fot. archiwum redakcji

Kogo pociąga dziś opera?

„Opera współczesna i teatr muzyczny wobec przemian technologicznych, kulturowych i gospodarczych” – tak brzmiał tytuł międzynarodowej konferencji operologicznej, która odbywała się w Teatrze Wielkim od 15 do 17 marca.

O kondycji współczesnej opery rozmawiali naukowcy z Polski i zagranicy, a także dyrektorzy instytucji kulturalnych. Poza referatami, szczegółowo analizującymi teatralno-muzyczny język dzieł operowych, odbyło się też kilka paneli dyskusyjnych, których uczestnicy próbowali znaleźć odpowiedź na wiele aktualnych dla opery tematów.

Cieszy fakt, że miejscem konferencji był Poznań, miasto o ponad stuletniej tradycji instytucjonalnego teatru operowego, gdzie zainteresowanie tą formą sztuki jest ciągle żywe. Widać to było po frekwencji – zarówno na części wykładowej, jak i panelowej. Ta ostatnia wywołała we mnie najwięcej emocji i sprowokowała do polemiki.

Kolejny raz usłyszałem zdania i opinie, powtarzane w ostatnim czasie niczym mantra, choć moim zdaniem, kręcą się wokół pytań nierozstrzygalnych. Czy opera jest sztuką popularną czy sztuką wysoką, czy może…? – taki był tytuł jednego z dwóch paneli.

Już samo pytanie wydaje mi się niezbyt trafnie postawione. Dlaczego? Do tej pory nie dowiedzieliśmy się, co oznacza sztuka „wysoka” i jej przeciwieństwo – sztuka „niska”. Nigdy ani estetyka, ani socjologia nie znalazła zobiektywizowanych kryteriów definiujących oba pojęcia. Terminy te używane są w znaczeniach intuicyjnych raczej, subiektywnych, a nie powszechnie akceptowanych. Po drugie, nawet jeśli chcielibyśmy obiektywizować i wyznaczać kryteria „niskości” i „wysokości” sztuki (jakiejkolwiek!), to na jakiej zasadzie należałoby je przyjąć? Jeden z panelistów, pół żartem pół serio, zaproponował definicję, wedle której sztuka wysoka, to te wytwory artystyczne, których nie da się stworzyć za pomocą iPhone’a. Jak rozumiem, iPhone występuje w tej definicji jako rodzaj symbolu, tego co popularne i będące w zasięgu większości.

Dla mnie kluczowa w tej dyskusji była dostępność sztuki operowej dla odbiorcy. Uważam, że opera jest dostępna i popularna, może do niej pójść każdy.

Twierdzenie, że wizyta w teatrze operowym jest niezwykle kosztownym wydatkiem, nie do końca jest prawdziwe. Wysokie ceny biletów dotyczą kilku, może kilkunastu teatrów operowych na świecie. Do większości oper europejskich można kupić bilet za kilka czy kilkanaście euro, co zresztą podkreślał dr Achim Heidenreich. Znacznie bardziej kosztowne bywają bilety na koncerty gwiazd muzyki rozrywkowej.

Jest jeszcze rzecz, o której należałoby wspomnieć przy okazji rozmawiania na temat „wysokości” czy „niskości” opery. Nie można do jednego worka wrzucać wszystkich tytułów operowych i na tej podstawie wyrokować o statusie całego gatunku. Istnieje szereg pozycji, które mieszczą się w tak zwanym kanonie dzieł operowych, bez których żaden teatr nie jest w stanie funkcjonować. Poza tym, tematy i muzyka wielu oper przeniknęły do świata najpopularniejszych form audiowizualnych, jak chociażby reklam telewizyjnych. Szczególną popularnością cieszą się fragmenty z „Traviaty” Verdiego czy „Carmen” Bizeta. Chcę przez to powiedzieć, że część repertuaru operowego spopularyzowała się i przeniknęła do masowego odbiorcy, co gwarantuje komplet publiczności na każdej „Tosce” czy „Aidzie”.

Obok tego, istnieje cała masa dzieł, które pozostaną elitarne i dotyczy to nie tylko opery XX wieku z całym bagażem jej języka muzycznego, często trudnego i niezapadającego w pamięć równie łatwo, jak kuplety Toreadora z „Carmen”. Także – całkiem pokaźnego zbioru oper barokowych czy romantycznych. Przykładem jest twórczość jednego z największych twórców i reformatorów w historii opery, Ryszarda Wagnera. Twórczość, która zdobyła z jednej strony krąg wielbicieli (a nawet wyznawców), z drugiej – sporo przeciwników, odrzucających w całości jego dramaty muzyczne. Wszyscy wiemy kim był Wagner, wiemy że napisał wielogodzinne dzieła, ale czy jest to kompozytor popularny? W ten sposób równie dobrze można pytać o status sztuki filmowej. Czy dzieła Bergmana znajdują tak samo liczny krąg odbiorców, co dzieła Spielberga?

 

Ważną kwestią, poruszaną podczas jednego z paneli, był przedział wiekowy odbiorców spektakli operowych. Stanowczo nie zgadzam się z tezą, że dla większości młodych ludzi, opera czy filharmonia, kojarzą się z czymś anachronicznym, czego unika się jak ognia – bo i taka diagnoza padła.

To potworny stereotyp, demonizujący młode pokolenie, oceniane wyłącznie przez pryzmat deskorolki i kolorowych adidasów. Od wielu lat śledzę życie muzyczne regularnie i dość wnikliwie, i z tej obserwacji wyciągam zgoła inne wnioski. Nie twierdzę oczywiście, że młodzież bierze szturmem wszystkie spektakle „Toski” i żyć nie może bez Pucciniego. Jednak młody odbiorca wcale nie unika wizyt w operze czy w sali koncertowej. Celuje po prostu w inny repertuar niż odbiorca dojrzały, woli rzeczy współczesne, niż uświęcony tradycją kanon. Bardzo dobrze pokazała to premiera „Space Opery” Aleksandra Nowaka. Podczas premiery na widowni widać było wielu młodych ludzi, jeszcze więcej zjawiło się na drugim spektaklu, gorąco komentując w przerwie to, co zobaczyli na scenie.

Inny przykład, tym razem z filharmonii. Każdorazowe wykonanie dzieła współczesnego w Filharmonii Poznańskiej gromadzi pokaźne grono młodych melomanów. Nie dalej, jak kilka tygodni temu, aula uniwersytecka wypełniona była młodymi ludźmi, którzy przyszli posłuchać „Święta wiosny” Igora Strawińskiego. Takich przykładów jest wiele, jeżeli ktoś nie dowierza, niech odwiedzi choć jeden koncert festiwalu muzyki współczesnej „Poznańska wiosna muzyczna”.

Kilka słów jeszcze o panelu dyskusyjnym: „Dlaczego reżyser jest potrzebny operze i co ma do tego interpretacja?”. Skupię się tylko na jednym, bardzo ciekawym, wątku dyskusji – na pytaniu, co wolno, a czego nie wolno robić reżyserowi z dziełem operowym. Zastanawiam się, czy możliwe jest wyznaczenie zasad i reguł, których reżyser powinien przestrzegać i nigdy ich nie łamać? Moim zdaniem – nie.

Przede wszystkim, kto miałby te reguły sankcjonować i w imię jakich wartości? Jedyną możliwą „instytucją” weryfikującą jest publiczność, która jednak każdorazowo odnosi pomysły reżysera do swoich oczekiwań. Ale czy reżyser ma być niewolnikiem publiczności i swoje działania nakierowywać na jej oczekiwania i gusty? Reżyser jest artystą, ma kreować nowe światy i zderzać swoją wyobraźnie z odbiorcami. Partytura i libretto nie są biblią, partytura to przepis, a interpretacja tego przepisu należy właśnie do reżysera. Nawet jeżeli twórca wprowadza zmiany, wycina, przekleja, robi skróty, przyświeca mu jakaś idea, być może niesłuszna, być może chybiona, ale zawsze pozostaje to elementem kreacji. Dlatego uważam, że problem dowolności działań reżysera należy rozpatrywać wyłącznie w kategoriach indywidualnych realizacji, a nie globalnych ustaleń w dziedzinie reżyserii operowej.