fot. Mateusz Kiszka

Kolej na historię

Fundacja TRES od lat przekłada na działania artystyczne lokalną historię. Po stworzeniu cyfrowego archiwum szklanych negatywów Constantego Sikorskiego oraz książce i ekspozycjach szczegółowo dokumentujących epizod z 1938 roku, gdy do Zbąszynia trafiło kilka tysięcy Żydów wysiedlonych z Niemiec – przyszedł czas na otwarcie stałej przestrzeni ekspozycyjnej. O tworzeniu warunków do interpretowania społecznej pamięci opowiada Wojciech Olejniczak.

Michał Sita: Na terenie starego dworca kolejowego w Zbąszyniu powstaje właśnie miejsce przeznaczone na artystyczne inicjatywy. Lokalizacja determinuje charakter realizowanych tu działań – będą one łączyć osobiste historie z interwencjami site-specific, podobnie jak w inauguracyjnej wystawie dotyczącej kolei. Jaki jest kontekst starego zbąszyńskiego dworca, jaki to miejsce ma potencjał?

Wojciech Olejniczak: Przyglądając się bliżej dworcowi, stało się jasne, że zogniskowało się tu kilka ważnych historii. Można sobie wyobrazić cztery powody, by odwiedzić go w całkowicie różnych kontekstach.

W tym jednym miejscu toczyła się historia kolejowa, ale i powstanie wielkopolskie, którego dworzec był tłem. Tu przebiegała międzywojenna granica polsko-niemiecka z całym jej kolorytem – opowieściami o skrzyni ze złotem, jaka zginęła z pomieszczenia naczelnika stacji… Wyobraźnia od razu podsuwa pomysły kryminalno-rozrywkowych zabaw w przemyt gęsi albo kamieni do zapalniczek…

I w końcu wspomnienie obozu dla wysiedlonych Żydów, działającego w Zbąszyniu w 1938 roku.

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

 

Tak zaczął się rodzić pomysł stworzenia na dworcu miejsca opowiadającego cztery zupełnie różne historie.

M.S.: Pierwszą z nich jest historia kolei?

W.O.: Tak. 150. rocznica budowy dworca stwarza pretekst. Do 1919 roku Zbąszyń był głównym węzłem komunikacyjnym na tych terenach. Cała masa ludzi była zaangażowana w jego obsługę; sama parowozownia miała 17 stanowisk. To ogromny potencjał zdarzeń i ludzi, ich doświadczeń i przeżyć, które są najbardziej interesujące.

Próbujemy opowiedzieć o kolei z wykorzystaniem lokalnych źródeł: historii mówionej, grafik obecnych w XIX-wiecznych czasopismach, zanim fotografia zaczęła funkcjonować w prasie. Są zdjęcia, dokumenty. Pokazujemy multimedia, odgrywamy muzykę skomponowaną z odgłosów zbąszyńskich, nie tylko kolejowych.

Zależy mi na tym, by dworzec zyskał charakter partycypacyjny – czegoś, co napędza ludzką aktywność. Nie ma to być muzeum ani galeria. Na użytek pierwszej wystawy nagraliśmy więc wypowiedzi starszych ludzi opowiadających swoje dzieje kolejowe.

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Wydobywamy zdjęcia, historie krążące wokół nich. Dworzec powoli zaczyna się nasycać treścią z przeszłości. Jasne, że mnóstwo w tym luk, białych plam. Ktoś mówi: gdzieś to miałem, siostra trzyma w szafie, znajdę, przyniosę, i powoli zbiór zaczyna pęcznieć.

 

Dlatego nie chcę inauguracyjnej wystawy o kolei traktować jak skończonej całości – to jest opowieść, jaka ma szansę dalej się rozwinąć. Można ją będzie powtórzyć za rok czy dwa z całkiem innym zestawem materiałów, inaczej wypełnioną treścią.

M.S.: Po wątku kolejowym przyjdzie czas na opowieść o powstaniu wielkopolskim. Jak to widzisz?

W.O.: Dzieje powstania mogą być pułapką dla wielu współczesnych realizacji odnoszących się do przeszłości – kojarzy się z przebranymi facetami z doklejonym wąsem, biegającymi po mieście i strzelającymi ślepakami. Ta stylistyka rekonstrukcji kompletnie do mnie nie trafia. Zamiast przebierać się za kogoś, kim nie jesteśmy, kogo sobie tylko wyobrażamy w tej przerysowanej formie, staram się zaproponować inną metodę wchodzenia w historię, obcowania z nią przez innego typu wrażliwość.

Na przykład tak: o budynek dworca toczyły się zażarte walki w czasie powstania wielkopolskiego. I chociaż miał strategiczne znaczenie, Polacy nie chcieli prowadzić ataku za wszelką cenę. Znajdowało się tu sporo cywilów. Odstąpili więc od natarcia. Może to jeden z ostatnich momentów, kiedy w wojnie było miejsce na rycerskie zachowanie?

 

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Dwadzieścia lat później nikt już się nie przejmował cywilami, nikt się już w takie wątpliwości nie bawił. Sytuuje to walczących w nieco innej perspektywie, pozwala myśleć o nich trochę inaczej. A może pozwala się zastanowić nad bohaterstwem?

M.S.: A jak zamierzasz opowiedzieć o międzywojennej granicy polsko-niemieckiej?

W.O.: Po powstaniu wielkopolskim Zbąszyń razem z dworcem przypadł Polakom, stając się miastem granicznym. Stacja kolejowa znów zmieniła swój status. Granica wymagała nowych instytucji; celnicy, straż, ludzie obsługujący ruch zaczęli się kręcić w okolicy.

 

I mimo że dworzec zbąszyński był najbardziej okazały na całej trasie między Poznaniem a Frankfurtem, nadal był za mały jak na ambicje II Rzeczpospolitej, za mały na realne potrzeby obsługi granicy.

W 1929 roku wybudowano więc większy, a w starym dworcu ulokowały się instytucje administracji – poczta, magazyny, cła, cargo… Nadal był przydatny, ale w nowym sensie, zaczął kolejny żywot.

 

Przestrzeń zbąszyńskiego dworca, fot. M. Kiszka

Przestrzeń zbąszyńskiego dworca, fot. M. Kiszka

I to kolejny, kapitalny kontekst, jakiego można użyć do działań wykraczających poza lokalną historię – granica to ważna symboliczna przestrzeń. W ubiegłym roku w Londynie zorganizowana została wystawa komentująca granicę między Koreami, propagandową wojnę megafonową między Północą a Południem.

Artyści starali się zdefiniować tę dziwną linię podziału, jaka manifestuje się przez to, że głośniki wystawiane z jednej strony opowiadają inne historie niż głośniki wystawione z drugiej strony. Artystyczny komentarz pomaga uchwycić kuriozalny, abstrakcyjny sens „granicy”.

Podobnie jest z granicą w Zbąszyniu, która ma ogromny potencjał, by poprzez swoje detale odnieść się do rzeczy uniwersalnych. Jej przebieg był bardzo niefortunny, był grubo szytym kompromisem.

 

Granica biegła w poprzek doświadczeń ludzi: sąsiadująca ze Zbąszyniem Dąbrówka miała prawie 90 procent polskich mieszkańców – mimo to po 1919 roku przypadła Niemcom.

Odwrotna sytuacja była w Strzyżewie włączonym do Polski, chociaż była to wieś niemiecka. W związku z tym przez całe XX-lecie międzywojenne Strzyżewo było jedyną zelektryfikowaną wsią w okolicy. Niemcy nie odcięli dostaw prądu. Zbąszyń oświetlały lampy gazowe, a w Strzyżewie płynął niemiecki prąd. Przez takie detale i niejednoznaczności ujawnia się umowność granic, ich narzucony charakter.

Przestrzeń  zbąszyńskiego dworca, fot. M. Kiszka

Przestrzeń zbąszyńskiego dworca, fot. M. Kiszka

 

M.S.: Zostaje jeszcze ostatni kontekst zbąszyńskiego dworca – wątek żydowski.

W.O.: W 1938 roku polski rząd uchwalił ustawę o utracie obywatelstwa osób przebywających za granicą. Dokumenty, jakie posiadali, traciły ważność. To było zawoalowaną formą zablokowania powrotu Żydów represjonowanych w Niemczech, a chodziło o dużą grupę ludzi z polskimi paszportami.

Aparat administracyjny Niemców funkcjonował jednak na tyle sprawnie, że w dniu poprzedzającym wejście ustawy w życie byli w stanie zapakować tych wszystkich ludzi do pociągów, w autobusy i na samochody, i odstawili ich na granicę w okolicach dworca w Zbąszyniu.

 

Powiedzieli: wasi. Władze polskie nie chciały ich w kraju. W ten sposób powstał obóz, gdzie przez 10 miesięcy ci ludzie przebywali, nie mogąc wjechać do Polski.

Opisałem to w książce pt. "Do zobaczenia za rok w Jerozolimie". Wydaliśmy ją w 2012 roku. Funkcjonuje też cyfrowe archiwum scalające zbiory dokumentów i wspomnień – zbaszyn1938.pl.

Dworzec ma w tej historii swój dalszy udział, część gmachu została przekazana poczcie obsługującej żydowską korespondencję.

 

 

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Do tej pory w Zbąszyniu mieszkało około 4500 osób, było tylko kilka telefonów i działał jeden telegraf, zatem pojawienie się z dnia na dzień kolejnych 7–8 tysięcy ludzi sprawiło, że skokowo wzrosło zapotrzebowanie na usługi pocztowe. Budynek starego dworca został przeorganizowany i stał się centrum obsługującym korespondencję Żydów.

Skoro w Zbąszyniu mamy doświadczenia granicy między światami, jakie ktoś sztucznie postanowił stworzyć, doświadczenia związane z pobytem ludzi niechcianych, doświadczenia z wykluczaniem – to możemy być bardziej otwarci na opowieści innych. Przyglądając się charakterystyce naszego fyrtla – jesteśmy w stanie komentować sprawy uniwersalne. Dworzec w Zbąszyniu jest do tego pretekstem.

 

M.S.: W każdym z tych czterech kontekstów problematyzujesz niewielki epizod lokalnej przeszłości. Słuchasz relacji ustnych, starasz się dotrzeć do pamięci mieszkańców, śledzisz dokumenty. Podejmujesz te działania nie jako historyk, ale artysta. Nie korzystasz z gotowego zestawu chwytów, na użytek każdej z mikrohistorii tworzysz własny, wizualny język. Sztuka jest w tym działaniu ważna – samą historię traktujesz chyba jako katalizator, punkt wyjścia do nowej opowieści?

W.O.: Fotografia archiwalna daje wyjątkowe pole popisu. Ludzie nie przyzwyczaili się do gry pozorów, z jaką mają do czynienia, gdy patrzą na zdjęcia, grafikę, czy wizualne przedstawienia. Ludzie często patrzą na obrazy, nie dostrzegając ich treści. ja za to mozolnie przyglądam się historycznym zapisom. W drobnych gestach, w zapamiętanych przez aparat detalach, ukryte są znaczenia. Można je na niezliczone sposoby rozwijać.

Zdjęcie grupy pracowników przy torach: Co widzisz? Zabudowania? Wśród pracujących większość to kobiety. Kilku wyrostków, dwóch starszych mężczyzn, jakiś inżynier w meloniku. Tory. Tu dom, tu komin.

 

Kobiety przy dworcu w Zbąszyniu, fot. Constanty Sikorski, Fundacja TRES.

Kobiety przy dworcu w Zbąszyniu, fot. Constanty Sikorski, Fundacja TRES.

A dla mnie w detalach zaczyna się opowieść: kobiety trzymają się za ręce. Dlaczego? Ta sytuacja pracy, w której zostały przyłapane przez fotografa – bo zdjęcie na pewno nie powstało na zamówienie – jest dla nich zupełnie nowym kontekstem. Znały dotychczas oficjalny użytek zdjęć, bezpieczny, formalny, a tu fotograf obserwuje coś codziennego, wykraczającego poza zwyczajowe portrety. Boją się go?

Dlaczego są tu kobiety i chłopaki, a przy łopacie nie ma mężczyzn? Wojna! Na front wyjechali. Kopać muszą ci, co zostali na miejscu.

Zdjęcie zaczyna mówić, przekazuje treści, jakie z obrazu da się wydobyć. To moja idée fixe, by uczyć patrzeć. Z samego rozumnego patrzenia jest wiele pożytku.

 

M.S.: By zdefiniować miejsce, w jakim działasz – dworzec w Zbąszyniu – tworzysz sytuację badawczą. Jest inaczej niż w muzeum, jakie ma z góry zadane cele i ustalony jednolity przekaz. Działasz też inaczej niż rekonstruktorzy, którzy odgrywają ustalony scenariusz. Nie wiesz, do czego twoje badania społecznej historii doprowadzą. Na czym one polegają?

W.O.: Staram się uzmysłowić nam samym, że jesteśmy nośnikami pewnej opowieści. W naszej własnej pamięci, w albumach rodzinnych, w relacjach dziadków, w rozmowach przy stole – kryje się wiedza, o której nie sądziliśmy, że może być interesująca.

Próba wydobycia pozamykanych w wąskim gronie historii ma szansę uruchomić innych, którzy będą w stanie odwdzięczyć się co najmniej podobną, osobistą opowieścią.

 

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Zaczęliśmy rejestrowanie takich ustnych relacji od starszych kolejarzy. Siedzimy jednego dnia u pewnego pana: światła, kamera, nagranie. Domownicy nie przeszkadzają. Gdy skończyliśmy, zbieramy sprzęt, przychodzi żona z herbatą i ciasteczkami. I to ona, zza kulis, dzieli się najpiękniejszymi opowieściami.

Okazało się, że ktoś chce słuchać – i to uruchomiło refleksję:

 

„Wie pan, ile mi mąż w życiu kwiatów przyniósł? Bardzo dużo. Ale żadnych nie kupił. Wszystkie znalazł w pociągu, bo ktoś je zapomniał zabrać. Nawet bukiet ślubny dostałam dwa razy!”.

 

Jaki potencjał pamięci definiującej jedno, niewielkie miejsce! A uruchomiony tylko dlatego, że pojawił się kontekst, w jakim takie historie nabierają sensu. Ktoś ich chce słuchać, komuś służą. To one właśnie definiują dworzec – element zwykłej rzeczywistości, jaki istnieje tuż obok.

 

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

Wojciech Olejniczak, fot. M. Kiszka

M.S.: Dlaczego to ważne?

W.O.: Dla ogólnych, górnolotnych pojęć trudno znaleźć komunikatywny język. Trudno jest trafić za ich pomocą na uważnego odbiorcę. Mnie się wydaje, że dopiero coś bardzo osobistego – coś rzeczywiście przeżytego – może stać się uniwersalne. Zamiast mówić wielkie rzeczy o HISTORII, o POWSTANIACH, opowiedzmy coś autentycznego – takiego, w co jesteśmy w stanie uwierzyć. A to da się osiągnąć tylko przez osobiste świadectwa.

Kiedy słyszysz mówioną historię opartą na doświadczeniach – dopiero ona może dodać realności kontekstowi, jaki znasz z relacji zapośredniczonych, na przykład z podręczników.

 

Takie autentyczne przeżycie, jednostkowe doświadczenie, jakiś detal – pozwala nam sensownie odnieść się do ważnych, uniwersalnych zjawisk. Sięgając w głąb pojedynczego, ludzkiego doświadczenia, możemy dowiedzieć się o przeszłości czegoś, czego sobie nie wyobrażaliśmy.

M.S.: Przestrzeń, jaką uruchamiasz na dworcu, jest do tego kolejnym narzędziem?

W.O.: Takie są plany. Jak zostanie odebrana, jaki wywoła skutek, jakie procesy uruchomi – zobaczymy.

 

Wojciech Olejniczak

Artysta plastyk, fotograf, dokumentalista. Założyciel Fundacji TRES, twórca i realizator wielu projektów wystawienniczych i edukacyjnych. Współautor i wydawca książki „Do zobaczenia za rok w Jerozolimie”. Reżyser i producent filmów dokumentalnych, między innymi obrazu „Portret Rusina z artystą w tle", nagrodzonego na Festiwalu Rozstaje Europy. Realizuje szeroko zakrojony projekt digitalizacji fotograficznych archiwów lokalnych, udostępniając między innymi zbąszyński zbiór zdjęć Constantego Sikorskiego.