fot. Dawid Tatarkiewicz

Jedno miejsce, wiele historii

Do Dziekanowic jechałem z mieszanymi uczuciami. Nie wiedziałem po prostu, czego mam się spodziewać. Kiedy zjechałem z głównej drogi, nic nie wskazywało jeszcze, co zobaczę za najbliższym zakrętem.

Owszem, mijałem pojedynczych rowerzystów, jednak to, co ujrzałem chwilę później, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Było już po dwunastej, pokazy zaczęły się więc przeszło godzinę wcześniej.

Kolejka

Oczom moim ukazała się gigantyczna kolejka do kasy, a przez ulicę przechodzili już kolejni ludzie, by zasilić jej szeregi. Dwa radiowozy z włączoną sygnalizacją świetlną widoczne były z daleka i dyscyplinowały kierowców, którzy i tak wjeżdżali na parking w miejscu zakazu – za dużo się działo, by wszystko spostrzec w porę.

 

Parking pękał w szwach, co mogłem obserwować z kolejki po bilety.

Dłuższej zresztą niż do sklepu w czasach mojego dzieciństwa, które przypadło na poprzedni ustrój państwowy. Kiedy odstałem kilkanaście minut, podeszła do nas pani z plakietką organizatora. Poinformowała, że od strony wsi również można się dostać na wydarzenie.

 

fot. Dawid Tatarkiewicz

fot. Dawid Tatarkiewicz

„Tu będą Państwo stali jeszcze z dwie godziny – motywowała opieszałych – Jest tam strefa otwarta dla wszystkich, a gdyby ktoś chciał dostać się do „Żywego Skansenu”, wystarczy kupić bilet. Tam też jest kasa.”

 

Ruszyłem więc – to raptem dziesięć minut drogi z wykorzystaniem własnych nóg. Tam również nie brakowało już aut i ludzi. Miałem przyjemność być na tej inscenizacji po raz pierwszy, ale od razu z jej corocznymi bywalcami i to od nich dowiedziałem się, że zwiedzających jest więcej niż zwykle. 

 

„Pewnie to efekt pandemii, ludzie chcą odreagować.” – skwitowałem.

 

Na wstępie omietliśmy wzrokiem liczne kramy, tworzące swoisty dziedziniec. Oferowały różne smakowitości regionalne. Na jednym ze skrzydeł prym wiodły miody, na innym: wypieki gospodyń. Postanowiliśmy jednak pójść do skansenu, by obejrzeć, jakie atrakcje przygotowano dla przybyłych i wciąż przybywających turystów.

 

Przedostaliśmy się do niego wąską ścieżka, przechodząc po drodze przez zaimprowizowaną, ale szczelną i strzeżoną „kasę terenową”.

Okazało się, że wystawców jest mniej niż zwykle. W poprzednich latach swoje wyroby rękodzielnicze – tworzone z pasją, zaangażowaniem i miłością – prezentowały starsze osoby. Istnieje obawa, że czas działa na niekorzyść tego przedsięwzięcia. Wygląda bowiem na to, że brakuje młodych, którzy chcieliby tę pasję kontynuować. A może tylko tak to się ułożyło w tym roku?…

Bogactwo regionów

 

Nie ulega za to wątpliwości, że w samej tylko Wielkopolsce mamy bogactwo regionów. A że mają one, te regiony, części wspólne, które stanowią o naszej wielkopolskiej odrębności, to i aż dziw bierze, że tak mało o nich wiemy.

 

Nie miałem na przykład pojęcia o Chazach, a dzięki pani Alicji, rodowitej poznaniance, którą po studiach „wywiało” aż pod granicę Dolnego Śląska, przyodzianej w piękny strój ludowy, zarówno malującej, jak i wyszywającej stosowne motywy roślinne, wiem już, że taki region istnieje, choć pisownia (samo „h” czy „ch”?) nie jest już taka oczywista.

 

Wiem też od niej, że strój regionalny, choć barwny i rozbudowany, miał często genezę czysto praktyczną, utylitarną, a i o jego posiadaczce mówił wiele: zarówno o jej zamożności, jak i o stanie matrymonialnym.

Z kolei od innych sukcesorek tradycji, rezydujących w jednej z chat, usłyszałem, że zaczyna się pojawiać moda na łączenie stylów i motywów z różnych regionów, na co, zdaniem rzeczonej, nie powinno się pozwalać.

Tymczasem w skansenie

W skansenie prezentuje się w ramach stałej ekspozycji, jak wyglądało życie raptem około dwieście lat temu. Ale „Żywy Skansen” tym się wyróżnia, że domy i warsztaty wypełniają się ludźmi, którzy pokazują, jak żyło się onegdaj. Widać, że ludzie od zawsze opierali się na przyrodzie, ale też bardziej ją szanowali.

Można było obejrzeć poszczególne zagrody, zabudowania gospodarcze, wejść do chaty, by porozmawiać z jej „mieszkańcami”, którzy chętnie odpowiadali na pytania zainteresowanej gawiedzi. Wreszcie, wejść do przydrożnej karczmy, wyjść z niej – szczęśliwie bez skutków ubocznych i o własnych siłach – i od razu udać się do kościoła.

 

Mimo wakacyjnego rozprzężenia, kto chciał, mógł również wejść do szkoły, gdzie nawet będąc nieprzygotowanym, nie ryzykował otrzymania oceny niedostatecznej.

 

Można też było zwiedzić replikę barokowego dworu ze Studzieńca. Z pieczołowitością, przez wiele lat, zbierano sprzęty, meble, papiloty, pamiątki, by go stosownie wyposażyć, przyozdobić i, tym samym, przedstawić szerokiej publiczności możliwie wiernie, jak wyglądało naówczas życie we dworze. Temat ten wciąż budzi żywe zainteresowanie i emocje, ludzie, nasiąkając atmosferą dworu, komentują minioną przeszłość i chcą ją (lub chociaż jakieś jej atrybuty) wprowadzić do swojej teraźniejszości i przyszłości.

 

fot. Dawid Tatarkiewicz

fot. Dawid Tatarkiewicz

Pomyśleć, że do niedawna, do drugiej wojny światowej, we dworach mieszkali prawowici właściciele.

To, co działo się później, należy do smutnych kart historii. Właściciele otrzymywali nakaz, by w krótkim czasie opuścić miejsce zamieszkania. Brali ze sobą to, co uważali za najważniejsze i wyjeżdżali, często za granicę. Choć nie wszyscy. Niektórzy zostawali. Usłyszałem opowieść o jednym człowieku, który – kiedy doświadczył losu osoby pozbawionej dotychczasowego życia, mienia i statusu oraz musząc oglądać to, co zostało z jego dotychczasowego świata – po prostu odszedł od zmysłów…

Takich wydarzeń, dramatów, o których często nie wiemy zbyt wiele lub nie wiemy nic, było zapewne więcej. O skali zjawiska daje nam pojęcie statystyka, przytoczona przez pracownika dworu: przed wojną, czynnych dworów w granicach ówczesnej Rzeczypospolitej było około dwadzieścia tysięcy (około ćwierć tej liczby stanowiły pałace). Aktualnie szacuje się, że budynków – niemych świadków minionej epoki, takich, które stoją o własnych siłach lub takich, które dałoby się jeszcze uratować – został około tysiąc.

Kwieciste zakończenie

 

Na koniec przystanąłem przy koszu pełnym świeżo powstałych, różnokolorowych kwiatów. Wyplatanych na bieżąco na oczach zafascynowanej widowni. Jako że dobór odpowiednich kolorów do mojego bukietu zajął mi trochę czasu, to i, chcąc nie chcąc, usłyszałem kolejna rozmowę.

 

fot. Dawid Tatarkiewicz

fot. Dawid Tatarkiewicz

Pani jest z Dziekanowic? – zapytała młoda kobieta kupująca wspomniane kwiaty.
Tak. – odparła pani je wyplatająca, wciąż młoda duchem.
A pracowała pani kiedyś w skansenie?
To ja panią pamiętam! – tu padło nazwisko i miejsce, gdzie następowały spotkania przed laty.

 

Kobieta tylko uśmiechnęła się ciepło. Miała łagodne oblicze i miłe spojrzenie. I wyrobione od pracy palce pięknych dłoni. Kolejna wzruszająca historia.

Warto było przyjechać, by doznać wszystkich tych wrażeń oraz wzbogacić wiedzę. Dobrze, że istnieją takie miejsca i tacy ludzie. Może, dzięki nim, dzięki ich pasji, choć trochę historii zostanie ocalonej od zapomnienia.

Byśmy mieli więcej o niej do powiedzenia niż tylko dwa słowa: było – minęło…

 

Dziekanowice, Wielkopolski Park Etnograficzny, Żywy Skansen, 03.07.2022 r.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0