fot. Mariusz Forecki

Jarocin to festiwal młodości

Jarocin, jego historia i palma pierwszeństwa to wielki przywilej i zobowiązanie. To na pewno odróżnia ten festiwal od innych tego typu imprez w Polsce. Również jego społeczna rola w latach 80. to coś bezprecedensowego w historii polskiej muzyki – mówi Michał Wiraszko, dyrektor artystyczny Jarocin Festiwalu.

SEBASTIAN GABRYEL: W powszechnym przekonaniu, Jarocin to wciąż festiwal stricte rockowy. Tymczasem z roku na rok jego program wydaje się coraz bardziej eklektyczny. Różnorodność gatunków to odpowiedź na potrzeby waszej publiczności? A może raczej próba oduczenia jej części muzycznego konserwatyzmu?

MICHAŁ WIRASZKO: To przede wszystkim jarociński znak rozpoznawczy – stawianie na młodość i aktualność w muzyce. 

 

Gdyby Jarocin miał być do dziś rdzenny w swojej formule, to musiałby być czymś na kształt „festiwalu piosenki folkowej i nie tylko” dla młodych, obiecujących. 

Umówmy się: od 1970 roku w muzyce zmieniło się literalnie wszystko, więc gdyby Jarocin nie nadążał za tymi zmianami, to nie dałby polskiej muzyce takich zespołów jak Hey, Dżem, TSA, a nawet – w jakimś stopniu – Dawida Podsiadły, laureata festiwalu z zespołem Curly Heads. Myślę, że to „powszechne przekonanie” odnosi się do głośnej – i koniec końców – smutnej historii festiwalu, będącego pierwszym zarzewiem kontrkultury w opozycji do komunizmu i jednocześnie pierwszą ofiarą kapitalizmu.

 

W 1994 roku festiwal zniknął na ponad dekadę w wyniku zamieszek. Dał podwaliny pod polską branżę koncertową, po czym sam umarł. Potrzeba było kolejnej dekady, by mógł odnaleźć swoją tożsamość.

Rock zawsze był, jest i będzie jego ważnym elementem, ale sprowadzanie Jarocina do jednego gatunku to poważne nadużycie.

 

Interesuje mnie, w jaki sposób pracujesz nad programem festiwalu. Na ile line-up to wypadkowa twoich preferencji? I co w jego kontekście jest dla ciebie największym powodem do dumy?

Głównie kieruję się aktywnością danego artysty w danym roku. Jeśli ma nowy materiał, koncertuje i wzbudza zainteresowanie, to drzwi na nasze festiwalowe sceny są dla niego otwarte. Niestety, musimy też mierzyć siły na zamiary. Nie zawsze stać nas na wymarzonego artystę. Poza tym co roku zależy nam na projektach jednorazowych, wyjątkowych i takich, które mają swój początek w Jarocinie. W ubiegłym roku był to projekt Motyw: Niemen i koncert Krzyśka Zalewskiego. W tym roku bardzo się cieszę na pierwszy w Polsce koncert Pussy Riot oraz szerokie zaangażowanie Johnny’ego Rottena w festiwal.

MICHAŁ WIRASZKO – dyrektor artystyczny Jarocin Festiwal, wokalista i gitarzysta, najbardziej znany jako frontman poznańskiego zespołu Muchy

Jednym z ambasadorów tegorocznej edycji festiwalu jest Wojciech Mazolewski – największy punk wśród polskich jazzmanów. Co twoim zdaniem jest największą siłą jego twórczości? I czym ujmuje cię prywatnie, jako osoba?

Wojtek to muzyk z krwi i kości. Podoba mi się w nim to, że skupia się głównie na graniu muzyki – on po prostu robi swoje. Nie reprezentuje jednego gatunku czy nurtu, ale poszukuje i poszerza swoje horyzonty z każdym projektem. To bardzo uczciwe, „koszerne” podejście do uprawiania zawodu muzyka. Myślę, że specjalny koncert Punk Freud Army z zacnymi gośćmi, poświęcony także osobie zmarłego niedawno Roberta Brylewskiego, może być wspaniałym zwieńczeniem festiwalu.

 

Jarocin to nie tylko muzyka, ale również literatura. Po co festiwalowi choćby Sylwia Chutnik czy Andrzej Stasiuk?

Jarocin zawsze był festiwalem słowa. Padały tu mocne wersy, manifesty i deklaracje. Literatura – choć nie w wymiarze komercyjnym – wciąż jest narzędziem, które zmienia tę planetę. W połączeniu z muzyką jest narzędziem szczególnie mocnym i skutecznym. Dlatego nie może i nie zabraknie słowa w Jarocinie.

W ramach festiwalu odbędą się Jarocińskie Rytmy Młodych. Przeglądy debiutantów wciąż mają taką siłę sprawczą jak Wielkopolskie Rytmy Młodych w latach 70.?

Konkurs debiutantów to znak rozpoznawczy, siła i koło zamachowe tego festiwalu, chyba też jedyna gwarancja aktualności. Jarocin dał Polsce plejadę ważnych postaci i chcemy temu konkursowi przywrócić należną moc. To zresztą już się dzieje, bo o finalistach i laureatach robi się coraz głośniej. Myślę, że przy wsparciu jakiegoś rozsądnego sponsora Rytmy Młodych mogą być odtrutką na wszędobylskie i powtarzalne do znudzenia programy typu talent show.

 

Nielsen Music opublikował raport najlepiej sprzedających się płyt w USA w pierwszej połowie 2018 roku. Jego wyniki nie są optymistycznie – muzyka rockowa wciąż traci na popularności, dziś stanowiąc jedynie 23 procent amerykańskiego rynku. Będzie jeszcze gorzej?

Rock spełnił już swoją kulturotwórczą funkcję i zmienił świat na zawsze. Siłą rzeczy, żadne zjawisko nie jest wieczne. Nie wiem, czy będzie gorzej i czy to w ogóle oznacza „gorzej”. Na pewno będzie inaczej.

 

W kontekście kondycji rocka warto wspomnieć o raperze Quebonafide – obecnie jednej z największych gwiazd polskiego hip-hopu – który wystąpi na dużej scenie w ostatni dzień festiwalu. W swoim najnowszym projekcie Taconafide, z wielkim sukcesem tworzonym wspólnie z Taco Hemingwayem, mocno inspiruje się gwiazdami rocka: Metalliką, Led Zeppelin, Republiką… Duet nawiązuje do nich w tekstach, samplach, oprawie wizualnej. Czy można powiedzieć, że dzięki hip-hopowi, rock zyskuje drugie życie?

Jak najbardziej. Epoki powinny czerpać z siebie nawzajem. Filozofia samplingu przeniosła sztukę muzyczną na nowe poziomy i rejony. Jestem wielkim fanem wyobraźni i polotu w przekraczaniu granic – zwłaszcza w sztuce. To najlepszy gwarant rozwoju i dowód na nieśmiertelną wrażliwość gatunku ludzkiego.

 

Przypomniała mi się teraz niedawna wypowiedź Stevena Wilsona, niegdysiejszego lidera kultowego Porcupine Tree, który stwierdził, że „współczesny rap jest bardziej innowacyjny niż współczesny rock”. Choć Wilson wciąż należy do jego sceny, nie bał się powiedzieć tego wprost. Ty podpisałbyś się pod jego opinią?

Zdecydowanie. Raperzy walczą słowem tak jak niegdysiejsi rockmani. Rock miał swoje 20–30 lat największej popularności, ale od lat 90. konsekwentnie ustępuje miejsca coraz to nowszym gatunkom muzycznym. To wspaniałe zjawisko. Naturalnie tworzy się coraz więcej hybryd i gatunkowych ewolucji. Myślę, że rock and roll będzie stałą składową naszej cywilizacyjnej kultury, a jego popularność będzie sinusoidalnie wzrastać i zamierać. Obserwowanie zjawisk w szerokim ujęciu to prawdziwa nauka człowieczeństwa.

 

Na początku 2010 roku zrezygnowałeś z bycia dyrektorem artystycznym festiwalu. Jak po latach oceniasz tamtą decyzję i dlaczego – również po latach – zdecydowałeś się powrócić? Drugi raz wszedłeś do tej samej rzeki…

Wówczas zrezygnowałem kilka dni po wydaniu drugiej płyty Much pt. „Notoryczni debiutanci”. Szykowała się nam długa i wyczerpująca trasa, wiedziałem, że nie jestem w stanie trzeci rok z rzędu ciągnąć tych dwóch wielkich projektów jednocześnie. Nie martwiłem się o festiwal, bo przekazałem go w dobre ręce agencji Go Ahead, która prowadziła go przez kolejnych 5 lat. Jednak od 2015 roku zacząłem przygotowywać od strony artystycznej projekty specjalne dla Jarocina. Najpierw była to „Powracająca fala”, potem „Nowsza Aleksandria” – i oba te koncerty odbiły się szerokim echem. Mój powrót do festiwalu odbył się bardzo naturalnie. Ten festiwal to już duża część mojego życia i jego nierozerwalny element. Jestem dumny z takiego obrotu spraw.

 

Co twoim zdaniem jest najważniejszą wartością festiwalu w Jarocinie? Co najbardziej – również dziś – odróżnia go od innych?

Jego historia i palma pierwszeństwa to wielki przywilej i zobowiązanie. To na pewno odróżnia go od innych tego typu imprez w Polsce. Również jego społeczna rola w latach 80. to coś bezprecedensowego w historii polskiej muzyki. Jak wspominałem wcześniej,

 

to zawsze był festiwal myślący, festiwal słowa. Również festiwal młodości, który wykreował pokolenia polskich muzyków.

To jego wspaniały atrybut na tle innych, zwłaszcza tych skomercjalizowanych imprez.

 

Jak widzisz festiwal w kolejnych latach? Pytam nie tyle o pomysły na konkretne wydarzenia w jego ramach, ile o ogólną wizję.

Za dwa lata Jarocin Festiwal kończy 50 lat. Niewiarygodne, prawda? To dobry i wystarczający czas, żeby nową formułę doprowadzić do perfekcji, pokłonić się temu półwieczu z honorami i z rozmachem rozpocząć kolejne – miejmy nadzieję – 50 lub więcej lat.

 

CZYTAJ TAKŻE: Festiwal w Jarocinie: niezależność i swoboda. Zdjęcia archiwalne