fot. Mariusz Forecki

Instynkt i porządek

 „W sztuce ważny jest instynkt. Poczucie, że to, co tworzysz, musi być właśnie takie, choć nie do końca wiesz dlaczego. Gdy rysuję, fizyczność narzędzia, gestu kojarzy mi się właśnie z czymś pierwotnym, bliskim natury” – mówi grafik i wykładowca Marcin Markowski.

URSZULA PUTYŃSKA, KAROL FRANCUZIK: Zanim na dobre wpisałeś się w poznańską przestrzeń artystyczną, studiowałeś na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. To ważne doświadczenie w twojej biografii?

MARCIN MARKOWSKI: Dwa lata studiowania w Gdańsku to rzeczywiście ważny dla mnie czas. Dużo wtedy malowałem i mam wrażenie, że miało to istotny wpływ na moje późniejsze projekty. Pierwsze lata studiów były niezwykle intensywne, w pracowni spędzaliśmy dużo czasu, praktycznie tam żyliśmy. Wydawało nam się, że jesteśmy artystami, że zmienimy świat – w emocjach, w rozmowach na ostro, toczyliśmy boje o ulubionych malarzy.

Wspominam ten czas jako bardzo głębokie zanurzenie się w malarstwo, spotkanie ze sztuką czystą. Dziś mi tego brakuje. Od wielu lat zajmuję się przede wszystkim projektowaniem, pracuję na pograniczu designu i sztuki. Realizując zamówienie, wykonuję zadanie, muszę „zmieścić się” ze swoim pomysłem w określonym temacie, odpowiedzieć na pytanie. Myślę, że właśnie z tęsknoty za tamtym doświadczeniem wziął się projekt muzyczny – zespół Morga.

Do Morgi zaraz wrócimy. Wyjaśnij, co rozumiesz pod pojęciem sztuki czystej?

Najkrócej i najprościej: chodzi o poczucie, że to, co tworzysz, nie jest ograniczone zobowiązaniem – do spełnienia jakiś oczekiwań, do działania w pewnych ramach. A trochę poważniej czy „mądrzej”: byłaby to sztuka nieuwarunkowana zewnętrznymi czynnikami o charakterze utylitarnym.

Projektowanie jest przede wszystkim użytkową formą sztuki, ma konkretny cel. Z muzyką przyszła możliwość swobodnej ekspresji, a tego rodzaju zanurzenia się w sztuce od dawna już potrzebowałem.

Nie jest to całkiem nowe doświadczenie, muzyka zawsze była gdzieś blisko, jeszcze w Kartuzach, skąd pochodzę, miałem z chłopakami band jazz-rockowy. To, co wtedy graliśmy, pozbawione było jeszcze szerszej myśli: gdyby szukać dla tego brzmienia odniesienia w języku plastycznym, byłaby to abstrakcja.

A jak byś określił muzykę Morgi? Czerpiecie z poezji, tradycji, kultury religijnej – to inspiracje, które „poszerzają” myśl?

To, co teraz robimy, osadzone jest w kontekście eschatologicznym – przynajmniej ja to tak rozumiem. Pojawiają się odniesienia do spraw ostatecznych, do religii i religijności, do folkloru, ale folkloru pojmowanego jako pewien sposób myślenia – nazwałbym go podejściem „tak – tak, nie – nie”. W moim odczuciu sztuka ludowa jest bezkompromisowa: czy się kocha, czy nienawidzi – zawsze na maksa.

Marcin Markowski

Marcin Markowski, fot. Mariusz Forecki

Przy szukaniu melodii i pisaniu tekstów sięgam do wspomnień i doświadczeń z dzieciństwa, zapamiętanych obrazów. A te związane są właśnie z religią, tradycją, z żywą obrzędowością. Gdy szukam słów, inspirację znajduję często w utworach ludowo-religijnych.

Gdybyś wrócił do malarstwa, również kierowałbyś się w tę stronę?

Tak, na pewno. Religijność tkwi głęboko we mnie, zawsze była dla mnie ważna. Już na drugim roku studiów zacząłem malować cykl ukrzyżowań, fascynuje mnie malarstwo Matthiasa Grünewalda, którego obrazy traktuję jako punkt odniesienia do wszystkiego, co pojawiło się później w sztuce w kontekście tematów religijnych.

To sprawy, które w moim życiu stale gdzieś krążą, w naturalny sposób przenikają do tego, czym się zajmuję – a co nie jest pracą na zamówienie.

Co w takim razie daje ci religijność, myślenie religijne czy myślenie religią?

Jeśli do tego, co robię, szukam inspiracji we własnych doświadczeniach, wspomnieniach z dzieciństwa, religia staje się oczywistym źródłem. Z tego wyrosłem, wychowałem się w rodzinie, w której religia była zawsze i była ważna. Często więc obrazy z przeszłości, które teraz do mnie wracają, zakorzenione są w tym, co nazywać można „myśleniem religijnym”.

Pogrzeb babci, kondukt żałobny, pieśni religijne – to wszystko musiało zrobić na mnie kiedyś ogromne wrażenie, dziś wraca i mogę z tego czerpać. Te doświadczenia siłą rzeczy ujawniają się też w muzyce. Pracując nad piosenkami, w formie zapośredniczonej, zmodyfikowanej, odwołuję się na przykład do pieśni kościelnych. W religijno-ludowej kulturze najbardziej mnie interesuje i porusza pewna siła, która wynika z uzgodnienia, wydawałoby się przeciwstawnych pojęć: porządku i instynktu.

Marcin Markowski

Marcin Markowski, fot. Mariusz Forecki

 

Instynktu?

Wydaje mi się, że w sztuce w ogóle ważny jest instynkt. Poczucie, że to, co tworzysz, musi być właśnie takie, choć nie do końca wiesz dlaczego. Mówię o instynkcie, a nie o intuicji, bo sztukę odbieram bardzo fizycznie. Gdy rysuję, ta fizyczność narzędzia, fizyczność pewnego gestu kojarzy mi się właśnie z instynktem, z czymś pierwotnym, bliskim natury.

I taki wymiar ma też dla mnie religijność. Myślę, że dla artysty, również artysty projektanta, najważniejsze jest umiejętne zestawienie porządku i instynktu. Jeśli patrzysz na gwiazdy, wydaje ci się, że są chaotycznie rozsypane, ale wiesz, że galaktyki układające się w spirale odpowiadają ciągowi liczb Fibonacciego.

Chaos jest najwyższą formą porządku – i jeśli przełożyć to na sztuki plastyczne, właśnie przedstawienie chaosu jest prawdziwym wyzwaniem. Narysowanie „gryzmołów”, formy czy konstrukcji sprawiającej wrażenie nieprzemyślanej, poprzedzone jest dużym wysiłkiem i właśnie, niejednokrotnie instynktowną, próbą kontrolowania chaosu.

Jeśli wskazać „fizyczny” rezultat takiej próby, będzie to twoja okładka do książki poetyckiej Piotra Jaska „uważam że cię kocham” – bazgroły przyciągają, to obraz wiarygodny chyba właśnie dzięki swojej spontaniczności.

Gryzmoły są naturalne. Siła gryzmołów tkwi w prawdzie, bo one niczego nie udają, są prawdziwym zapisem emocji. Oczywiście te konkretne, wspomniane przez was gryzmoły, wynikają z ujarzmienia pewnej chaotyczności [śmiech].

Marcin Markowski, Piotr Jasek

Piotr Jasek, „uważam, że cię kocham”, Wydawnictwo Wolno, Lusowo 2019, fot. Marta Baszewska

 

Zamykając jeszcze wątek gdański…

Więc jednak porządek! [śmiech]

Absolutnie – i pytanie też będzie próbą ustalenia pewnego porządku: wskazałbyś gdańskich profesorów, którzy w jakimś stopniu cię uformowali albo wywarli wpływ na twoje myślenie o sztuce?

Dwie najważniejsze osoby to profesor Tomasz Bogusławski, grafik i świetny plakacista, a także profesor Henryk Cześnik. Z kolei w Poznaniu są to profesorowie Mirosław Adamczyk i Grzegorz Marszałek. Bez wątpienia ich prace i podejście do sztuki miało wpływ na to, co później robiłem. W przypadku Cześnika powiedziałbym też o pewnym podobieństwie wrażliwości i sposobu myślenia o samej formie.

 

Czyli jakiego „sposobu myślenia”?

Chodzi właśnie o instynkt i ekspresję. Podążanie za ekspresją, która wynika z instynktownych przeczuć, z czegoś, co jest niezwykle fizyczne. Odnieść to też można do samego odbioru sztuki. Niektóre z prac Grünewalda, Francisa Bacona, Cześnika czy Eugeniusza Markowskiego odbieram w sposób fizyczny: czuję, że to, co widzę, musi być właśnie takie.

Mam wrażenie, że to artyści, którzy tworzą lub tworzyli, poddając się instynktowi. Czuli, że tę krechę muszą pociągnąć właśnie tak, a nie inaczej… Tu bym wrócił do idei porządku. Pewne rzeczy po prostu są, kwestia dotyczy tylko tego, czy damy im się ponieść.

Z muzyką jest podobnie. Nie mam wykształcenia muzycznego, gram instynktownie. Pamiętam, jak kiedyś szukałem dźwięków, które przekażą to, co chcę wyrazić. Próbowałem – i gdy w końcu coś z tego wyszło, zawodowy muzyk powiedział, że odtworzyłem istniejącą skalę, że to już zostało zapisane. Okazało się więc, że dźwięki, które instynktownie ułożyłem w całość, obecne są już w pewnym nazwanym, opisanym porządku.

Marcin Markowski

Marcin Markowski, fot. Mariusz Forecki

 

A od czego wychodzisz jako grafik, realizując konkretne zamówienie?

Dla mnie jako grafika najważniejsze jest słowo. W szczególny sposób uświadamia mi to praca przy plakacie: nazwanie tematu jest punktem wyjścia do zrobienia obrazu. Odwołując się do doświadczenia akademickiego: studentom staram się wskazywać wagę niuansów, konieczność precyzyjnego dobierania słów do opisu danego problemu.

Bardzo ważne jest wyjściowe zdefiniowanie pojęć, bo z tego pierwotnego rozumienia wynika ostateczny komunikat. W projektowaniu kluczowe jest, by nazwać problem, opisać go, wypowiedzieć właściwe słowo.

Nie kłóci się to z instynktownością, o której mówiłeś? Instynkt wymyka się chyba zdefiniowaniu i precyzyjnemu opisowi.

W tym miejscu zaznaczałaby się linia graniczna między projektantem a artystą. W moim odczuciu sztuka pojawia się właśnie w momencie wyjścia poza wyłącznie logiczne – ale na pierwszym etapie niezbędne – nazywanie danego zagadnienia i pracę na poziomie instynktownym.

Marcin Markowski

Marcin Markowski, fot. Mariusz Forecki

 

Postulujesz możliwość odejścia od klasycznej definicji plakatu i rozszerzenie jej na inne formy wypowiedzi wizualnej – w twoim rozumieniu plakatem może być instalacja przestrzenna czy wydawnictwo. Nie masz obawy, że w konsekwencji, chyba jednak radykalnego, rozszerzenia pojęcia okaże się, że plakatem nazwać można zdecydowaną większość komunikatów wizualnych?

Bliska jest mi refleksja Waldemara Świerzego, który powiedział kiedyś, że plakat to sposób myślenia. I ten sposób myślenia przełożyć można na różne formy.

Klasyczna definicja niekoniecznie się sprawdza, gdy zestawić ją z niektórymi pracami, które formalnie wychodzą poza ramy tradycyjnie rozumianego plakatu, ale posługują się typowymi dla niego środkami. Esencją form, które nazywam plakatem, jest komunikat wizualny wyrażony zrozumiałym, skrótowym i metaforycznym językiem.

Długo mierzyłem się z tym zagadnieniem, rezultatem moich refleksji i prób nowego zdefiniowania tego medium jest między innymi książka „100 × 70 przestrzeń plakatu”. Oczywiście to kwestia złożona i wciąż otwarta na dyskusje.

W książce ujmuję to metaforycznie – problem z jasnym zdefiniowaniem, co jest, a co nie jest plakatem, porównać można do próby określenia barwy światła rozszczepionego w pryzmacie: to ciepła żółć czy już pomarańcz?

Plakat miałby więc być kategorią nadrzędną dla określenia różnych mediów, które posługują się wymienionymi przez ciebie środkami i pełnią określoną funkcję?

Według mnie najważniejsza jest idea, a forma wypowiedzi jest wobec niej drugorzędna. Wychodząc od konkretnej refleksji, możesz ją rozwinąć w wielu formach wizualnych, więc może być to zarówno instalacja przestrzenna, ilustracja czy wydawnictwo. Jeśli spina to jedna myśl, jedna idea – która jest kluczowa w projektowaniu – nie ma znaczenia, czy robisz plakat, czy ilustrację.

Takie podejście umożliwia rozwijanie plakatu w różnego rodzaju formy wypowiedzi plastycznej.

 

W ubiegłym roku otrzymałeś prestiżowe nagrody za projekty graficzne książek „Art Brut Różnorodnie” pod redakcją Joanny Daszkiewicz i Sonii Rammer i „Od zakazu do wolności. Historia prawnej pozytywizacji wolności twórczości artystycznej” Mateusza Bieczyńskiego, ale lista wyróżnień twoich prac, również plakatów i identyfikacji wizualnych, jest znacznie dłuższa. Tego rodzaju potwierdzenie ma dla ciebie znaczenie, daje satysfakcję?

Nagrody są jak chłodna woda na kacu [śmiech]. Oczywiście to ogromna przyjemność, ale chwilowa. To nie nagrody dają prawdziwą satysfakcję.

 

Wracając jeszcze do wagi słowa, którą podkreślałeś w kontekście pracy grafika. Jesteś autorem również nagradzanych identyfikacji wizualnych poznańskich festiwali literackich: Poznania Poetów czy Festiwalu Fabuły. Można odnieść wrażenie, że dobrze czujesz się w przestrzeni literatury.

To nie takie oczywiste [śmiech]. Podstawowa trudność polega na wyłuskaniu tematu, który wizualnie opracowuję. Gdy tym „materiałem wyjściowym” jest na przykład sztuka teatralna, mam do dyspozycji konkretny problem, bohaterów, fabułę, sensy, do których mogę się odnieść. W przypadku festiwali literackich najtrudniejsze jest wskazanie problemu, wokół którego mogę pracować. Ale to jednocześnie wyzwanie.

Mam wrażenie, że z każdą kolejną edycją uczę się i rozwijam, coraz głębiej wnikam w istotę rzeczy. Z dotychczasowych realizacji najbardziej lubię „grzałkę”, czyli Poznań Poetów 2017.

Marcin Markowski, Poznań Poetów 2017

Plakat Festiwalu Poznań Poetów 2017. Projekt: Marcin Markowski

Dlaczego?

Grzałka jest najmądrzejsza [śmiech]. Zinterpretowałem poezję i literaturę w ogóle jako formę sztuki, która potrafi poparzyć, potrafi być nieprzyjemna, może nawet zranić. A więc działa, porusza, może coś wymusza? Często dotyka tematów trudnych i bolesnych, właśnie parzących, czasem palących. I w tym jest jej siła.

Pytanie na koniec, a może tak naprawdę na początek: wykładowca, grafik, plakacista, malarz, muzyk… Która z tych dziedzin jest dla ciebie kluczowa albo która w tym momencie jest ci najbliższa?

Zawodowo jestem grafikiem, tym się zajmuję i na tym się znam, ale na pewno malarstwo i muzyka to dziedziny dla mnie ważne. Najchętniej myślałabym o sobie jako o twórcy – tworzę różne rzeczy. Po prostu. Muzyka jest mi teraz wyjątkowo bliska, chyba przez ten rodzaj wolności, który daje.

W grafice osiągnąłem pewne rzeczy, w tej dziedzinie jestem już ugruntowany, może nawet czuję się tym trochę przesycony. Podejrzewam, że właśnie dlatego muzyka, która zawsze gdzieś w moim życiu była, teraz stała się dla mnie tak ważna. Odkrywam ją dla siebie na nowo. Jest jak nowa dziewczyna – tajemnicza, nieznana, intrygująca [śmiech].

 

MARCIN MARKOWSKI (ur. w 1978 r. w Kartuzach) – grafik, wykładowca na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Autor plakatów, wydawnictw i identyfikacji wizualnych oraz opraw plastycznych. Współpracuje z instytucjami kulturalnymi (m.in. Teatr Polski w Poznaniu, Teatr Wielki w Poznaniu, Teatr Syrena w Warszawie, Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu), a także z wydawnictwami. Uczestnik krajowych i międzynarodowych wystaw plakatu oraz grafiki wydawniczej (m.in. w Polsce, Chinach, Japonii, Boliwii, Słowacji, Bułgarii, Węgrzech i USA). Za twórczość projektową otrzymał wiele prestiżowych nagród. Jego prace publikowane były w wielu wydawnictwach, katalogach i czasopismach na całym świecie. Współzałożyciel zespołu Morga (który tworzą: Joanna Markowska – śpiew; Marcin Markowski – gitara; Grzegorz Myćka – bas; Wojciech Luchowski – bębny). Autor książki „100 × 70 przestrzeń plakatu” (2018).