fot. Wydawnictwo WBP i CAK

Krew, pot, łzy: miłość

Kamila Janiak, wokalistka i poetka, powraca do czytelników z wyjątkową książką. I jak to u Janiak zwykle bywa, nic nie jest takie, jak się wydaje. Zwłaszcza tytułowa Miłość: fizyczna i pierwotna.

Poezja Kamili Janiak od początku działalności poetki działała jak obuch: miała w sobie dużo punkowej zadziorności, burzyła porządki, dawała upust gwałtownym emocjom.

Samo zestawienie tytułów jej książek daje pewien obraz charakteru tej twórczości: od frajerom śmierć i inne historie, debiutu w 2007 roku, przez zwęgloną jantar (2016) i wiersze przeciwko ludzkości (2020) po nagrodzony Wrocławską Nagrodą Poetycką „Silesius” Zakaz rozmów z osobami nieobecnymi fizycznie (2020). W 2022 roku przyszedł czas na Miłość.

Raport z porodówki

Twórczość poetki nie stoi również w miejscu – co wcale nie jest tak oczywistym stwierdzeniem w poetyckim świecie, skupionym często na pielęgnowaniu i szlifowaniu wyraźnego idiomu czy jednostkowej sygnatury.

U Janiak tematy ewoluują, pozostając w ścisłym splocie z historią dojrzewania autorki, a także w reakcji na bieżące kryzysy. Ostatni Zakaz rozmów był jednym z niewielu udanych literacko przetworzeń pandemicznego doświadczenia, włącznie z katastrofą ekologiczną, której skala uwidoczniła się, gdy świat stanął w miejscu, a dzikie zwierzęta wracały do wcześniej zamieszkanych siedlisk.

Tym razem życie i pisanie oscylują wokół nowego tematu: macierzyństwa.

 

Opowieść Janiak jest daleka od wystawiania laurki okresowi ciąży, porodu i połogu. W pierwszej części książki wybija się krew, brudne podkłady czy linoleum śliskie od moczu i łez. A jednak rewersem każdej ze scen z polskiej porodówki jest właśnie miłość – uczucie o wiele bardziej skomplikowane, niż przedstawiają to kapitalistyczne święto zakochanych, komedie romantyczne czy wystawy sklepów i okładki czasopism.

 

Kamila Janiak

Kamila Janiak

miłość

najbliższy sercu był pierwszy krzyk.

matki, która drewniana próbowała urodzić drewno.

matek, które szklane próbowały nie stłuc kruchego naczynia.

 

potem słyszała ściany.

całą noc płakały,

cały dzień mokły,

aż linoleum było śliskie od moczu i łez.

i kroki w gumowanych klapkach i kroki

i talerze na plastikowych tacach i talerze.

 

chodź i zobacz,

życie zaczyna się od kropli krwi,

czerwoną falbanką fartucha.

 

Obrazy w wierszach Janiak mrożą naturalizmem – nurtem czy, jak tu, stylistyką, która pomimo długiego, XIX wiecznego rodowodu, nadal potrafi wcisnąć w fotel. Poetce udaje się wyważyć brutalną bezpośredniość z prostą, ale silnie działającą metaforą.

W Miłości nie idzie przecież tylko o wytknięcie słabości polskiej służby zdrowia (co nie jest ani trudne, ani literacko przekonujące), ale przede wszystkim o masę nowych, przytłaczających emocji, nieoczekiwanych i niekontrolowanych odpowiedzi ciała, niespotykanych do tej pory progów bólu – miażdżąca siła wszystkich tych czynników jest bólem jednoosobowym. Bólem, który jest uznany za normę.

 

 

szpital trzeci

chciała wrócić do domu,

bo już trzeci dzień krwawiła ze smutku.

pani się nie wygłupia, nie wierzyła położna

i troskliwie zwiększyła dawkę żelaza.

usłyszała, jak jeden proszek po drugim

uderzają o dno żołądka.

zgięło ją w pół i docisnęło do łóżka.

z góry musiała wyglądać jak mucha, która zaschła

po wbiciu szpilki

w ramce ze szpitalnego łóżka.

 

Janiak w serii wierszy okołoporodowych udaje się precyzyjnie przyszpilić linię napięcia między prywatnym (i cielesnym) a publicznym (i systemowym), jednocześnie zaznaczając nieprzystawalność jednego do drugiego. Bo co zrobić z realnym i zupełnie osobnym cierpieniem, gdy w jednej chwili przeżywają je, równie wyjątkowo, dziesiątki kobiet?

Ciało własne, ciało obce

Relacja między bohaterką wierszy a pielęgniarką nie jest jedynym napięciem występującym w Miłości. Podział na to, co własne i to, co obce zyskuje jeszcze jedną twarz. Jest nią doświadczenie dezintegracji: wyobcowania i oddzielenia od swojego ciała na skutek krańcowego zmęczenia.

Świadomość i tożsamość schodzą na dalszy (nawet: bardzo daleki) plan, gdy stery przejmuje odruch czy komenda. Znika początkowa postawa buntu, rzucone w myślach co kurwa? w odpowiedzi na słowa pielęgniarki. Pozostaje nagie życie, ograniczone do podstawowych funkcji:

 

 

szpital czwarty

sprawdzała czas,

ale przestała rozumieć cyfry.

świeciły,

ładnie świeciły,

bardzo ładnie świeciły w półmroku

i znikały, gdy malinowa lawa waliła w okna.

 

nawet krzesło, gdy na nie patrzyła,

miało coraz mniej sensu.

zazwyczaj leżała twarzą do ściany.

ściany, powtórzyła cicho.

lawo, lawo,

uważaj na ściany. ściany.

 

obudziła ją dziewczyna z łóżka obok.

dziecko ci płacze.

lawo, lawo,

uważaj na dziecko, dziecko.

wstała, wyjęła pierś, zmechanizowana.

 

 

To, co uderza, to przede wszystkim sposób prowadzenia opowieści. Już samo mówienie o intymności w trzeciej osobie wprowadza widoczny dystans: perspektywa oddzielenia od ciała, graniczne doświadczenie ciała i szereg sytuacji zakrawających o absurd i groteskę tylko to wrażanie potęgują.

Kolejnym stopniem odrealnienia jest wprowadzenie perspektywy zupełnie bezosobowej: kobiety tracą swoją podmiotowość, przechodzą w tryb maszyny, na końcu zaś język, którym są określane zmienia się. Komendy wydawane są w formie równoważników zdań, krótkich poleceń: bo przecież „jeść musi”.

Powrót, który nie jest powrotem

Wiersze z tomu Miłość nie kończą się jedynie w czterech ścianach porodówki. Poetka rejestruje również powrót do domu, w którym nic nie wraca do normy: zwłaszcza zdrowie psychiczne. Tym razem mowa bowiem o depresji poporodowej, która wciąż jest społecznym tabu.

 

poniedziałek

już dziesięć miesięcy budzi się parę razy w nocy

i rano nie wie, czy spała,

czy zapuszczała korzenie w brudny materac.

brudny materac, powtarza cicho.

zmniejsza dawkę leku

i gdy syn drzemie,

ona fantazjuje, że przewraca się na nóż.

 

Powtarzanie kolejnych fraz, a właściwie ich zwielokrotnianie na wzór echa, nie ustępuje po wysiłku ciała, ale z wymiaru czysto fizycznego rozprzestrzenia się również do sfery psychiki.

 

Wiersze nazwane kolejno dniami tygodnia są zapisem relacji matka-dziecko, która wyzwala w kobiecie lęki; co, jeżeli nie staram się wystarczająco mocno? Co, jeśli nie jestem wystarczająco dobrą matką? – zdaje się pytać młoda matka z utworów Janiak.

Doświadczenie macierzyństwa jest przy tym wyjątkowo silnie zarysowanym paradoksem: strach wywołuje miłość, miłość kreuje strach. Zupełnie tak, jakby oba te stany były rewersem tej samej monety.

 

Kamila Janiak, Miłość

Kamila Janiak, Miłość

niedziela

przyglądając się kluskom.

i foki

zabrała od milionów.

przeogromne jaskinie.

wylegują się.

i jakby ze sklepienia

uderzenia słońca.

woda w jaskiniach jest

gorąca

 

kluska zawisła nad stołem.

zsunęła się z krzesła

i plasnęła o podłogę.

oczy błysnęły na biało,

ale nie chciały się zamknąć.

 

podbiegł do niej i pytał,

pytał całą wieczność.

chciała mu powiedzieć,

że nie ma jej już ani sekundy,

ale żeby się nie martwił.

że potrzebuje tylko czegoś wielkiego,

żeby zrównoważyć tę ogromną dawkę miłości,

z którą nie wie, jak żyć.

 

Miłość Kamili Janiak nie jest żadną miarą książką wymierzoną przeciw macierzyństwu; wręcz odwrotnie – to opowieść o skomplikowanym, granicznym doświadczeniu, które wymyka się łatwej klasyfikacji.

Co więcej, w tomie ważny jest również aspekt społeczny: podzielenie się doświadczeniem, a przede wszystkim wyraz solidarności z tymi, które przechodziły to samo. Miłość to po prostu wyraz siostrzeństwa. 

Podziel się kulturą!
What’s your Reaction?
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
2
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0