fot. Krystian Daszkowski

Instruktaż oswajania frustracji

„W naszym dziwnym kraju zabrnęliśmy w miejsce, które jest smutne, ponure i stresogenne. Zapomnieliśmy, że życie może być przyjemne. Czuję się przytłoczona światem, który generują nam media, który przedstawia nam rząd. Stąd też narodziła się potrzeba nowej energii, takiej, którą dzieci naturalnie posiadają” – mówi Julia Szmyt, reżyserka, tegoroczna stypendystka Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury.

Jakub Wojtaszczyk: Jak oswajasz swoje negatywne emocje?

Julia Szmyt: Nie jest to łatwe! Pomaga mi w tym ruch. Pracuję w ogrodzie albo jeżdżę na rowerze. Staram się też z opóźnieniem odpisywać na maile czy wiadomości, które mną wzburzyły. Daję sobie czas na ochłonięcie. To jest dla mnie nowość, bo często działałam bardzo impulsywnie, co nie zawsze przynosiło dobre rezultaty.

 

JW: Skąd to nowe podejście?

JS: Spowodowała je pandemia. Wcześniej wszystko planowałam ze sporym wyprzedzeniem, co w obecnej sytuacji jest wręcz niemożliwe, bo każda rzecz może zmienić się z dnia na dzień. Teraz uczę się spokoju, będzie co będzie. Oczywiście staram się robić to, co założyłam, ale daję sobie przestrzeń, że może się nie udać. Próbuję się aż tak nie przejmować.

 

Julia Szmyt fot. Krystian Daszkowski

JW: Czy pandemia jest taką negatywną sytuacją, która teraz najbardziej zaburza twój dobrostan?

JS: Tak, nie jest to łatwa sytuacja. Tym bardziej, że mam dwoje dzieci w online. Trzeba organizować im naukę w domu, ułożyć dokładny plan dnia. W tej chwili rozmawiam z tobą z garażu, w którym mam swoją pracownię. Teraz w domu trudno mi znaleźć przestrzeń do pracy, nie jest mi łatwo się w nim skupić. Na pewno pandemia nie sprzyja dobrostanowi, ale są też sytuacje, które pojawiają się niezależnie od niej.

 

JW: Jakie?

JS: Dużo współpracuję z instytucjami kultury i niestety często widzę, jak te instytucje nie szanują artystek i artystów. To jest problem systemowy. Jest to strasznie trudne, ponieważ wychodzę z założenia, że takie instytucje zostały stworzone też po to, by być pośrednikiem między społeczeństwem a twórcami. Razem współpracujemy dla dobra obywateli, że tak górnolotnie to ujmę.

 

Jednak zdarza się, że instytucje zachowują się, jakby chciały wykorzystać artystki i artystów, jakby były firmami, korporacjami.

Julia Szmyt fot. Krystian Daszkowski

Jest to dla mnie bardzo stresogenne i niesprzyjające tworzeniu. Ostatnio taka „przygoda” spotkała mnie we współpracy z Estradą Poznańską, wcześniej na przykład we współpracy z Teatrem Miejskim w Lesznie. Z rozmów ze znajomymi wiem, że nie są to odosobnione przypadki. Złe praktyki uprawiane przez instytucje są różne, najczęściej problemem są umowy, a raczej ich brak. Instytucje często bardzo późno podpisują umowy, najczęściej po rozpoczęciu pracy. Uczę się nie zaczynać projektu bez podpisanej umowy, niestety nieraz jest to w kulturze naprawdę trudne…

 

JW: Czy jest na to rozwiązanie?

JS: Najwyższy czas na wypracowanie dobrych praktyk współpracy pomiędzy instytucjami i freelancerkami i freelancerami. Pandemia pokazała, jak bardzo nie działa system w kulturze. Mam pewne pomysły w tej kwestii, które planuję wdrożyć w życie – zobaczymy, czy to się uda. Żeby nie było tak koszmarnie i czarno dodam, że są też wspaniałe miejsca, gdzie szanuje się osoby, z którymi się współpracuje – takim przykładem jest Teatr Nowy w Poznaniu. Zawsze jestem pod wrażeniem profesjonalizmu tej instytucji, na każdym możliwym szczeblu.

 

JW: Czyli kultura jest na samym końcu łańcucha pokarmowego państwowych czy miejskich instytucji kultury?

JS: Tak! Najłatwiej jest uciąć dotacje na kulturę. Mam wrażenie, że wszystko, czym się zajmuję, jest zawsze pierwsze do ekonomicznego odstrzału [śmiech]. A przecież kultura jest ogromnie ważna! W czasie pandemii widać to wyraźnie. Bez oglądania filmów i seriali, czytania książek i słuchania muzyki wszyscy byśmy wariowali zamknięci w domach. Ludzie chyba nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, jak wielki procent ich życia stanowi swobodny dostęp do sztuki.

 

JW: Czy te doświadczenia wpłynęły na ideę twojego najnowszego projektu?

Julia Szmyt fot. Krystian Daszkowski

JS: Temat emocji już od dłuższego czasu chodził mi po głowie. Myślałam o nim w różnych aspektach, ale w czasie pandemii stał się mocniejszy i intensywniejszy.

 

Wszyscy mierzymy się ze stresem wywołanym strachem przed wirusem i licznymi zmianami w życiu związanymi z pandemią. Mniej lub bardziej jesteśmy od siebie odizolowani.

Przecież zazwyczaj całujemy się i przytulamy na powitanie i pożegnanie. Teraz mamy w głowie barierę. Gdy oglądam filmy sprzed lat, sama łapię się na myślach: „Oni są za blisko siebie, nie noszą maseczek” [śmiech]. COVID-19 odcisnął się w naszym sposobie bycia. Zajmowanie się powstałymi emocjami i rozbrajanie ich przy pomocy perspektywy dziecka jest dla mnie szalenie ciekawe.

 

JW: Opowiedz szerzej o tym projekcie.

JS: Projekt składa się z trzech faz. Pierwsza to ankieta, którą udostępnię dorosłym osobom z prośbą o wypełnienie. Pytać będę o radzenie sobie z emocjami – najtrudniejsze dla każdej z osób emocje oraz trudne sytuacje, które się danemu człowiekowi przydarzyły. Kiedy zbiorę i opracuję wyniki ankiet, przejdę do fazy drugiej. Zorganizuję warsztaty dla dzieci, podczas których będziemy rozmawiać i twórczo działać wokół tematu emocji. W dostosowanej do ich percepcji wersji opowiem historie dorosłych dotyczące trudnych emocji i spróbujemy razem wymyślić, jak można sobie z takimi emocjami radzić. Będziemy oswajać potwory. Przypuszczam, a nawet liczę na to, że metody oswajania wymyślone przez dzieci będą w dużej mierze bardzo abstrakcyjne.

 

Julia Szmyt fot. Krystian Daszkowski

JW: A trzecia faza?

JS: Na podstawie inspiracji z faz pierwszej i drugiej przygotuję scenariusz i stworzę animacje poklatkowe. Będą miały formę abstrakcyjnego instruktażu dotyczącego oswajania emocji.

 

JW: Czy abstrakcyjne, dziecięce podejście jest odpowiedzią na łatwiejsze pogodzenie się z negatywnymi emocjami?

JS: W naszym dziwnym kraju zabrnęliśmy w miejsce, które jest smutne, ponure i stresogenne. Zapomnieliśmy, że życie może być przyjemne; że możemy budzić się, nie myśląc o kolejnej idiotycznej wypowiedzi polityka, tylko o pięknym słońcu za oknem. Czuję się przytłoczona światem, który generują nam media, który przedstawia nam rząd. Stąd też narodziła się potrzeba nowej energii, takiej, którą dzieci naturalnie posiadają. Podobnie jak ciekawość, szacunek i łatwość w mówieniu wprost o pewnych rzeczach i stawianiu pytań. Dzieci nie mają blokad i są ciekawe inności. Tego powinniśmy się od nich uczyć. Dlatego uruchomienie perspektywy dziecka jest tak istotne.

 

JW: Czy przy konstruowaniu idei projektu podglądałaś, jak twoi synowie pracują z emocjami?

Julia Szmyt fot. Krystian Daszkowski

JS: To jest poligon doświadczalny. Bruno ma dwanaście, a Hugo osiem lat. Jesteśmy dość wybuchową mieszanką i dość mocnymi charakterami. Zdarzają nam się oczywiście kłótnie i trudne emocjonalnie sytuacje. Staramy się rozmawiać ze sobą i wspierać się na wzajem. Oczywiście bywa, że trzeba odczekać kilka godzin i dopiero wtedy zacząć przepracowywanie niektórych spraw.

 

Jednak jestem pod wielkim wrażeniem, jak bardzo Bruno i Hugo są otwarci na rozmowę o emocjach. W ich wieku tego nie potrafiłam.

Dzisiejsze dzieciaki są zupełnie innymi dzieciakami niż te z mojego pokolenia. Mają całkiem odmienną świadomość. Czasami myślę, że ta świadomość jest za bardzo dorosła. Moi synowie i wiele dzieci z ich otoczenia dużo rozmawia na przykład o ekologii. Co samo w sobie jest oczywiście dobre, ale świadomość katastrofy ekologicznej, w stronę której zmierzamy, budzi wśród wielu dzieci okropne lęki. To jest dla nich poważny problem. Dzieje się tak, ponieważ my, dorośli, spieprzyliśmy sprawę. Dzieci czują się zagrożone, a skala tego zagrożenia absolutnie przerasta to, co można w tak młodym wieku udźwignąć.

 

JW: Z czym jeszcze dzieciaki do ciebie przychodzą?

JS: Chłopcy są bardzo empatyczni. Często zwracają uwagę na moje samopoczucie. Gdy widzą, że coś nie gra, potrafią przyjść i zapytać, co się dzieje, albo po prostu mnie przytulają. Kiedy są w konflikcie z rówieśnikami, staramy się ten problem przegadać i znaleźć najlepsze rozwiązanie. Jak widzę, że coś przeskrobali i nie chcą się do tego przyznać, staram się nie naciskać, nie krzyczeć, nie karać, tylko rozmawiać. W końcu nikt z nas nie lubi mówić o tym, co źle zrobił. Najcenniejsze są te chwile, kiedy udaje im się przyznać do tego, co zrobili, albo moment, w którym potrafimy się przeprosić i przytulić po kłótni.

 

Julia Szmyt fot. Krystian Daszkowski

JW: Wspomniałaś o różnicach w młodych pokoleniach, twoich synów i twoich rówieśników. Jakie, prócz świadomości ekologicznej, dostrzegasz różnice?

JS: Dzisiaj młodzi ludzie czują się partnerami dorosłych. Ten kontakt jest bardziej naturalny. Dzieciaki nie wstydzą się starszych pokoleń. Kiedy przychodzą do nas koleżanki i koledzy chłopaków, nie ma bariery dorosły – dziecko; ich zabawy dzieją się w całym domu, nigdzie się nie zamykają, nie chowają.

 

Moje pokolenie było bardziej zawstydzone, byliśmy postawieni niżej w hierarchii niż osoby dorosłe. Zamykaliśmy się w swoich pokojach, we własnej przestrzeni.

Dystansowaliśmy się. Ta otwartość zdecydowanie jest największą różnicą.

 

JW: Czy wynika to z tego, że my, jako dorośli, jesteśmy teraz bardziej otwarci na dzieciaki, bo nasi rodzice tacy nie byli?

JS: Na pewno żyjemy w innym świecie i myślimy inaczej od naszych rodziców. Ja staram się dać dzieciom to, czego sama nie dostałam – czego mi brakowało. Od zawsze partnerska relacja jest dla mnie bardzo ważna. Co nie do końca podobało się niektórym osobom z mojej rodziny, które chciały temperować moje podejście wychowawcze. Mówiły, że popełniam błędy. Pewnie takie się zdarzały, ale też mam poczucie, że nawiązałam świetny kontakt ze swoimi synami. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Jako nastolatka alienowałam się od rodziny. Jestem ciekawa, jak Bruno i Hugo będą przechodzić ten okres i jak nasz kontakt wtedy będzie wyglądać.

 

JW: Czy fakt, że jesteś artystką i masz podejście równościowe, pomaga w dotarciu do dzieciaków?

Julia Szmyt fot. Krystian Daszkowski

JS: Na pewno tak, ale posiadanie mamy artystki bywa też trudne. Kiedy Bruno miał sześć, a Hugo dwa lata, wyjechałam studiować dzienną reżyserię do Warszawy. Mama znikała na połowę tygodnia!

 

Niewątpliwie mój rozwój artystyczny był dla nich trudny. Ale z drugiej strony uważam, że też na nim skorzystali – mieli i mają kontakt z superciekawymi ludźmi.

Wciągam ich w moje projekty – mieli szansę nagrywać słuchowisko w studiu Polskiego Radia – myślę, że to musi być niesamowita, magiczna przestrzeń dla dziecka. Zagrali w filmach, które robiłam, robiliśmy razem animację. Mają szansę doświadczyć zupełnie innego rodzaju edukacji. Znają proces powstawania filmu – piszą własne scenariusze i nagrywają filmy. Nawet w jednym filmie Bruno miałam przyjemność wystąpić. Oczywiście to, co robią rodzice, jest dla dzieciaków zawsze mocno inspirujące. Moja mama jest prawniczką, razem z siostrą w dzieciństwie podpisywałyśmy ze sobą umowy, na przykład o podział pokoju [śmiech]. Widzę, że takie dzielenie się swoim światem z dziećmi jest bardzo ważne i otwiera nowe perspektywy.

 

JW: Wróćmy do dorosłych. Masz jakieś oczekiwania wobec ankiet, które wśród nich przeprowadzisz? Nie obawiasz się głównie covidowych odpowiedzi?

Julia Szmyt fot. Krystian Daszkowski

JS: Nie mam konkretnych przewidywań. Nie kierunkowałam sobie w głowie, co mogę otrzymać. Mam plan tak skonstruować ankietę, żeby jak najmniej ograniczała obszar tematyczny. Czasami, kiedy szukam inspiracji do tekstu, który piszę, albo do przedstawienia, zadaję znajomym pytania na Facebooku. Ostatnio pytałam o to, czego ludzie bali się w dzieciństwie, albo o koszmary senne z dzieciństwa, albo czym byli straszeni przez dorosłych w dzieciństwie. Innym razem – z czym wizualnie kojarzy się wolność, kiedyś też o marzenia. Pojawiają się bardzo ciekawe komentarze. Liczę więc, że ankiety też przyniosą ciekawe historie.

 

JW: W swoich projektach dla dzieciaków poruszasz wiele tematów, np. „Dorosło” to opowieść o przemijaniu, a „Halo Kosmos!” to z kolei zmysłowisko o kosmicznych przygodach, podczas którego pozbawiasz ludzi wzroku. Co jest takiego fascynującego w pracy z najmłodszymi?

JS: Pozbawianie ludzi wzroku brzmi trochę przerażająco – raczej zachęcam do zamknięcia oczu (śmiech). Biorąc pod uwagę, co dzieje się w naszym kraju, czyli wrogość, złe emocje, praca z dziećmi i dla dzieci jest moją prywatną misją. To trochę pozytywistyczne myślenie, taka praca u podstaw, która z wiekiem staje mi się coraz bliższa. Bardzo bym chciała, aby jak największa liczba dzieci myślała w sposób otwarty, nie bała się inności i przejawiała postawy tolerancyjne. To moje marzenie, by Polska zmieniła się pod tym względem, żebyśmy szanowali swoje odmienności. Taki mam cichy plan zmiany świata.

 

JW: W  „Różnych Początkach Tego Samego Świata”, również wykonaną metodą poklatkową animacji, opowiadałaś o narodzinach świata z różnych perspektyw. Jednak konkluzja była jedna: świat nadal jest jeden – wspólny dla wszystkich. Dzieciaki, stykając się z polską polityką historyczną proponowaną przez obecny rząd, mogą mieć co do tego wątpliwości. Czy myślisz, że nauka świadomych postaw spada głównie na rodziców i nauczycieli_ki?

JS: W tej chwili jesteśmy zdani w dużej mierze na siebie. Na państwo raczej nie można liczyć. Nie pomaga, wręcz działa na naszą niekorzyść. Mam to szczęście, że moje dzieciaki chodzą do szkoły waldorfskiej w Poznaniu, którą uważam za świetną placówkę ze wspaniałą kadrą. Nauczyciele i nauczycielki mają szacunek dla dzieci, dla ich odmienności i indywidualności. Nawet w tym strasznym online bardzo dobrze sobie radzą. Rodzice mają też totalne wsparcie w wychowaniu dzieciaków. Jednak wiem, że jestem w uprzywilejowanej mniejszości. Sama słyszę różne historie ze szkół systemowych. Jakiś czas temu graliśmy spektakl „Dziwne zwierzęta”. Odwiedzały nas różne szkoły i przedszkola.

 

Mieliśmy okazję przed rozpoczęciem spektaklu słuchać, jak nauczycielki i nauczyciele rozmawiają z dziećmi i jak ich stosunek do dzieci wpływa na zachowanie maluchów.

Grupy, w których komunikowano się z dziećmi z szacunkiem, były zazwyczaj spokojniejsze – dzieci same czuły odpowiedzialność za swoje zachowanie. Kiedy pojawiało się wrzeszczenie na dzieci, to dzieci musiały jakoś tę sytuację odreagować – wierciły się, krzyczały, przeszkadzały. Zawód nauczyciela nie jest u nas szanowany. Powinno być inaczej, to przecież jeden z najważniejszych zawodów. Jeśli tego nie zmienimy, to nasz kraj nie będzie się dobrze rozwijał. Brak rozwoju doprowadzi do jeszcze większej frustracji i następnej fali negatywnych emocji, z którymi coraz trudniej będzie umieli sobie poradzić.

 

Julia Szmyt – reżyserka, aktorka, coach. Absolwentka reżyserii w Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Warszawie, absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, absolwentka Podyplomowego Studium Coachingu w Laboratorium Psychoedukacji i w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej w Warszawie. Dwukrotna stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Stypendystka Marszałka Województwa Wielkopolskiego. Jako aktorka i reżyserka realizuje przedsięwzięcia artystyczne z dziedziny teatru, happeningu i filmu skierowane do widzów dorosłych i dzieci.