fot. Andrzej Grabowski

Jesteśmy atrakcyjni dla świata

Polski Teatr Tańca od momentu założenia był teatrem objazdowym, tak został powołany, tak jest do dziś i będzie. Nie zmieni tego nowa siedziba, którą będziemy mieć już w grudniu. Podróż to jest niezwykłość, której nie da się z poziomu bycia w jednym mieście doświadczyć. Gramy na różnych scenach, nie tylko w teatrach, ale też w centrach kultury, domach kultury, przestrzeniach muzeum, w miejscach mających swoją historię, związanych z tradycją regionu, danej wspólnoty - mówi Iwona Pasińska, dyrektor Polskiego Teatru Tańca.

Anna Koczorowska: W ubiegłym roku Polski Teatr Tańca obchodził 45-lecie swojego istnienia. Na ile jego prawie półwieczna historia oddziałuje na teraźniejszość?

 

Iwona Pasińska: Nasza historia to odciśnięty znak drogi, którą proponował Conrad Drzewiecki, przez moment kontynuował Mirosław Różalski i którą pielęgnowała Ewa Wycichowska, rozwijając rozumienie gatunku teatru tańca. Najważniejszą ideą Drzewieckiego było to, że taniec może służyć artystycznej wypowiedzi, nie będąc podrzędnym narzędziem, jak w operze, tylko samodzielnym bytem, narracyjnym lub nienarracyjnym, piękną lub zgrzebną formą, dającą moc wrażeń i emocji. Wydaje mi się, że kontynuujemy tę myśl, a także idee naszości i polskości, które Drzewiecki uważał za misję Polskiego Teatru Tańca.

 

Obracamy się wokół tematu naszej tożsamości – dlatego że najlepiej ją rozumiemy i potrafimy ukazać. Z tego powodu jesteśmy atrakcyjni dla świata – przywozimy coś, co jest unikalne, dla niektórych regionów świata wręcz orientalne. Nasycając się treściami przeszłości i teraźniejszości, budujemy nową jakość, wartość artystyczną, estetyczną, intelektualną. Kreujemy coś niezwykłego, co może trafić do serc i umysłów.

 

AK: Jakie jest w tak rozumianym gatunku teatru tańca miejsce dla samego tańca?

 

IP: Taniec jest narzędziem najważniejszym. Nie chcemy, aby odbywał się dla samego siebie, zależy nam, aby przenikał do formy spektaklu – dlatego pojawiają się reżyser, choreograf, kompozytor, scenograf, kostiumograf, artyści sztuk wizualnych i projekcje wideo jako środki wzmacniające wypowiedź. Dlatego też sięgamy po słowo i śpiew, który jest czymś naturalnym, bo głos jest w ciele, całe ciało bierze udział w wyrażaniu ekspresji, nie można głosu więzić, tak jak nie można więzić oddechu. Ciało oddycha, ma swoje rezonatory, czasami trzeba je wszystkie uaktywnić.

 

AK: Mam wrażenie, że mówienie ciałem jest jakoś bardziej wiarygodne we współczesnym teatrze niż mówienie słowem. Zgodziłabyś się z taką opinią?

 

IP: Zadaję sobie od kilku lat pytanie, czy ciało kłamie. W słowie bardzo łatwo jest wprowadzić kłamstwo. Jeśli wykonuję jakiś gest, pojawiają się pytania, kto ma narzędzia, żeby ocenić jego prawdomówność. Aby zawierzył mu widz, spektakl musi być bardzo uczciwy – w sposób, w którym nie odróżniamy gry od bytu. Pamiętam, kiedy zadzwonił do mnie wysokiej rangi urzędnik państwowy i zapytał, czy prawdą jest coś, co padło dzień wcześniej w spektaklu. Ciało tancerza, jego ekspresja, dynamika, jego napięcia, kształt, ruch – a więc teatr i taniec – spowodowały, że ktoś uwierzył w słowo, które padło na sam koniec z ust tańczącego.

 

AK: Przypominasz sobie taką sytuację, kiedy miałaś poczucie absolutnego porozumienia z publicznością?

 

IP: Tak. Jednak rozgraniczam dwie rzeczy i o tym często rozmawiam z tancerzami. Jeśli wychodzimy z czymś świadomie, wiemy, co robimy, jak i po co, jeśli ufamy, że robimy to najlepiej jak potrafimy, to któregoś dnia trafimy na odbiorcę, który przyjdzie właśnie po to wszystko. Ale jesteśmy też gotowi na widza, któremu to nie będzie się podobało. Rozdzielam podobanie się od tego, co jest sensem.

 

AK: Jak to myślenie przekłada się na konstruowanie repertuaru?

 

IP: Staramy się, aby znalazły się w nim rzeczy zwracające uwagę widzów na sprawy, które – może przypadkiem – zaniedbali w swoim widzeniu świata. Aby je zauważyli i aby to coś zauważone przyswoili.

 

AK: W spektaklach PTT taniec i teatr mieszają się w różnych proporcjach. Czy obecność reżyserów teatralnych w twórczym procesie to bardziej kwestia zbliżania się do programu teatru dramatycznego, czy wiary, że reżyser ten może wnieść do procesu twórczego w teatrze tańca dodatkową jakość, inną niż choreograf?

 

IP: Zdecydowanie to drugie. W spotkaniu tancerzy z reżyserem teatralnym ważne jest wnoszenie ładunku wiedzy, uruchomienie nowych procesów w ciałach i umysłach. Absolutnie nie chodzi o to, abyśmy się zbliżyli to teatru dramatycznego, muzycznego czy operowego. Zależy mi na tym, abyśmy rozszerzyli swoją paletę barw. Niewykorzystanie tego, co reżyser i dramaturg może wnieść, zubożyłoby nas samych. Nie wykorzystywalibyśmy do końca potencjału, jakim dysponujemy.

 

Teatr postdramatyczny bardzo mocno zauważył, że choreograf jest potrzebny – nie do układania kompozycji tanecznych, tylko do tego, aby przenosić właściwe emocje ciałem, budować dynamikę napięć, podkreślać sens tekstu. Reżyser z kolei może uporządkować materiał, tak aby był grą, aby artysta nie robił czegoś na scenie, ponieważ taki jest, tylko żeby to zagrał, żeby to był teatr.

 

AK: Wydaje mi się, że czerpiąc od reżyserów, budujesz pewien nowy model tancerza i performera, który jest też aktorem teatru tańca, kimś pomiędzy aktorem a tancerzem.

 

IP: Tak, chyba o to chodzi. Polski Teatr Tańca ma 46 lat, przeszedł przez moment tancerza niemalże klasycznego – Conrad Drzewiecki robił klasyczne formy, jazzowe, ocierające się o modern, contemporary, folklor, pojawiały się pozycje na pointach. Potem była długa przygoda tego teatru z Ewą Wycichowską, która poszukiwała i zgłębiała pytanie, po co jest taniec i czemu służy w tym teatrze. Moje spotkania z teatrami dramatycznymi, operowymi, offowymi sprawiły, że przestałam się interesować tańcem, skupiłam się na samym ciele.

 

Było dla mnie ważne, ile ciało potrafi przekazać, stojąc tylko przed widzem, bo ma zapisane swoje historie, doświadczenia, swój charakter. Tak wiele rzeczy, jeszcze nie uruchomiwszy ciała, możemy z niego wyczytać. To zmieniło moje nastawienie, jeśli chodzi o realizatorów, których zapraszam, i o pomysły. Jest kilka definicji teatru tańca na świecie – inna jest w Niemczech, inna w USA, inna w kulturze francuskiej, inna w Izraelu. Nas jako teatr – instytucję polską, wielkopolską – stać na własną drogę.

 

AK: Jak można tę osobną drogę Polskiego Teatru Tańca opisać?

 

spektakl "Żniwa", fot. A. Grabowski

IP: Na pewno program, który przygotowałam, wynika ze mnie, ale nie kończy się na mnie, tylko jest otwarciem na najciekawszych choreografów i reżyserów w naszym kraju, których koncepcje muszą się w pomyśle tego programu zawierać. Każdy rok w ramach programu „polski/wielkopolski” ma temat przewodni, który tworzy ramy artystycznych wypowiedzi – Rok Guślarzy 2017, Rok Bogów 2018, Rok Wyklętych 2019 i Rok Szyderców 2020.

 

Cieszy mnie, że zaczęliśmy od guseł, od szukania w tym, co nas sztandarowo charakteryzuje, czyli romantycznego ducha. „Żniwa”, „Niech żywi grzebią umarłych”, „Gorycz”, „Wesele. Poprawiny” – to spektakle o naszej emocjonalności, tradycji, zwyczajowości, pamięci. Później była boskość jako temat przewodni, zaczęliśmy od nas samych, czyli od obrazu Polki. Chcieliśmy takiej sytuacji, w której Polka zderzyłaby się z okiem obcego i wywołała dyskurs, czy Francuzka, Szkotka, Niemka, Amerykanka też jest taka.

spektakl "Wesele. Poprawiny", fot. A. Grabowski

W „No more tears” była wizja innej Polki, Barbary Piaseckiej-Johnson, która powróciła do Polski w czasie, kiedy jeszcze się nie wydostaliśmy z poprzedniego ustroju i wiązaliśmy z każdym dolarem ogromne nadzieje. To wydaje mi się cudowne w naszych spektaklach, że każdy jest inny, nie tylko estetycznie i formalnie, ale także jeśli chodzi o nasze narzędzie pracy, taniec. Tancerze potrafią nieprawdopodobnie pięknie poruszać się między stylami i technikami. Ostatnia premiera, „Trucizna”, mocno to pokazuje. W jednym przedstawieniu płynnie przechodzą od tańca klasycznego, przez techniki współczesne, aż po voguing i krump. Umieją swoje ciało, w zależności od spektaklu, totalnie przeobrażać.

 

AK: Jak Polski Teatr Tańca zmienił się w ciągu minionych czterech lat?

 

IP: Nie wiem, czy teatr się zmienił. Staram się zapewnić mu rozwój i mam nadzieję, że to się dzieje. Liczne zaproszenia, obecność publiczności – ostatnio wszystkie bilety mamy wyprzedane – świadczą o tym, że ludzie chcą z nami spędzić wieczór i są ciekawi, co przygotowaliśmy tym razem.

 

AK: Mam wrażenie, że jako dyrektor posługujesz się metodą ciągłego eksperymentu, szukania nowych kontaktów, osób i przez to nowych możliwości dla zespołu i nowych dróg tworzenia spektakli. Z tego wynika bardzo różnorodny repertuar. Nie boisz się wchodzić w nowe twórcze relacje?

 

IP: Trochę się boję słowa eksperyment, ponieważ jesteśmy cały czas w obszarze teatru tańca. Sprawdzamy jego możliwości. Mam jednak poczucie, że wszystkie nasze propozycje są wciąż teatrem tańca. Czasem jest więcej tańca, czasem więcej słowa, ale ciągle jesteśmy w tym gatunku. Badamy granice teatru tańca, jeśli to jest eksperyment, to się zgadzam. Jednak my dobrze wiemy, co chcemy zrobić. Rzeczywiście, elementem mojego programu jest premiera konkursowa, raz w roku. Zgłaszają się do nas nieprawdopodobne ekipy, które przedstawiają swoje propozycje, wybieramy niestety tylko jedną. Daje to możliwość różnych spotkań artystycznych.

 

AK: A co byś uznała za największy sukces Polskiego Teatru Tańca w ostatnich latach?

 

IP: Poszerzanie grona odbiorców na całym świecie i to, że trafiają do nas różnymi drogami – za pośrednictwem monografii jubileuszowej, która zdobyła wiele nagród na całym świecie, za pośrednictwem naszych etiud filmowych, przez nasze akcje performatywne. To, że nasz program udaje się rozwijać i zgłębiać. To, że z każdym kolejnym spektaklem nasza wiedza o sobie jest szersza, bo spotykamy się z nowymi problemami, a nasze ciała – z nowymi technikami i scenami.

 

AK: Jaka jest rola podróży w rozwoju teatru?

 

spektakl "Żniwa", fot. A. Grabowski

IP: Polski Teatr Tańca od momentu założenia był teatrem objazdowym, tak został powołany, tak jest do dziś i będzie. Nie zmieni tego nowa siedziba, którą będziemy mieć już w grudniu. Podróż to jest niezwykłość, której nie da się z poziomu bycia w jednym mieście doświadczyć. Gramy na różnych scenach, nie tylko w teatrach, ale też w centrach kultury, domach kultury, przestrzeniach muzeum, w miejscach mających swoją historię, związanych z tradycją regionu, danej wspólnoty. Tak wiele rzeczy można zauważyć, będąc w nowej przestrzeni. Są też doświadczenia, które uświadamiają, że musimy robić sporo przypisów do naszych spektakli. Na „Żniwa” w Tianjin przyjechali chińscy menadżerowie i okazało się, że potrzebują wprowadzenia, bo nie rozumieli tego pojęcia. Ryż w Chinach zbiera się 6 razy w roku, u nas jest cykl 12 miesięcy, to zmienia widzenie. U nas porządki sakralności i cykliczności się zgrywają, w Chinach nie do końca.

 

Myślę, że za granicą jest ogromne zainteresowanie kulturą polską. Jeśli w Chinach rozmawiamy o recepcji „Dziadów” i kulturze ich wystawiania, to znaczy, że dla innych kultur jest to nurtujące – przedstawianie swojej kulturze innego rozumienia, zwyczaju, tradycji, emocji.

 

AK: Opowiesz coś o podróżach Polskiego Teatru Tańca?

 

spektakl "Polka", fot. A. Grabowski

IP: Wyciągam z nich obserwacje i pamięć innych reakcji na ten sam spektakl. To mnie nurtuje i dziwi, dlaczego tak się dzieje, że to samo dzieło w niektórych miejscach zostaje wchłonięte przez widownię, a w innych powoduje spięcie czy wręcz odrzucenie. Przecież nie posługujemy się prowokacją, dotykamy codziennych spraw. Nieraz przedstawienie wywołuje takie emocje, że ludzie przychodzą zapłakani – tak było z „Polką” w Wejherowie, przyszły zapłakane panie podziękować za spektakl i powiedzieć, że właśnie tak zniszczyły sobie życie – czekaniem. Wielką przyjemność mieliśmy podczas rozmowy z widzami w Kłodzku, po wystawieniu „Niech żywi grzebią umarłych”, gdzie ogromna część widowni została po spektaklu, nie tyle nawet żeby zadawać pytania, ile żeby mówić o swoich impresjach.

 

To jest dla mnie ważne, bo pokazuje, że taniec jest narzędziem w sprawie, a nie punktem dojścia.

Uświadamiam sobie, że za każdym razem mamy do czynienia z jednostką na widowni, to nie jest zbiorowość o wspólnym guście. Staramy się najpierw dać widzowi doświadczenie oglądania tańca i ruchu, bo ruch jest czymś prymarnym, najpierw się ruszamy, a potem uczymy się mówić. Na Litwie mieliśmy istną gorączkę pytań od widzów, jak mogą wniknąć w wiedzę o gatunku, do jakich książek sięgnąć. W Portugalii, w której jest regres teatru, publiczność po spektaklu „Żniwa” powiedziała, że czegoś takiego jeszcze nie przeżyła.

 

AK: Jakie masz plany na najbliższy czas?

 

IP: Realizować program. Teraz głównym punktem jest dla mnie premiera na inaugurację naszej nowej siedziby i rozwijanie innych naszych pomysłów, których jest aż nadmiar. Prowadzimy laboratoria, rozmównice, projekty filmowe, konkursy. Chcemy poszerzać ofertę o kolejne wykłady, prezentacje filmów, wystaw, utworzyć teatr tańca dla dzieci. W nowej siedzibie znajdzie się też przestrzeń, w której będziemy mogli ufundować staż, rezydencję. Będziemy gospodarzami, będziemy mogli zapraszać gościnne spektakle – już w grudniu będzie pierwsza odsłona takiego spotkania w ramach Polskiej Sieci Tańca i międzynarodowego projektu Clash.

 

Chciałabym, aby na Taczaka 8 powstało centrum tańca, nie tylko rozumianego jako teatr tańca, ale jako spojrzenie na ruch i taniec przez medium słowa, filmu, fotografii, malarstwa, rzeźby. Aby sztuki napędzały się nawzajem i żeby wszyscy, którzy do nas przyjdą, poszerzali swoje możliwości rozumienia zjawiska tańca i ruchu, zwielokrotniali możliwości jego odbioru.

 

AK: Czy masz jakieś marzenie jako dyrektor Polskiego Teatru Tańca?

 

IP: Nie myślę nazwiskami twórców, z którymi chciałabym współpracować, myślę zjawiskami.

 

AK: To jakie zjawiska chciałabyś widzieć w nowej siedzibie teatru?

 

IP: Na pewno będą transmisje online, aby można nas było doświadczać za pośrednictwem Internetu, nie tylko mediów filmowych, ale także spektakli. Druga rzecz, na której mi zależy, to znaleźć połączenie pomiędzy technologią a ekologią. Bliska jest mi idea pracy organicznej – od pracy nad najmniejszą komórką do całego organizmu i szerzej – do organizmu społecznego, wspólnoty, która nie wyklucza żadnej grupy społecznej czy wiekowej.

 

AK: Powiedzmy na zakończenie kilka słów o najbliższym plenerowym projekcie Narodowe Tańczenie.

 

IP: Ten projekt jest przejawem naszego rozumienia społecznego spędzania wolnego czasu w tańcu. Połączymy się korowodem i przejdziemy ulicą Taczaka krokiem poloneza. Do współpracy zaprosiliśmy Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”. 26 kwietnia o 16.00 liczę na obecność Wielkopolan – to będzie wspólne uczczenie Międzynarodowego Dnia Tańca, który przypada trzy dni później. Planujemy coroczny projekt, co roku z innym tańcem narodowym, ale w tym samym miejscu. Pokażemy urodę poloneza, piękno zrewitalizowanej ulicy Taczaka w Poznaniu. Będziemy się poruszać miedzy dwoma biegunami, tańca współczesnego i tańców narodowych. I nagle polonez stanie się tańcem ulicznym, wyjdzie w przestrzeń miasta.