fot. T. Mikołajczyk

Historia za winklem

Jaki związek miało Gniezno z ratowaniem polskiego złota, a Salvador Dali z Witkowem, czy na XIX-wiecznym targowisku faktycznie pokazywano kaszalota – tych i innych historii można posłuchać w ramach Interaktywnego Muzeum Gniezna projektu Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie . Z muzealnym edukatorem Jarosławem Mikołajczykiem rozmawia Barbara Kowalewska.

Barbara Kowalewska: Jak się zrodził projekt Interaktywne Muzeum Gniezna i jakie są jego założenia?

Jarosław Mikołajczyk:

Istnieje już od 2017 r. Wówczas muzealnicy z Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie  nie tylko stworzyli grupę facebookową skupiającą tych, którzy kochają Gniezno, ale rozpoczęli razem z nimi tworzyć wystawy pokazujące historię miasta ostatnich stuleci. Z ramienia Muzeum wówczas koordynowała wszystko głównie Magdalena Robaszkiewicz – kierowniczka Działu Obsługi Wystaw i Edukacji.

Początkowo były to rozmowy z regionalistami, którzy pasjonują się historią, nie tylko wczesnym średniowieczem, ale też tą, którą pamiętają nasi dziadkowie  – z XIX i pocz. XX wieku. Oraz działania w przestrzeni muzeum dotyczące miasta. I temu jest poświęcony także ten obecny projekt “Interaktywne Muzeum Gniezna 2021”.

Większość spotkań i oprowadzań skierowana jest do dorosłych, ale organizujemy też lekcje online i lekcje wyjazdowe dla dzieci i młodzieży. Obecne działania realizujemy w ramach dofinansowania NCK z programu Etnopolska 2020/2021.

 

 

Muzealny Detektyw na podwórkach, kadr z videofelietonu, fot. J. Dzionek

Muzealny Detektyw na podwórkach, kadr z videofelietonu, fot. J. Dzionek

Projekt opiera się na idei połączenia historii z obyczajowością, szukaniem tożsamości wielkopolskiej i węziej – gnieźnieńskiej. Opieramy się na „małych historiach”, koncentrując się np. na jednej ulicy (spacery przewodnickie pod hasłem „100 Metrów Historii”). Mówimy o osobach istotnych dla Gniezna, a czasem zupełnie zapomnianych.

BK: Jak rozumiecie interaktywność?

JM: Gdy mówimy „interaktywny” przychodzi do głowy Internet. Oczywiście to się dzieje także w sieci, ludzie komentują, udostępniają posty, reagują. To dziś najbardziej oczywiste skojarzenie z interaktywnością.

Ale interaktywność ma tu sens bardziej dosłowny – wiąże się ze spotkaniami, wymianą wspomnień i emocji. Publikujemy też popularyzatorskie artykuły w prasie lokalnej. Mieszkańcy Gniezna też się angażują – gdy pada hasło, że będziemy pisać o danej ulicy albo gdy przygotowuję spacery przewodnickie, ludzie sami robią kwerendę, podsyłają materiały, zdjęcia z albumów rodzinnych, artykuły z przedwojennych gazet. Dzielą się też swoją pamięcią i pamięcią swoich famuł.

Nasz przewodnik oprowadza, a teatralizuje te spacery  głównie młodzież z  III Liceum z Gniezna tworząc Teatr 100 metrów, wprowadzając w realia epoki, po której się przechadzamy. Materiały nie są tylko zebrane przeze mnie , bazuję też na ustnych przekazach, opowieściach mieszkańców. Wiele informacji to rozmowy z taksówkarzami, handlarzami na targowisku. 

Żeby nie były to tylko legendy, muszę je zweryfikować, ale okazuje się, że pamięć ludzka jest fascynującym źródłem historycznym. Także w trakcie tych spotkań przechwytuję pewne informacje od uczestników – oni dopowiadają. W ten sposób ludzie współtworzą część wydarzeń, powstaje pewna społeczność.

Dwa lata temu na Noc Muzeów przygotowaliśmy wystawę pod prowokującym tytułem „Guzik wam pokażemy”. Prezentowaliśmy na niej przedmioty – drobne, ale ważne z punktu widzenia historii miasta, np. książeczkę kontową (rachunkową) pierwszej piekarni parowej pana Maciejewskiego, którą dostaliśmy od jego wnuczki albo jeden z ostatnich egzemplarzy pocztówki dźwiękowej Tonpressu z nagraniem lokalnego chóru Szpaki.

 

Przystanek Targowisko Muzealny Detektyw przed wystawą plenerową, fot. M. Walkowiak

Przystanek Targowisko Muzealny Detektyw przed wystawą plenerową, fot. M. Walkowiak

Ale punktem wyjścia były trzy guziki żołnierzy regimentu księcia Sułkowskiego, który utworzony został w Gnieźnie w 1806 roku. Te guziki odnalazł nasz przyjaciel z Kołobrzegu – Robert Maziarz z Muzeum Patria Colbergensis.

BK: W czasie spacerów przewodnickich używa Pan gwary poznańskiej.

JM: Tak. Gniezno, odbudowane po pożarze w 1819 roku, jest tak naprawdę miastem XIX-wiecznym i taki właśnie język brzmiał wtedy na jego ulicach. Dzisiejsza forma gwary związana jest z XIX w. Chciałem zaznaczyć, że nie jestem tu „aktorem”, ja po prostu mówię gwarą poznańską. Rzecz jasna tu spór, czy jest to gwara może gnieźnieńska, czy wielkopolska czy poznańska. Oczywiście są pewne wyrażenia typowo gnieźnieńskie, jednak myślę, że dziś nie potrzeba nam podziałów.

Określenie gwara wielkopolska nie jest adekwatne, bo przecież spora część Wielkopolski, ta spod rosyjskiego zaboru nie używa jej. Gwara jest więc dla mnie gwarą poznańską. Nagromadzenie słów gwarowych zależne jest od prowadzonej grupy, starsi uczestnicy rozumieją wszystko, w grupach mieszanych wiekowo, z udziałem dzieci, muszę stosować trochę mniej tego słownictwa, pozostawiam jedynie ten cudowny zaśpiew.

 

BK: Jak reagują dzieci?

JM: Pojawiają się np. takie reakcje: „O, moja babcia tak mówi!” Dzieci w ogóle potrafią się zaciekawiać, kiedy dotyczy to emocji ich bliskich, kiedy mówię, że pewnie ich babcia kupowała w Kolonialce a dziadek narzędzia u Specjała. Naszym celem jest pomóc ludziom zachwycić się miejscem, w którym mieszkają.

Mieszkańcy czasem patrzą na coś, np. jakąś kamienicę, ale nie znając historii lokalnej, nie wiedzą, na co patrzą. To jest trochę przekleństwo Gniezna – wydaje się, że po średniowieczu niczego już tu potem nie było. Kiedy mówię, że tu, właśnie w tej kamienicy mieszkał pan, który w czasie II wojny światowej uratował całe polskie złoto przed Niemcami i zakusami Francuzów, wywożąc je statkiem do Stanów Zjednoczonych, to nawet dziecko na to reaguje.

 

BK: To historie jak z sensacyjnej książki.

JM: Powiem więcej – to jest z sensacyjnej książki. Istnieje książka – „O Wielkopolsce, złocie i dalekich podróżach”, której autorem jest właśnie ten pan –  Zygmunt Karpiński, mieszkający do lat 20. XX wieku przy Farnej 1. Na stu pierwszych stronach opisuje on Gniezno w detalach, potem opowiada tę historię ratowania złota pod niemieckim ostrzałem.

 

100 metrów historii. Farna, fot. R.Wichniewicz

100 metrów historii. Farna, fot. R.Wichniewicz

Dzisiaj ta książka w Gnieźnie jest prawie zupełnie zapomniana. Dlatego też próbujemy, razem z ludźmi, którzy jeszcze coś pamiętają, ratować czas miniony. Inną sensacją jest to, że pod adresem Tumska 5, w kamienicy po Hotelu Atelier, zakończył swoje życie Modest Mariański, który miał kopalnie złota w Australii i w Stanach Zjednoczonych.

Kiedy o tym opowiadam, do uczestników dociera, że Gniezno jest związane nie tylko z Mieszkiem I, którego rzecz jasna Muzeum upamiętnia w inny sposób.

 

BK: Temu służą też spotkania z cyklu „Tożsamość Fyrtli”?

JM: Te spotkania budujemy wokół historyczno-obyczajowej tożsamości najmniejszych dzielnic, zapraszamy do nich specjalistów, którzy znają dany temat. Na Farnej 1 bywał Bolesław Kasprowicz, fabrykant producent likierów, to w jego domu przy Chrobrego na popularnej Kareji została podjęta decyzja o powstaniu wielkopolskim. Jego losy splatają się z losami Zygmunta Karpińskiego, bo gdy abdykował Wilhelm, obaj zrzucali flagi niemieckie, a wieszali czerwone (nie była to deklaracja światopoglądowa, tylko rady robotniczo-żołnierskie miały takie barwy).

To jest przyczynek do rozmowy – obaj byli powstańcami, ale też przyczynili się do rozwoju miasta. Karpińscy byli światłymi ludźmi i prekursorami we wprowadzaniu nowych technologii – mieli jeden z pierwszych samochódów czy pierwszą lampę elektryczną.

 

BK: W ramach programu “Tożsamość Fyrtli” prowadzicie też lokalne działania, poza samym Gnieznem?

JM: Spod Strzelna pochodził Paweł Edmund Strzelecki (od niego nazwano Góry Strzeleckiego, a on sam nadał imię Góra Kościuszki wzniesieniu w Australii). Z kolei prof. Ludwik Ćwikliński, wybitny znawca literatury klasycznej, ale też minister Austrii, pionier wprowadzania kobiet na uczelnie, wywodził się z Czerniejewa, a gimnazjum ukończył w Gnieźnie.  W Witkowie z kolei mieszkała przez jakiś czas Clarie Dux, która pojawia się na obrazie Salvadora Dalego „Melancholia”. Była diwą operową, śpiewała nawet razem z Caruso. Kiedy myślę, że przechadzała się też ulicami Gniezna, inaczej spoglądam na to miejsce.

 

Muzealny Detektyw przypomina zabawę w Felgę, fot. M. Walkowiak

Muzealny Detektyw przypomina zabawę w Felgę, fot. M. Walkowiak

Dobrze się dzieje, że zmieniamy narrację historyczną, że przestajemy mówić tylko o wojnie. To rzuca inne światło na codzienność XIX-wiecznego miasta, która związana była z wielokulturowością: Żydzi, Polacy i Niemcy żyli obok siebie, współpracowali ze sobą. Oczywiście byli tu też tacy jak ja Wielkopolanie.

Owszem były jakieś konflikty, ale czy między samymi Polakami ich nie było? Najważniejsza rzecz, która przebija z tych historii to coś, co można by nazwać „patriotyzmem najbliższego winkla”. Widać to było po pożarze Gniezna w XIX w., gdy Polacy, Niemcy i Żydzi odbudowują wspólnie miasto. Nawet cesarz Wilhelm daje na ten cel ogromne pieniądze. Nikt wtedy nie pytał, jakiej jesteś narodowości. Nie negujemy zła, które przyniosły zabory, ale trzeba pamiętać, że między zwykłymi ludźmi czasami działo się bardzo dobrze.

 

BK: Wyjmujecie zatem „spod koca” to, co przestało być widoczne.

JM: Spod koca, z szuflad, z opowieści mieszkańców. Gdy ostatnio przygotowywaliśmy Przystanek Targowisko, ktoś opowiedział niestworzoną historię, jakoby pokazywano tam w XX wieku kaszalota. Wydało mi się to nieprawdopodobne, ale znalazłem dowody archiwalne, że owszem, Norwedzy robili tour po Europie z waleniem (nie kaszalotem), byli m.in. w Gdańsku. Znaleźliśmy świadków tego pokazu w Gnieźnie, który odbył się na targowisku.

Warto więc słuchać tych opowieści i sprawdzać, bo w każdej z tych legend miejskich jest więcej niż ziarno prawdy. Bardzo często ludzie sobie tego nie wymyślają, ale po prostu inaczej zapamiętują w szczegółach. Interaktywność działa więc w dwie strony – my, prowadzący to Interaktywne Muzeum inspirujemy ludzi, ale często my też dostajemy inspiracje.

 

Muzealny Detektyw zaprasza na lekcje online Gniezno w XIX wieku, fot. J. Dzionek

Muzealny Detektyw zaprasza na lekcje online Gniezno w XIX wieku, fot. J. Dzionek

Usłyszałem też inną taką „legendę”. W kamienicy na Chrobrego 1 żył właściciel jednej z większych garbarni. Córka garbarza Ignaca podobno wyszła za szwajcarskiego lekarza, który przyjaźnił się ze Skłodowską-Curie. Opowiadał mi to 90-latek, myślałem, że może się pomylił.

Ale potem docieram do archiwów, m.in. szwajcarskich i okazuje się, że faktycznie Lazarus, mąż Herty Rogowskiej, owej córki garbarza był wybitnym radioonkologiem i współpracował z Marią Skłodowską-Curie, a Herta była jedną z pierwszych profesorów medycyny. Oczywiście bez weryfikacji, dokumentów ta opowieść byłaby tylko legendą miejską. Dziś wiemy, że tak było.

 

BK: Kim jest Muzealny Detektyw?

JM: To fikcyjna postać, w którą się wcielam za aprobatą dyrektora Bogackiego, który widział, że mogę się zająć częścią dziejów miasta poza średniowieczem. Pomysł zrodził się naturalnie, bo już wcześniej odkrywałem różne historyczne tajemnice miasta, które kocham. To osobnik w kaszkiecie, koszuli i kraciastych portkach, skrzyżowanie inteligenta i gnieźnieńskiego ulicznika z lat 20., mówiący gwarą z tamtych czasów.

Czasem jak Doctor Who zmienia czas i wtedy jest we fraku i cylindrze. Opowiada o przeszłości miasta przez pryzmat małych historii podwórkowych, jednego człowieka czy jednego wydarzenia. Stworzyłem ok. 20 felietonów Muzealnego Detektywa, jestem też autorem artykułów w prasie lokalnej. Lubię tę postać i lubię prowadzić lekcje w tym stroju z epoki. Sprawdza się to także w formie online, ale i bezpośrednio.

Staramy się w tej narracji podpierać oryginalnymi zabytkami, często takimi, które można jeszcze znaleźć na strychu, takimi jak żelazko na duszę. Stosuję często taki trik, że pokażę to, czego się nie udało pokazać filozofom, czyli duszę. I wtedy pojawia się to żelazko jako pretekst  do opowieści o przeszłości i duszy tego miasta.

 

BK: Jest Pan historycznym Scherlockiem Holmsem?

JM: Chciałbym być tak inteligentny, tu raczej jest to prosty otwarty, czasem błyskotliwy człowiek. Więcej tu chyba z detektywa Murdocha. Czerpię także z niego dlatego, że odwoływał się często do wynalazków – do Tesli czy Edisona. W tej narracji o dawnym Gnieźnie oprócz ludzi i obyczajowości ważne znaczenie ma pokazanie, jak rewolucja techniczna wpływała na losy świata i zmiany kulturowe. Wojen nie da się oczywiście ignorować, ale nie one są tu najważniejsza.

W XIX wieku w Gnieźnie widać skutki rewolucji technicznej: na Farnej sprzedawano lampy naftowe i naftę, a potem pierwsze lampy elektryczne. Wielkie znaczenie dla zmian w codzienności miało wprowadzenie kolei – ludzie rozpoczęli wyjazdy weekendowe. Tak się zmieniało życie. Skutki rewolucji przemysłowej, cudownie podjętej przez: Chłapowskich, Cegielskich, Różakolskich, Kasprowiczów – trwają do dziś. Muzealny Detektyw prawdopodobnie, któregoś dnia będzie też opowiadał i o PRL-u, przecież mimo siermięgi, kolejek i zła ludzie w tym mieście odnosili także sukcesy i przeżywali radości.

 

 

Jarosław Mikołajczyk. Gnieźnianin, dziennikarz i regionalista, animator kultury i lalkarz. Jedyny mówiący gwarą przewodnik po Szlaku Piastowskim. Edukator muzealny w Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie i popularyzator historii Gniezna. Upodobał sobie mówienie o mieście przez pryzmat wybitnych, a zapomnianych postaci tego miasta. Piewca wielkopolskich organiczników.  Umiejętności nabyte w Państwowym Studium Kulturalno-Oświatowym w Kaliszu o profilu Teatralnym (dziś Studium Animatorów Kultury) oraz UL w Błotnicy Strzeleckiej i wiedzę ze studiów na WOT łączy z pasjami historycznymi i oprowadzaniem. Znany także z działalności dla dzieci jako Pan Walizka. Laureat Nagrody Kulturalnej Miasta Gniezna “Królik” 2014.