fot. Michał Sita

Literatura sama się obroni

Czy literatura potrzebuje promocji? Odpowiedź jest trudniejsza niż mogłoby się wydawać. Dobrze pokazała to debata z udziałem Francoisa Rosseta, Magdaleny Tulli, Joanny Przygońskiej i Justyny Sucheckiej. Dyskusja w Estradzie Poznańskiej odbyła się w ramach programu Nagrody Kościelskich.

Na dwa dni przed wręczeniem Urszuli Zajączkowskiej jednej z najważniejszych polskich nagród literackich – Nagrody Kościelskich 2017, organizatorzy zaprosili do włączenia się w dyskusję na temat promocji literatury, nie tylko w kontekście nagród. Jaka forma promocji jest najskuteczniejsza? Jak robić to na polskim rynku? I jak przyciągnąć tych, którzy przygodę z literaturą zakończyli na szkolnych lekturach? Te i wiele innych pytań było fundamentem rozmowy z zaproszonymi gośćmi, którzy choć cel mają wspólny, to jednak w wielu momentach znacząco różnili się w ocenach.

Debata, której moderatorem był Jarosław Borowiec – historyk literatury, redaktor i wydawca, nie przyniosła jednoznacznych rozstrzygnięć. I trudno się temu dziwić, skoro – co już na wstępie podkreślił Francois Rosset, literaturoznawca, tłumacz i prezes Fundacji im. Kościelskich – pojęcie literatury kryje wiele znaczeń:

Literatura sama w sobie, nie potrzebuje niczego. Zawsze się obroni i wszystko przetrwa. Jeżeli jednak spojrzymy na nią jako element życia społecznego, to jest już zupełnie inaczej… – zauważył, przypominając też o jej wymiarze edukacyjnym.

Takie rozgraniczenie okazało się punktem wyjścia do ciekawej rozmowy na temat kondycji literatury w Polsce. Na rynku o tyle specyficznym, że pod wieloma względami niewątpliwie zapóźnionym. Magdalena Tulli, pisarka, tłumaczka i laureatka Nagrody Kościelskich, zwróciła uwagę, że to „kim się na nim jest”, w największej mierze zależy od polityki wydawcy. Jej zdaniem, to, czy książka potrzebuje promocji, wcale nie zależy od tego, ile jest warta w sensie literackim.

Nie zawsze jest tak, że książka „trudna” to książka lepsza, i odwrotnie. Książka jest dla autora jak bilet na loterię, niesie ryzyko. Wydawca może ją chcieć, albo i nie… – mówiła Tulli.

 

 

O tym, jak ważna jest rola pośrednika pomiędzy autorem, wydawcą i czytelnikiem, opowiadała Joanna Przygońska, organizatorka wydarzeń literackich. Poddała w wątpliwość sens używania słowa „promocja” w kontekście literatury. W jej opinii, ma ono dość niezręczną konotację, bo w pierwszej kolejności kojarzy się z takimi terminami jak „rynek”, „sprzedaż” czy „komercja”, sprowadzającymi książkę do roli zwykłego produktu. Upowszechniać, zamiast promować – taką tezę wysunęła Przygońska, podkreślając też potrzebę, nie tyle upowszechniania konkretnych tytułów, ile lansowania szeroko pojętej kultury czytania. Brakuje jej w domach, ale również w szkołach, w których kanon lektur jest swoistym „archiwum kultury” – ważnym, jednak zwłaszcza w dzisiejszych czasach, zupełnie niewystarczającym. Zdaniem Tulli, polska szkoła nie stymuluje młodych ludzi do czytania książek, bo „braki w lekturze” mają… sami nauczyciele.

Zupełnie inny punkt widzenia na promocję literatury w polskim wydaniu przedstawiła dziennikarka Justyna Suchecka, twierdząc, że lęk przed używaniem słowa „promocja” w kontekście książek jest trochę nieuzasadniony. Chociażby dlatego, że w pewnym sensie – czy tego chcemy, czy nie – literatura zawsze będzie produktem. Na dodatek, fakt ten wcale nie odbiera innych znaczeń, związanych z jej podstawowymi wartościami.

Z obserwacji Sucheckiej wynika, że opinia, jakoby społeczeństwo zupełnie ignorowało to, co dzieje się u nas z literaturą, jest dosyć krzywdzące. Za przykład podała ostry sprzeciw i burzliwe dyskusje internautów, związane z wykreśleniem twórczości Czesława Miłosza z kanonu lektur. Na ważną rolę mediów, a co za tym idzie, sens promowania literatury przez pojawiające się w nich osoby, zwróciła uwagę Przygońska, niejako odpowiadając na pytanie o istotę mądrej promocji literatury, dostosowanej do wymogów współczesności. Ludzie z pierwszych stron gazet z książkami w ręce, całodobowe biblioteki na wzór Szwecji i zapewnienie czytelnikom przestrzeni do rozmów na temat przeczytanych pozycji – to tylko kilka z propozycji, jakie padły podczas dyskusji.

Choć książki zazwyczaj czytamy w pojedynkę, a literatura bardziej kojarzy się z przeżyciem indywidualnym niż zbiorowym, to właśnie z poczucia wspólnoty, „bycia razem przy literaturze”, tworzy się jej prawdziwa siła. Taką opinię wyraziła również Magdalena Tulli, która uważa, że najmądrzejsza promocja książek to taka, która jest blisko ludzi. – Najważniejsze są spotkania autorskie. Mądrze i ciekawie pomyślane. To nie pieniądz, ale bezpośredni kontakt z odbiorcą jest najważniejszy – zaznaczyła dobitnie. Wyraziła również swoje obawy, związane z polskimi nagrodami literackimi, których liczba wciąż rośnie.

Im więcej ich jest, tym mniej są one niezwykłe. Nagrody zapewniają rozgłos, jednak tylko tej jednej, wygranej. Cała reszta nominowanych idzie w odstawkę. A dlaczego maleje prestiż samej literatury? To zagadka, której nie rozwikłałam… – przyznała pisarka.

Debata pt. „Czy literatura potrzebuje promocji?” odbyła się w czwartek 12 października o godz. 18 w Scenie na Piętrze Estrady Poznańskiej w Poznaniu (ul. Masztalarska 8), zorganizowana została przez samorząd Województwa Wielkopolskiego.

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
0
Świetne
Świetne
0
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0