fot. Wydawnictwo Zysk i S-ka

Krótki demontaż iluzji

Przyzwyczajeni jesteśmy myśleć o przeszłości i jej wpływie na współczesność w kategoriach ludzkich: ktoś coś wymyślił, wynalazł, opracował, zaproponował. Inni ludzie podjęli to, albo i nie, przyjęli bądź odrzucili. Społeczeństwa rozwijają się w rytm takich pomysłów.

Ów dość powszechny schemat myślenia wyraźnie wpływa na postrzeganie ludzi wywodzących się z innych kultur, mających odmienny kolor skóry, mówiących innymi językami. Jedne ludy w tej perspektywie przodują w postępie, inne nie nadążają, a jeszcze inne jedynie dzięki cudzej przemyślności mogą posługiwać się różnymi narzędziami.

Popularyzacja idei

Taka perspektywa w nauce już raczej odeszła w przeszłość (choć to może nadmiernie optymistyczne uproszczenie), ale stosunkowo nieduży wywiera to wpływ na myślenie potoczne. Zapewne z różnych powodów. Możliwość skoncentrowania się na jednym, wybranym, często wąskim problemie nie jest dana wszystkim. W codziennej krzątaninie rzadko można znaleźć czas na takie rozważania. Stąd wyspecjalizowane grono badaczy. Posługują się oni jednak specjalistycznym, hermetycznym językiem, niedostępnym szerszemu gronu. Najbardziej nawet nowatorskie, cenne i pożyteczne idee mogą długo pozostawać bez większego wpływu na społeczeństwo, w którym i z którego się zrodziły.

 

Stąd ogromna rola popularyzatorów. Oni przekładają złożone i skomplikowane pomysły badaczy na język prostszy, w większej mierze odwołujący się do codziennego doświadczenia, pokazujący praktyczne uwikłania i konsekwencje idei naukowych.

Ten wysiłek jest nie do przecenienia – pozwala na zachowanie komunikacyjnej ciągłości między społeczeństwem i jego wydelegowanymi od zadań specjalnych emisariuszami. Popularyzatorzy zapobiegają ostatecznemu przekształceniu się naszego świata w republikę ekspertów, w której jedni tworzą wiedzę i rządzą, a drudzy mogą wprawdzie korzystać z wszelkich osiągnięć, ale w sposób limitowany i bezwolny.

Niejedna antyutopia pokazuje niebezpieczeństwa takiej sytuacji. Rola popularyzatora jest o tyle niewdzięczna, że może z jednej strony narazić się na zarzut uproszczeń, które są przecież nieodzowne przy takiej translacji, z drugiej jego wysiłek może być uznany za niespełniony – oto nie udało się przełożyć w sposób przystępny szerszej publiczności jakichś idei.

Z nauką do ludzi


Tych niebezpieczeństw z pewnością udaje się uniknąć Jaredowi Diamondowi, autorowi zapowiadanej na 7 lipca 2020 roku przez Wydawnictwo Zysk i S-ka książki „Strzelby, zarazki i stal. Krótka historia ludzkości”.

 

Będąc badaczem i naukowcem, potrafi jednocześnie w sposób skuteczny uprzystępniać wyniki swoich badań i rozważań.

Efektem tego właśnie jest wspomniana książka, za którą otrzymał w 1998 roku Nagrodę Pulitzera. Ma ona już wprawdzie swoje wcześniejsze polskie edycje; w roku 2000, 2010 i 2012 publikowało ją Wydawnictwo Prószyński i S-ka (pod nieco innym tytułem – „Strzelby, zarazki, maszyny: losy ludzkich społeczeństw”), ale po pierwsze jest to pozycja na tyle ważna, że ponowne jej wprowadzenie na rynek jest nomen omen zyskiem społecznym, po drugie (co nieczęste w przypadku tego rodzaju literatury) otrzymujemy nowy przekład tekstu.

 

Być może przy tym biorącego pod uwagę najnowsze osiągnięcia badawcze – wszak przez dwadzieścia ponad lat od pierwszego wydania niemało się w nauce zdarzyło.

Nie wdając się w rozważania na temat tłumaczeń, skoro nie mamy jeszcze tomu w ręku, a biorąc za dobrą monetę uaktualnienie tekstu w jego obecnym wydaniu, chciałbym skupić się na kwestiach podnoszonych przez Diamonda, bo mają one dziś znaczenie niebagatelne, a ich ranga nie będzie malała.

 

Okładka książki pt. Strzelby zarazki stal, fot. Wydawnictwo Zysk i S-ka

Okładka książki pt. Strzelby zarazki stal, fot. Wydawnictwo Zysk i S-ka

Książka „Strzelby, zarazki, stal. Krótka historia ludzkości” mierzy się ze wspomnianym na początku problemem ujmowania dziejów w kategoriach jednostek i społeczeństw.

Przeciwstawia takie patrzenie na historię tych, którzy są jej twórcami i tych, którzy mogą być uznawani za pasażerów na gapę. Stawia naprzeciw tych, który zdolni są do inwencji twórczej, do poruszania z posad świata i tych, którym brak umysłowych do tego zdolności. Nawet jeśli nie lokuje się tego potencjału w jednostce, pojęcie wspólnoty tym bardziej czyni rozróżnienie klarownym dla pewnego sposobu myślenia.
Posługujemy się stereotypami i zapewne nie sposób zupełnie pozbyć się tego narzędzia, które jest skutkiem ekonomii myślenia. Rzecz w zdolności do ich rewizji w obliczu nowej wiedzy, nowych okoliczności.

Tymczasem dość dobrze, mimo wszystko, miewają się opinie o niższości wielu kultur względem europejskiej, czy ogólniej zachodniej (nawet gdyby to pierwszeństwo uwolnić od sankcji metafizycznej i uznać za historyczną przygodność). Mimo rozlicznych inicjatyw w zamierzeniu mających zmienić ten stereotypowy obraz dyskryminujący innych i umniejszających ich, mniemania te mają się dobrze. Nie tak otwarcie są głoszone (ale często przebijają się nawet w z pozoru neutralnych wypowiedziach), co bywa nazywane przemocą politycznej poprawności. Zawsze można przywołać przecież cały szereg nazwisk wynalazców, luminarzy kultury, których proweniencja jest niezaprzeczalnie europejska. Mnożyć można osiągnięcia istotne dla świata, których rodowód jest na Zachodzie. Nawet jeśli równie łatwo wskazać ich faktyczne pochodzenie skądinąd.

 


Książka Jareda Diamonda daje do ręki argumenty, które unieważniają wszelkie takie wyższościowe pretensje. Przyjęta przez autora perspektywa spełnia postulat Fernanda Braudela integracji nauk dla pełniejszego poznania uwarunkowań przemian historycznych. Wystarczy odwołać się do kilku przykładów z tej bogatej publikacji.

Czego możemy się nauczyć


Australijscy Aborygeni przez wielu badaczy byli uważani za przedstawicieli najpierwotniejszych form kultury ludzkiej. Stanowili doskonały przykład na poparcie teorii o nierównomiernym rozłożeniu zdolności – jedni są zdolniejsi, bardziej twórczy, inni nie posiadają takich zalet czy właściwości. Jedni są więc predestynowani do władzy nad innymi. A inni winni się tej władzy podporządkować.

 

I do tego można w sumie sprowadzić sens tego rodzaju koncepcji – uzasadnianie panowania.

Nie tworzyli Aborygeni większych społeczności, prowadzili łowiecko-zbieracki tryb życia. Nie posługiwali się pismem, w znikomym stopniu używali narzędzi. Nie udomowili żadnej rośliny podobnej w znaczeniu do pszenicy ani zwierzęcia odpowiadającego gdzie indziej przysposobionym do chowu owcom, bydłu czy świniom. W tym schemacie mieścili się idealnie. Byli jego znakomitym potwierdzeniem.

Jared Diamond tymczasem pokazuje fałszywość owych przekonań. Tym bardziej przekonujące jest to zaprzeczenie, że odwołuje się do argumentów wychodzących poza arsenał filozoficznych debat – sięga do historycznych nauk przyrodniczych.

Oto okazuje się w tym kontekście, że w ekosystemie australijskim nie było ani roślin, które nadawałyby się do udomowienia, ani też zwierząt do udomowienia o wielkości odpowiedniej, by spełniać podobną cywilizacyjnie rolę, jak wspomniane wcześniej owce, bydło czy świnie.

 

Innymi słowy, prostota życia Aborygenów nie tyle wynikała z prostoty ich umysłu, co z uwarunkowań środowiskowych.

To ekologia nie pozwoliła im wyjść poza pewne formy życia społecznego, stworzyć więcej niż kilka podstawowych narzędzi. A przy tym opowiadać sobie fascynujące mity – słowem i obrazem o unikalnej estetyce. Ponadto zauważa Diamond, że choć w tempie znacznie wolniejszym (ze względu właśnie na środowiskowe bariery), niektóre plemiona czyniły starania, by przejść do innej – osiadłej formy życia. Że nie miały owe starania szans na realizację – to już historia tragiczna kolonizacji i osadzenia Aborygenów w roli bez mała nieludzi.

Gdy idzie o rozprzestrzenianie się wynalazków i efekt wzmocnienia, pouczająca jest historia obu Ameryk. I tutaj warunki ekologiczne wpływały na to, że stosunkowo późno względem Eurazji rozwinęły się duże cywilizacje: trudniej udomowić było kukurydzę, quinoę, a ekonomiczna korzyść z względnego udomowienia lam była ograniczona.

 

Co jednak istotniejsze, w ramach połączonych ze sobą kontynentów uwarunkowania geograficzne, jak choćby wąskość przesmyku będącego drogą z południa na północ, nie pozwoliła na prędką i łatwą transmisję wynalazków i osiągnięć.

Cywilizacje Ameryki Środkowej i Południowej miały z tego względu charakter wyspowy, funkcjonowały jako osobne uniwersa. A przecież wymiana i dzięki temu rozwijanie idei stanowią motor rozwoju.

W ramach wielkiego obszaru Azji i Europy brak – jak wskazuje Diamond – tego rodzaju barier środowiskowych. Bogactwo fauny i flory nie tylko oznacza tu dużą bioróżnorodność, cenną samą w sobie, lecz przy okazji także dużą pulę roślin i zwierząt podatnych na zabiegi domestykacji. A zabiegi te były łatwiejsze niż gdzie indziej – to oczywiście wszystko należy wziąć w odpowiedniej skali: setek, czy nawet tysięcy lat takich starań. Brak istotnych naturalnych barier geograficznych wpłynął z kolei na tempo rozprzestrzeniania się wszystkich osiągnięć, ich rozwijanie i udoskonalanie.

W perspektywie Diamonda należy mówić o obszarze wynalazków i wymian cywilizacyjnych bez możliwości wskazania na jakąkolwiek przodującą w tym zakresie.

 

Kultura ludzka – jeśli mówić w taki ogólny sposób – to dorobek wszystkich wcześniejszych pokoleń, a różnice w tempie rozwoju poszczególnych już kultur to nie efekt odmiennych właściwości mentalnych czy rasy.

Dzieło Jareda Diamonda jest niezwykle inspirujące, nawet jeśli nie bezdyskusyjne. Mnogość szczegółowych informacji wpływa zapewne na to, że można się spierać o detale. Jednak rozległy zamiar, szeroka perspektywa każą pochylić się nad nią z uwagą i potraktować poważnie zaproponowane spojrzenie na dzieje ludzkości.

Dobrze, że otrzymujemy nową edycję tej ważnej książki. Problemy, z którymi się mierzy, nie zdezaktualizowały się bynajmniej od czasu jej powstania. W nowym przekładzie ma szanse, by na nowo wzbudzić dyskusję i na nowo zmierzyć się ze starymi problemami.