fot. Łazęga Poznańska

Korespondencyjne improwizowanie

Tegoroczna edycja KOimpro! to kolejny przykład na to, że kultura w sieci radzi sobie całkiem nieźle...

Sebastian Gabryel polecał ostatnio w rubryce „Muzyka bezcenna w Wielkopolsce“ album „Sytuacja aktualna“, z utworami stworzonymi w ramach kwietniowej odsłony cyklu KOimpro!, która była o tyle szczególna, że odbyła się zdalnie.

 

Wcześniej improwizatorzy grali w składach wyłonionych drogą losowania, spotykając się w Kołorkingu Muzycznym, a teraz tak zestawione ekipy pracowały nad utworami przez internet.

Na początku maja kolejną edycję przeprowadzono w ten sposób, a ja po rozmowie w pomysłodawcą cyklu Hubertem Karmińskim postanowiłem zapytać o wrażenia ze współpracy uczestniczki dwóch ostatnich KOimpro!

 

Posłuchaj!

 

Slasia Wilczyńska, studentka kompozycji elektroakustycznej na Akademii Muzycznej, wokalistka w zespole Bez, ma porównanie z kilkoma nieinternetowymi odsłonami KOImpro!, w których uczestniczyła wcześniej.

 

– Ta edycja była wyjątkowa pod tym względem, że realizujemy się nie tylko muzycznie, ale też co najmniej jedna osoba w drużynie musi się wcielić w rolę producenta i realizatora dźwięku. Są to zupełnie odmienne doświadczenia. Ale nadal jest ta dawka przygody dzięki losowaniu, nie wiadomo, na kogo się trafi. Ja znów przygotowałam muzykę z osobami, z którymi do tej pory się nie znałam i zostałam wprowadzona na tereny poza moją strefą komfortu – punktem wyjścia w naszym utworze była poezja. Wyszło to z inicjatywy muzyka, którego wylosowałam. Gdybyśmy grali na scenie, zapewne to on by wszystko recytował. W edycji „domowej“ mieliśmy czas omówić utwór i podzielić się rolami świadomie, nie tylko intuicyjnie.

 

KOimpro!, fot. Mateusz Jarczyński

KOimpro!, fot. Mateusz Jarczyński

Zanim nagrania trafiły na Bandcamp, zostały zaprezentowanie w audycji Karmińskiego „Salon odsłuchowy“ w Radiu Afera. Wilczyńska wykorzystała tę sytuację:  

 

– W końcu można było, słuchając swojego utworu, jednocześnie go komentować. W jednej karcie przeglądarki miałam otwarte radio, w drugiej kilka okien prywatnych wiadomości, rozmawiałam z osobami, które również słuchały. Większość z nich też brała udział.

 

Posłuchaj!

 

Wokalistka Kasia Węgierska zwraca uwagę na istotne różnice w takiej formie współpracy:

 

– Sieciowe KOimpro! jest dla mnie doświadczeniem  o nowym charakterze – mimo tego, że oczywiście, jak większość ludzi w naszym społeczeństwie, funkcjonuję internetowo. Jako muzyk mam też do czynienia ze sprzętem, nagrywaniem  i dogrywaniem zdalnym, a jako osoba pracująca z ludźmi biorę udział w sesjach online oraz je prowadzę.

A jednak KOimpro!, rządzące się swoimi prawami, było dla mnie czymś nowym. Jam na żywo związany jest nieodzownie  z obecnością, współdziałaniem z ludźmi, reakcją na to, co i jak grają inni. Z kreatywnością, umiejętnością improwizacji, swobodą sceniczną. Z umiejętnościami muzycznymi również, jednak ich zróżnicowany poziom może się obronić poprzez prezencję, charyzmę, osobowość oraz inne jakości występu na żywo.

Jednak przy nagraniu te aspekty nie są widoczne. Trzeba mieć konkret, nagrany materiał, co nie jest oczywiście niczym niespotykanym w pracy twórczej, jednak tutaj nie ma za wielu ustaleń między muzykami, często nawet następują próby odejścia od zasad. Przy tym każdy z uczestników nagrywa samodzielnie swoją część, więc jednak muszą one jakoś ułożyć się w całość. To wymaga ustalenia pewnych kwestii, np. Tego, kto zaczyna, kto dogrywa po kolei. Często ze względu na to efekt końcowy – przynajmniej w grupach, których byłam członkinią – w ogromnej mierze zależał od pierwszej osoby.

 

Podobnie jak dla Wilczyńskiej, także dla Węgierskiej była to okazja do przyglądania się procesowi twórczemu:

 

 – Szczerze mówiąc, dla mnie było to nie tylko pole do działań muzycznych, ale i do obserwacji psychologicznych pod kątem podejmowania ról w grupie, stopnia zaangażowania w proces tworzenia. Przyglądam się też temu doświadczeniu jako takiemu, które daje uczestnikom możliwość rozwinięcia swojego potencjału muzycznego oraz modyfikacji własnego podejścia.

Może zmiany tego, jakie role kto podejmuje? Może następnym razem zamiast dogrywać, ktoś zechce stworzyć bazę, co będzie zupełnie nowe  i transformujące? A może ktoś, przyzwyczajony do wykonywania lwiej części pracy, tym razem puści kontrolę nad przebiegiem tworzenia? Może ktoś sięgnie po zupełnie nowy dla siebie instrument – przesyłanie materiału online daje możliwość powtórek, usuwa element stresu związany z bezpośrednim odbiorem słuchaczy, a do tego idea KOimpro! zachęca do eksperymentowania

Postrzegam to więc jako rozwojowe, po powrocie świata do normalności chętnie widziałabym zarówno spotkania na żywo, które są nieocenione, jak i jednak tę możliwość online – nie zamiast, ale jako towarzyszącą. Specyfika wystąpień i odbioru muzyki na żywo są dla mnie nadal niezastępowalne.

 

KOimpro!, fot. Mateusz Jarczyński

KOimpro!, fot. Mateusz Jarczyński

Posłuchaj!

 

W internetowej odsłonie KOimpro! brała też udział Ola Wiśniewska, entuzjastka instrumentów, perkusistka w zespole HER SIDE, która po godzinach pracuje nad solowym materiałem. Jak przyznaje:

 

– Początkowo taki sposób współpracy wydawał mi się prostszy i bardziej przystępny niż dotychczasowa forma. Nie jestem zawodowym muzykiem i mimo że uwielbiam grać i czerpię ogromną satysfakcję ze współpracy, moje umiejętności nie zawsze nadążają za tym, co się dzieje na scenie.

Improwizacja na żywo, oprócz – w mojej opinii najważniejszego –  umiejętności słuchania i słyszenia zespołu, wymaga pewnej sprawności we władaniu instrumentem, by zagrać to, co chcemy i jak chcemy w odpowiednim momencie, więc podczas standardowego KOimpro! nie zawsze udaje mi się nadążyć. Pomijam tu kwestię przypadku, o którego pozytywnym znaczeniu dla dzieła pewnie niejeden artysta mógłby napisać doktorat.

Zdalna praca nad utworem miała więc pewne zalety. Mogę tworzyć tak, by czuć się komfortowo – mam czas na zapoznanie się z instrumentem i wydobycie z niego konkretnych, pożądanych dźwięków. Mogę się przygotować i raczej nic mnie nie zaskoczy. Mogę spróbować zagrać taką sekwencję, a potem jednak wybrać inną. Mogę właściwie wszystko. Daje to poczucie pewności, ale po wymianie pierwszych pomysłów orientuję się, że brak potencjalnych ograniczeń utrudnia decyzję, co i jak zagrać.

Jednocześnie spływają pierwsze próbki od kooperantów nagrane niezależnie w innym klimacie i tempie. Zaczynają się rozważania i dyskusje: „Co zrobić, jak to połączyć? Co myślicie? Ja bym widziała to w sennym, ambientowym klimacie, a ja myślę, że tutaj powinniśmy dodać trochę przesteru. Dzisiaj wieczorem postaram się coś dograć. Wyślij mi, proszę, twój fragment w osobnych ścieżkach, bo chciałabym dodać akcenty w mojej partii. Wiesz co, te klawisze tutaj chyba nie pasują. Kto miksuje?”.

I nagle okazuje się, że lwią część czasu spędzamy na Facebooku – omawiając, co i jak zagramy/zagraliśmy. Jest to oczywiste i całkiem zrozumiałe, zresztą być może moglibyśmy ustalić jakiś inny sposób działania, ale mnie taka komunikacja początkowo wydawała się niezbędna – skoro mamy coś razem stworzyć, to najpierw to omówmy jak dorośli ludzie.

Nie chcę powiedzieć, że nie odpowiadała mi taka forma, wręcz byłam szczęśliwa, że po miesiącach bez grania (ten okres wydłużyła złamana na początku roku ręka) będę mogła coś stworzyć z innymi. Świetnie, że technologia umożliwia zorganizowanie takiego wydarzenia w jedyny dopuszczalny w obecnych czasach sposób, ostatecznie tworzą się fuzje, które nigdy nie powstałyby, gdyby nie ta inicjatywa, i to jest zawsze wartościowe. Ja jednak po tym wszystkim nie do końca poczułam się spełniona w kwestii niezakłóconej słowami komunikacji za pomocą dźwięków, czyli tym, co jest atutem „normalnego“ KOimpro!

KOimpro!, fot. Mateusz Jarczyński

KOimpro!, fot. Mateusz Jarczyński

 

Zapytałem też Wiśniewską o to, czy i jak zmieniło się u niej słuchanie w czasach pandemii:

 

– Mój sposób słuchania muzyki nie zmienił się w obecnych czasach – internet był i jest głównym medium, dzięki któremu słucham i poznaję nowe zespoły. Nie chodzę jakoś często na koncerty, ale zaczyna mi brakować muzyki na żywo – takiej specyficznej energii nie da się odtworzyć w innych warunkach. Tęsknię też za samym rytuałem, kupieniem piwa i zapachem pewnych miejsc, który wywołuje konkretne emocje.

Dla osoby zajmującej się muzyką streamowane koncerty to nie tylko okazja do posłuchania ulubionych artystów. Mnie bardziej fascynuje możliwość podejrzenia domowego studia i zobaczenia przestrzeni, której w standardowych warunkach pewne nigdy bym nie ujrzała. Interesuje mnie, jak inni organizują sobie przestrzeń do tworzenia, jakie sprzęty mają, i podbudowuje fakt, że np. też używają koców zamiast paneli akustycznych. A ostatecznie od lat i tak najwięcej słucham YouTuba i podcastów.

Tutaj w pewnym momencie nastąpiła dominacja tematu koronawirusa, ale chyba większość już powiedziała, co miała powiedzieć i ludzie też są już powoli zmęczeni tym tematem. A co z nasłuchiwaniem odgłosów wokół oraz słuchaniem w szerszym znaczeniu i kontekście? 

W tym roku szczególnie zabrakło mi odgłosów przyrody podczas najbardziej ekscytującego dla mnie momentu w roku, kiedy wszystko budzi się do życia i zaczyna się najlepsze kilka miesięcy, dopóki znów nie zacznie się robić zimno i ciemno. Epidemia sprawia, że na wierzch wychodzi to, co w normalnych warunkach udaje nam się zagłuszyć białym szumem codzienności.

Widać to w gospodarce, społeczeństwie, oczywistym przykładem jest np. stan służby zdrowia, ale też wielu z nas nagle zostało zmuszonych do pozostania samemu ze swoimi myślami. Zawsze dużo wsłuchiwałam się w siebie, ale przez ostatnie dwa miesiące robię to wyjątkowo intensywnie. Mam takie przemyślenia, że gdy okazuje się, że bez naszego udziału i naszej zgody w jednym momencie może tak dużo się zmienić w naszej codzienności, tym bardziej powinniśmy wsłuchiwać się w swoje potrzeby i zastanowić, co jest ważne dla nas. Ostatnie wydarzenia pokazały, że mam wpływ na mniej rzeczy, niż mi się wydaje, więc ostatecznie chcę pokierować tą małą częścią w najlepszy możliwy sposób.