wami w trakcie pisania nowych utworów?

PR: Nasz zespół to jedno wielkie tarcie [śmiech].
BM: Bo zgody we wszystkim nigdy nie ma i nigdy nie będzie.


W Waszym zespole trudno jest wskazać jednego lidera.

BM: Po prostu tak się dobraliśmy, że każdy w równym stopniu daje coś od siebie. Osobiście bardzo potrzebuję takiego codziennego zastrzyku energii, którą daje mi inne myślenie niż moje własne. W procesie twórczym wzajemne zaskakiwanie się jest bardzo ważne.

PR: U nas każdy zajmuje się tym, na czym zna się najlepiej. Jeżeli zdarza się sytuacja, w której trzeba pójść na kompromis, to na pewno nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie odpuszczamy sobie na zasadzie: „No dobra, niech Ci będzie”. Raczej przekonujemy się do swoich racji, wysuwamy argumenty. Bo nawet, jeśli dziś myślę o czymś inaczej, to jutro, po rozmowie z chłopakami, mogę zupełnie zmienić zdanie na ten temat.



W zapowiedzi płyty napisaliście, że jest ona efektem wyczarowania nowych zaklęć. Na kogo je rzucacie? Dla kogo jest ta płyta?

BM: Przede wszystkim do ludzi myślących. „Spell” to płyta dla tych, którzy lubią słuchać dobrze przemyślanej muzyki. Na pewno nie tworzymy jej dla siebie. Gdyby nagle spadła na nas bomba atomowa i zostalibyśmy całkiem sami, to nie sądzę, abyśmy chcieli jeszcze wchodzić do studia. Bo niby po co?



W kompozycjach „Chains” i „Spell It” gościnnie wystąpił jeden z Waszych wiernych fanów – Tomasz Organek. Jak doszło do Waszej współpracy?

BM: Z Tomkiem poznaliśmy się na Męskim Graniu. To wspaniały człowiek, od początku bardzo przypadliśmy sobie do gustu. Niedługo później zaprosiliśmy go na wspólne jam session w poznańskim klubie Opcja. Zagraliśmy Joy Division, zagraliśmy Monster Magnet... 

PR: No i nasze pierwsze utwory. On nadał im zupełnie nową jakość. To był koncert zupełnie nie do powtórzenia. Mógł się wydarzyć tylko w tamtym miejscu i czasie. Naprawdę świetnie się przy tym bawiliśmy.

BM: A potem napisałem nowy kawałek - trochę dla siebie, trochę dla niego. Po „Spell It” Tomek czuł wyraźny niedosyt, więc zrobiliśmy jeszcze „Chains”. Wszystko działo się 7 stycznia ubiegłego roku, w dniu śmierci Davida Bowiego...



Kilka miesięcy temu Wasze szeregi zasilił poznański producent Tomasz Kuldo, twórca muzyki elektronicznej. Muszę przyznać, że informację o jego dołączeniu przyjąłem z dużym zaciekawieniem. Jaką wartość wnosi Qlhead do Waszej muzyki?

BM: Uwielbiamy współpracować z ludźmi z trochę innej bajki niż nasza. Wiesz, my wciąż szukamy nowych rozwiązań. Bywa tak, że zanosimy materiał do producenta, a on pokazuje go nam z zupełnie nowej strony.

PR: W naszej muzyce zawsze było sporo elektroniki, jednak kiedy dołączył Tomek wreszcie możemy grać ją na żywo. To facet, który tworzy bardzo transowe rzeczy – pod tym względem bardzo podobne do naszych, tyle że my wykorzystujemy instrumenty akustyczne. Mamy wiele planów związanych z jego osobą. On nie odgrywa roli muzyka sesyjnego. Chcemy zaangażować go w nasz proces twórczy i wykorzystać jego ogromną wiedzę na temat produkcji muzyki.



Prywatnie lubicie zarzucić techno na słuchawki?

BM: Osobiście nudzi mnie ono po dwóch minutach [śmiech]. Ja jestem jednak tradycjonalistą. Lubię eksperymenty, ale bez przesady [śmiech]. Z drugiej strony, wypadkowa tych dwóch muzycznych światów, przynajmniej w naszym przypadku, przynosi świetne rezultaty. Nigdy nie lubiliśmy się określać. Jeśli przyjdzie nam kiedyś do głowy, by w jednym z numerów wystąpił chór gospel, to gwarantuję Ci, że usłyszysz go na naszej kolejnej płycie.

PR: Jeżeli uważamy, że dana piosenka powinna mieć dyskotekowy klimat, to nie zawahamy się go do niej przemycić. I na pewno nie będzie nas obchodzić, co ludzie o tym powiedzą.

BM: Nie będziemy też dogrywać harfy, tylko dlatego, żeby nie zabrzmieć jak Depeche Mode. Skoro tak brzmimy, to mam to głęboko gdzieś! Wtedy powiem tylko: No trudno, tak nam wyszedł ten numer [śmiech].



Steven Wilson, założyciel i lider grupy Porcupine Tree, niedawno udzielił wywiadu, w którym stwierdził, że obecnie rock jest o wiele mniej innowacyjny niż dzisiejszy hip hop. Czy Waszym zdaniem muzyka gitarowa rzeczywiście zjada własny ogon?

BM: W każdej dziedzinie sztuki znajdziemy takich proroków. Podobno malarstwo też przestało istnieć, i to bardzo dawno temu, a jednak wciąż jakoś się trzyma. Jeśli dla kogoś skończył się też rock, to niech przestanie chodzić na koncerty.

PR: Co wcale nie oznacza, że w dzisiejszej muzyce rockowej nie ma sporo złego...



Na tyle sporo, by rzeczywiście można było mówić o jej kryzysie?

PR: Jeśli w rocku faktycznie nastąpiłby kryzys, to można byłoby się z niego wyłącznie cieszyć, bo wtedy rock mógłby odbić się od dna ze zdwojoną mocą. Zresztą, żadnego gatunku lepiej zbytnio nie szufladkować.

BM: Jako malarz mogę powiedzieć, że granice między malarstwem a rysunkiem już dawno się zatarły. I bardzo podobnie jest w rocku.



Łatwiej jest Ci się „wylać” za pomocą dźwięku czy obrazu?

BM: Zwykle jest tak, że kiedy maluję, to chcę grać, a kiedy gram, to chcę coś namalować [śmiech].



W obu przypadkach mówimy o katharsis?

BM: Oczywiście, każda forma ekspresji jest jakimś rodzajem ekshibicjonizmu. Zawsze żyłem w przekonaniu, że jak już coś zaśpiewam, to potem już nikomu nie muszę się z niczego tłumaczyć [śmiech]. Za wszystko co zawiniłem, przepraszam na płytach. Na nich już wystarczająco wam wszystkim siebie dałem [śmiech].

PR: Kiedy Mucha wychodzi na scenę, to jednocześnie zamyka się i otwiera. Zamyka się w swoim świecie, a otwiera się do ludzi.

BM: Jeśli chcesz pożyczyć ode mnie forsę, to najlepiej przyjdź do mnie na chwilę przed koncertem [śmiech].



Z natury jesteś introwertykiem?

BM: I tak, i nie. Mieszkam sam, na wsi. Przyzwyczajałem się do tego bardzo długo, bo tak żyć trzeba się nauczyć. Nie wiem, czy jestem introwertykiem. Bywam prawdziwą duszą towarzystwa, ale są też takie dni, kiedy chcę poryczeć sobie w lesie. Biorę z życia to, co w danym momencie mi odpowiada. Staram się nie robić sobie niczym krzywdy, więc wyrzuciłem nawet telewizor [śmiech].



BARTOSZ „MUCHA” MUSZYŃSKI – wokalista, autor tekstów, producent muzyczny. Wszechstronny muzyk i kompozytor. Artysta malarz, absolwent ASP w Poznaniu. Uprawia malarstwo sztalugowe, monumentalne i rysunek. Jego prace znajdują się w zbiorach w Polsce i za granicą, m.in. w Niemczech, Rosji, USA (obrazy w kolekcji Mony May), Francji i Belgii.

PIOTR „RYBA” RYBICKI – perkusista w kilku zespołach i współzałożyciel Ryba And The Witches. Organizator imprez oraz eventów. Współtwórca i szef Agencji Vip-Art - jednej z pierwszych agencji koncertowych i impresaryjnych w latach 90. (Hey, Edyta Bartosiewicz, Big Day, Kasia Kowalska, Natalia Kukulska i wiele innych).

RYBA AND THE WITCHES – poznańska grupa, łącząca moc rocka z taneczną lekkością i charyzmatycznym wokalem. W skład zespołu wchodzą: perkusista Ryba, wokalista Mucha i gitarzysta Kuba. W utworach RATW można doszukać się brzmień Depeche Mode, The Mission czy The Sisters Of Mercy. Kapela wydała dwa albumy: „Ryba And The Witches” (2014) i „Spell” (2017). Zagrała na takich festiwalach jak Spring Break, Malta Festival, Jarocin Festiwal czy Nowe Męskie Granie. Muzycy otwierali koncert Fisha w poznańskim Eskulapie. Występowali też w Kolonii i Berlinie