fot. Krystian Daszkowski

Kopciuszek bez dyni

"Kiedy coś projektuję, nieważne czy scenografię, czy kostium, to zawsze jest to świadome. Teraz, dzięki wszystkim zebranym doświadczeniom, zaczynam samodzielnie działać jako kostiumograf i scenograf teatralny" - tak o swojej pracy i pasjach opowiada Krystian Szymczak.

Kuba Wojtaszczyk: Opowiedz mi o sobie…

Krystian Szymczak: Urodziłem się w Brzezinach, takim małym miasteczku pod Łodzią…

 

KW: No coś ty! Ja jestem z Błaszek, to rzut beretem!

KSz: (śmiech) Świat jest mały! Z Brzezin byłem zmuszony się wyprowadzić i przenieść do Koluszek. Tam moi rodzice mieli mieszkanie. Następnie wróciliśmy do Brzezin i tam skończyłem gimnazjum. Tam też rozpoczęło się moje zamiłowanie do sztuki.

 

Zacząłem uczyć się historii sztuki, byłem laureatem olimpiady. W szkole poznałem fantastyczną panią profesor Bogusławę Tyralską, która wpajała mi wiedzę o sztuce. Ona też przygotowywała młodzież do egzaminu do liceum plastycznego. Rozpaliła we mnie miłość do historii sztuki, nauczyła mnie rysować i malować. Dostałem się do liceum plastycznego w Łodzi. Po dwóch i pół roku przeniosłem się do szkoły w Gdyni Orłowie.

KW: Dlaczego?

KSz: Potrzebowałem zmiany. Czułem, że łódzka szkoła to nie jest do końca to. Poza tym samo miasto wydało mi się bardzo depresyjne. Wtedy już wiedziałem, że chcę szyć niekoniecznie kostiumy, tylko ubrania. Projektowanie mody było celem, do którego dążyłem i dążę dalej. W Gdyni poznałem fantastycznych ludzi, którzy planowali studia w Poznaniu. Co prawda chciałem studiować w Warszawie, ale ten plan uległ zmianie. Po namyśle uznałem, że skoro na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym jest kierunek scenografia, w skład którego wchodzi projektowanie ubioru i scenografia, to mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i zdobyć dwie specjalizacje.

 

KW: Dostałeś się bez problemu?

Krystian Szymczak, fot. Krystian Daszkowski

Krystian Szymczak, fot. Krystian Daszkowski

 

KSz: Na szczęście tak. Najpierw zrobiłem specjalizację: Projektowanie ubioru. Trzy lata temu obroniłem dyplom licencjacki. Następnie zrobiłem magisterkę ze scenografii…

 

KW: Kiedy zacząłeś szyć?

KW: Tak na poważnie od drugiego roku studiów. Wtedy też zaczął rozwijać się Instagram. Prócz tego, że dużo projektowałem, zacząłem skupiać uwagę wokół sesji zdjęciowych.

 

Nie chciałem, aby moje ubrania wisiały tylko na wieszakach. Jeżeli dziewczyna szyje, to może swoje stroje później sama nosić; w moim przypadku – niekoniecznie. Wraz z rozwojem mojego profilu na Instagramie styliści zaczęli pisać do mnie o wypożyczenie projektów do różnych sesji zdjęciowych.

Tak to się kręciło do trzeciego roku studiów, kiedy to miałem okazję, aby uszyć ostatni projekt przed dyplomem. Coś, co będzie prawdziwą frajdą. Pomyślałem o kostiumie dla drag queen – tego jeszcze nigdy nie robiłem.

 

KW: Czy wcześniej znałeś polską scenę dragu?

KSz: Nie, zupełnie nie. Dlatego moja przyjaciółka Julia Diana Maks, która co prawda nie robi dragu, tylko zajmuje się makijażem i modelingiem, zgodziła się zapozować.

 

Rite of Spring, fot. Marta Surovy, modelka Gabriela Kruszyńska, make-up Yoanna Bellee, hair Wiktoria Friedrich

Rite of Spring, fot. Marta Surovy, modelka Gabriela Kruszyńska, make-up Yoanna Bellee, hair Wiktoria Friedrich

Uznałem, że potrzebuję też prawdziwej drag queen. Wtedy nawiązałem kontakt z Grażą Grzech. Była bardzo otwarta na współpracę, choć nie ukrywała sceptycyzmu, ponieważ wcześniej wiele takich propozycji kończyło się niepowodzeniem.

Przedstawiłem jej projekty, zebrałem wymiary i uszyłem kostiumy. Korekty i cenne wskazówki dotyczące projektowania przekazała mi moja ówczesna pani profesor Anna Regimowicz-Korytowska. Sesja odbyła się w Poznaniu, zdjęcia zrobił Maciej Zakrzewski. Foty okazały się hitem internetu. Myślę, że ten sukces w dużej mierze zawdzięczam Graży, bo chyba jako jedna z pierwszych drag queen wzięła udział w tak profesjonalnej sesji. Na fali tej publikacji zaczęły odzywać się do mnie kolejne osoby.

 

KW: Masz jeszcze czas na kolejne zlecenia?

KSz: Są dla mnie zawsze dużym wyzwaniem. Jednak lubię spotykać się i poznawać różne wizje. Nawet jeżeli ktoś jeszcze nie wie, co by chciał. Każda wskazówka może okazać się istotna – jaki klimat ma mieć występ, jaki kolor dana osoba preferuje, jaki styl ceni…

 

Wszystko to jest zapalnikiem do stworzenia kostiumu. Zawsze proponuję szkice, pokazuję inspiracje, zdjęcia, a później docelowy projekt. Oczywiście zawsze też staram się dopasować strój nie tylko do figury, ale też do samego występu. Tutaj ważne są jego temat oraz na przykład ilość „przebiórek” w jego trakcie.

Love Affair, foto Igor Drozdowski, modelka Lena Witkowska, make-up/ hair Yoanna Bellee

Love Affair, fot. Igor Drozdowski, modelka Lena Witkowska, make-up/hair Yoanna Bellee

Kostium na początku jest nabudowany, a podczas występu wszystko ulega dekonstrukcji i ujawniamy kolejne warstwy. To bardzo ciekawe móc projektować taki minispektakl.

 

KW: Gdzie w tym wszystkim jest twoja praca w teatrze?

KSz: Na studiach zostałem oddelegowany do odbycia praktyk w Teatrze Nowym w Poznaniu. Trafiła mi się asystentura u Mirka Kaczmarka, który prawdopodobnie dzisiaj jest najlepszym scenografem w Polsce; rozchwytywany w całym kraju, ale ma też na swoim koncie wiele realizacji w zagranicznych teatrach.

 

Mirek jest dla mnie wzorem. Po naszej pierwszej wspólnej pracy, przy „Ambonie ludu” Piotra Kruszczyńskiego, zaczął mnie zapraszać do współpracy w charakterze asystenta.

Praca w teatrze sama się rozkręciła, nie planowałem jej w ten sposób. Nawet po pierwszych kilku premierach, kiedy zobaczyłem, jak faktycznie taka praca w teatrze wygląda, powiedziałem sobie: „Nigdy więcej! Ja się do tego nie nadaję”.

 

KW: Jak ta praca wygląda?

KSz: Według mnie polega ona przede wszystkim na interakcji międzyludzkiej. Tak naprawdę dużo energii trzeba poświęcić, aby wypracować wspólny język – najpierw z reżyserem na temat wizji danego spektaklu, kostiumów i ogólnego wyglądu całego przedstawienia.

 

 

Graża Grzech, foto Maciej Zakrzewski

Graża Grzech, fot. Maciej Zakrzewski

Dla mnie warstwa wizualna jest na równi ważna z warstwą funkcjonalną i tą ukrytą w sensach. Kiedy coś projektuję, nieważne czy scenografię, czy kostium, to zawsze jest to świadome. Teraz, dzięki wszystkim zebranym doświadczeniom, zaczynam samodzielnie działać jako kostiumograf i scenograf teatralny.

 

W tej chwili pracuję na Słowacji. Mimo wszystko ciągle pracuję z Kaczmarkiem. Praca z nim to prawdziwa frajda.

 

KW: Wspomniałeś, że nie planowałeś pracy w teatrze…

KSz: Nie, od małego chciałem być projektantem mody damskiej, docelowo high fashion. Jednak jest to rynek, którego w Polsce praktycznie nie ma. Chociaż niektórym wydaje się, że jest inaczej. Nie mamy takiego kapitału, aby moc pozwolić sobie na produkcję drogich, luksusowych rzeczy. Dzisiaj nikt nie chce za to płacić, więc młodzi projektanci na początku kariery są uwięzieni. Albo będą sprzedawać sygnowane swoim logo czapki, torby, T-shirty czy małe gadżety, na które stać przeciętnego Kowalskiego, albo muszą zająć się czymś innym; nie ma dla nich drogi, podczas której będą projektować to, co im się podoba i do tego będzie się to sprzedawało.

 

Polski rynek nie jest na tym etapie. Nie mamy też takich dużych imprez jak w krajach zachodnich. Natomiast celebryci są na tyle rozpuszczeni przez stylistów i projektantów, że uważają, iż wszystko im się należy.

Love Affair, foto Igor Drozdowski, modelka Lena Witkowska, make-up/ hair Yoanna Bellee

Love Affair, fot. Igor Drozdowski, modelka Lena Witkowska, make-up/hair Yoanna Bellee

O tym mało kto chce mówić. Znane postaci sądzą, że barter jest dla nas, projektantów, najlepszą formą współpracy. Powinniśmy im za darmo szyć na miarę, aby w ten sposób móc się promować. Prawda niestety jest taka, że to nie przekłada się w żaden sposób na sprzedaż.

 

KW: A promocją nie zapłacisz rachunków…

KSz: Dokładnie. To smutna prawda. Mogę szyć dla celebrytki czy celebryty, natomiast za coś muszę kupić tkaniny, zapłacić za prąd etc… Myślę, że w Polsce powinniśmy zmienić to podejście. Zacząć odpowiednio doceniać własną i cudzą pracę.

 

KW: Praca w teatrze jest takim złotym środkiem?

KSz: W moim przypadku jest to sposób na stały dochód. Udało mi się zachować ciągłość pracy. Teatr też sprawia, że na boku mogę robić modowe kolekcje i to takie, jakie chcę, ponieważ inwestuję w to moje własne pieniądze. W taki też sposób buduję swoją markę w internecie. Dzięki temu coraz więcej osób się o mnie dowiaduje, rozpoznaje moje projekty. Taki miałem cel od czasów liceum, aby to moje ubrania były na pierwszym planie, nie ja. Dzięki kostiumom dla drag queens i wszystkim sesjom z moimi ubraniami, które publikuję w sieci, tak właśnie się stało. To taki motor, który mnie napędza, by ciągle tworzyć i zaskakiwać.

 

KW: Jaki był twój ostatni projekt?

KSz: Ostatnio szyłem kostium dla Shady Lady na londyński RuPaul’s DragConUK. Projekt został zauważony i super przyjęty. Z Shady dobrze rozumiemy się na poziomie artystycznym, podobnie czujemy drag. Mamy wiele wspólnych inspiracji.

 

KW: Co to są za inspiracje?

 

Shady Lady, Foto Sebastian Mintus

Shady Lady, fot. Sebastian Mintus

KSz: To szeroki wachlarz. Baza, czyli historia sztuki, okazała się dla mnie bardzo cenna. Ciągle się do niej odwołuję, szukam rozwiązań, przeglądam albumy i katalogi.

 

Nie mam jednego źródła czy nurtu, z którego czerpię. Zresztą dzisiaj tak wiele się dzieje w kulturze i popkulturze. Do każdego tematu podchodzę indywidualnie i szukam wciąż nowych źródeł.

Teraz tworzę kolekcję, która inspirowana jest kwiatami, czyli będzie mocno zwiewnie, pastelowo, letnio.

 

KW: Stawiasz granicę między kostiumem a strojem?

KSz: W dzisiejszych czasach każdy strój może być kostiumem. W teatrze coraz częściej kostiumy są ubraniami z sieciówek. Na scenę wkrada się prywatne życie, zachowania takie, jakie widzimy na co dzień. Kostiumy są coraz bardziej basicowe.

 

Oczywiście wolę spektakle, w których mogę się bardziej wykazać niż kupić gotowce w sieciówce; mogę zaprojektować te kostiumy, a pracownie krawieckie odszyją wszystko z moich projektów i wybranych przeze mnie materiałów. To są dla mnie najbardziej ciekawe realizacje.

Shady Lady, Foto Sebastian Mintus

Shady Lady, fot. Sebastian Mintus

Ale – tak jak wspomniałem – reżyserzy coraz częściej chcą, aby aktorzy byli ubrani dajmy na to w garnitur, który nie różni się od tego widzianego na ulicach.

Jednak jeżeli chodzi o różnicę pomiędzy strojem a kostiumem, wtedy, kiedy ja go projektuję, jest ona często zachwiana. Staram się ostatnio szyć takie rzeczy, które nadają się właśnie do noszenia na co dzień. Chociaż z drugiej strony lubię, kiedy znajduje się w nich pierwiastek kostiumowy, taki bardziej pojechany i unikatowy.

 

KW: Czy szycie dla drag queen pozwala ci zupełnie oddać się fantazji? Tym bardziej teraz, kiedy w teatrze panuje basic?

KSz: Oczywiście, że tak. Poniekąd właśnie dlatego chcę to robić, bo wiem, że w teatrze nigdy w życiu nie uszyję takich kostiumów jak do dragu. Dzisiejszy teatr nie jest tak przejaskrawiony jak to, co drag queens pokazują w swoich performance’ach.

 

 

Co ciekawe, obecnie dragsy chcą wejść do mainstreamu, czego przykładem jest chociażby Rewia Drag Queen w Krakowie. Na te wydarzenia przychodzą tłumy!

Reżyserzy też to zauważają i coraz częściej wprowadzają postaci drag do swoich spektakli. Chociaż niekoniecznie są one grane przez prawdziwych drag performerów, tylko odgrywane przez aktorów, co, według mnie, nie jest do końca dobre.

Rite of Spring, foto Marta Surovy, modelka Gabriela Kruszyńska make-up Yoanna Bellee hair Wiktoria Friedrich

Rite of Spring, fot. Marta Surovy, modelka Gabriela Kruszyńska make-up Yoanna Bellee hair Wiktoria Friedrich

 

KW: Dlaczego?

KSz: Ponieważ pozbawione jest autentyczności. Drag to nie tylko odgrywanie postaci, zabawa i przerysowanie. Dla wielu osób to w końcu możliwość wyrażenia siebie, tego co nam w duszy gra, a czego nie możemy pokazać na co dzień. Owszem, aktor pracując nad rolą, musi ją stworzyć, wykreować i wcielić się w nią. Ale wszystkie elementy, takie jak peruka, kostium, charakteryzacja, są narzucone i wykreowane przez osoby trzecie (kostiumografa/kę, charakteryzatora/kę, reżysera/kę).

 

A prawdziwe drag queen tworzą swoją postać od początku same, według własnych upodobań i wizji. I to one decydują, jaką treść ma przekazywać ich drag.

KW: Zainteresowanie dragiem w Polsce ruszyło dzięki Netflixowi i RuPaulowi…

KSz: Dokładnie. Program stał się inspiracją, pokazał, jak można przekształcić męską sylwetkę i zmienić nie do poznania. Do tego całość nie musi być do końca na serio, można się tym wszystkim po prostu bawić i uwypuklić pewne cechy. Takie też są polskie drag queens, które czerpią inspirację z wielu dziedzin, chociażby z tego, co dzieje się w polityce, naszym społeczeństwie… Nie są to tylko występy pełne brokatu i blichtru, mają głębszy sens.

 

Bardzo lubię robić kostiumy do tych występów, które sięgają trochę głębiej. Myślę, że to właśnie jest tym quasi-teatrem.

To bardzo mała forma, która zamyka się w kilku minutach, ale jest silnie naładowana treścią – w każdym czynniku, bo zarówno w muzyce, jak i w kostiumie, ruchu…

Krystian Szymczak, fot. K. Daszkowski

Krystian Szymczak, fot. Krystian Daszkowski

 

KW: Pijesz do występów Loli Eyeonyou Potocki, prawda?

KSz: Tak, Lola jest jedną z performerek robiących drag tego typu. Każdy jej performance ma dużą i ważną siłę przekazu. Najbardziej w tej współpracy rajcuje mnie to, że ona doskonale wie, czego chce i co chce przekazać. Dzięki temu mam wrażenie, że jestem pomocną ręką, która pewne rzeczy podkręca i podpowiada, jak wzbogacić kostium, aby jeszcze lepiej wydobyć treść. Tutaj przydaje mi się wiedza kostiumografa, który często prostym zabiegiem potrafi to zrobić.

 

KW: Kiedy pracujesz z aktorami w teatrze i z drag queens przed ich występami, to ta praca wygląda podobnie?

KSz: To zawsze jest praca z drugim człowiekiem. Niezależnie z kim współpracuję, mówię konkretnie, jak widzę dany projekt i co chcę dzięki niemu uzyskać. Krok po kroku przedstawiam swoją wizję i prezentuję, jaki będzie efekt końcowy.

 

Chcę uniknąć rozczarowania. Mam wrażenie, że obecnie najwięcej konfliktów powstaje wtedy, kiedy po prostu nie ma dialogu.

A obie strony nie dają sobie znać, czego oczekują. Potem wychodzą zgrzyty. Kiedy projektuję dla drag queen, to jest jedna postać. Tworzysz konkretnie dla niej. W teatrze muszę uwzględnić każdy kostium jako część całości.

 

KW: Zdarza ci się, że w teatrze aktor czy aktorka przychodzi do ciebie z gotowym pomysłem? Bo psychologia postaci jest dla niej czy dla niego odbita również w stroju, kostiumie…

#kopciuszek, foto Krzysztof Bieliński ,Teatr Capitol Warszawa, reż. Tomasz Gawron

#Kopciuszek, fot. Krzysztof Bieliński, Teatr Capitol Warszawa, reż. Tomasz Gawron

KSz: Teoria mówi, że nasze zdanie, jako kostiumografów, jest zawsze najważniejsze. To my projektując, musimy bronić swojej wizji i nie możemy iść na żadne ustępstwa. Natomiast praktyka pokazuje, że aktor ma dużą siłę perswazji w stosunku do reżysera czy scenografa. Jestem taką osobą, która chce współpracować. Oczywiście potrafię uprzeć się na jakiś element kostiumu, bo widzę w nim głębszy sens. Jednak kiedy aktor w czymś się męczy, a niekoniecznie o to wcześniej chodziło, to bez sensu jest blokować jego grę. Z drugiej też strony, kiedy aktor czy aktorka w jakimś kostiumie wygląda źle, niekorzystnie, to nie dlatego, że chciałem zrobić komuś na złość, tylko był to celowy zabieg ważny dla danej postaci.

 

Są aktorzy, którzy mają elastyczne podejście, ale są też tacy, którzy uważają, że zawsze wyglądają w czymś nieatrakcyjnie, grubo, brzydko… To druga strona pracy kostiumografa, o której nie mówi się zbyt wiele. Czasami trzeba wielu godzin, aby wypracować wspólny kierunek projektu.

Taka forma jest najlepsza, bo moja praca zaczyna się, kiedy podpisujemy umowę w teatrze, a kończy w momencie premiery. Ja wyjeżdżam, a aktorzy zostają z tym kostiumem i grają czasami nawet przez kilka lat. Cieszę się, jeżeli kostium pomaga im w grze, a nie kojarzy się z męczarnią. Dlatego dobrze jest wypracować spójną wizję.

 

KW: Tak samo z drag?

KSz: Dokładnie. Zdarza się, że coś zaprojektuję, ale to się nie sprawdzi na scenie, bo czas na „przebiórkę” jest za krótki. Albo okazuje się, że ktoś jest uczulony na jakiś materiał, albo zwyczajnie komuś się dany projekt nie podoba. Wtedy całość trzeba zmodyfikować.

 

#kopciuszek, foto Krzysztof Bieliński ,Teatr Capitol Warszawa, reż. Tomasz Gawron

#Kopciuszek, fot.Krzysztof Bieliński, Teatr Capitol Warszawa, reż. Tomasz Gawron

 

KW: Wspominałeś, że teatr coraz częściej sięga po codzienność. Przeczytałem gdzieś wywiad z legendarną kostiumografką Barbarą Ptak, która powiedziała, że nie znosi dżinsów i nie uznaje tzw. „kostiumu współczesnego”, generalnie współczesność nie jest dla niej interesująca. Dla ciebie takie nasze tu i teraz jest interesujące? Czy to bardziej przymus?

KSz: Żyjemy w takich czasach, że pewnych tematów nie da się zobrazować w piórach, cekinach i całym tym blichtrze kostiumu z epoki. Trzeba to zaakceptować i spróbować odnaleźć się w dzisiejszym teatrze. Są pewne problemy, które dotykają nas coraz częściej, i jeżeli nadamy im przaśną formę, kolorową lub historyczną, to nikt nie odbierze tego na serio. Całość trzeba traktować zgodnie z założeniem tekstu.

 

Nie chcę nikogo obrazić, ale uważam, że dobry kostiumograf to taki, który potrafi odnaleźć się i odnieść do każdego tematu. Tak staram się podchodzić do wszystkich projektów.

Nie zrażam się, kiedy ktoś podrzuca mi tekst z XVIII wieku, tym bardziej że często te stare teksty mają bardzo współczesny przekaz. Niedawno współpracowałem przy „Kopciuszku” w reżyserii Tomasza Gawrona, w Teatrze Capitol w Warszawie. Postanowiliśmy go przenieść w czasy współczesne – w dobę Internetu, YouTube, Instagrama, hejtu.

Bo jak mamy przemawiać do młodych ludzi, kiedy pokazujemy, że Kopciuszek na bal przyjeżdża karocą z dyni? Uwspółcześniamy tę formę. Nie ma w tym nic złego. To, że dżins pojawia się na scenie, jest kompletnie naturalne. Sam noszę dżinsy, wszyscy moi znajomi noszą dżinsy i myślę, że ciężko dziś znaleźć osobę, która nie miałaby ich w szafie. Dlatego nie widzę problemu w tym, żeby odpowiednio użyty dżins zaistniał na deskach teatru.