fot. archiwum Filharmonii Poznańskiej

Łukasz Borowicz… i dwie damy

Tytuł brzmi „pudelkowo”, mam tego świadomość, ale łączy dwa koncerty Filharmonii Poznańskiej, których bohaterami byli: dyrygent Łukasz Borowicz oraz dwie znakomite śpiewaczki – Katarzyna Hołysz i Simona Šaturová.

Pierwsza świeciła blaskiem podczas koncertu sylwestrowego, druga – karnawałowego. W sylwestra raczyliśmy się głównie melodiami z najpiękniejszych operetek, w karnawale ariami Mozarta i dźwiękami Symfonii D-dur nr 86 Josepha Haydna

Różne barwy operetki

Katarzynę Hołysz znam przede wszystkim jako heroinę opery. A tu raptem okazało się, że chyba równie dobrze czuje się w roli diwy operetkowej. Podczas wieczoru sylwestrowego w Filharmonii Poznańskiej była Hanną Glawari z „Wesołej wdówki”, Iloną z „Cygańskiej miłości” i Giudittą z „Giuditty” Franza Lehára oraz Sylvią z „Księżniczki czardasza” Imre Kálmána.

Jeśli do tego dodamy pieśni korespondujące z tym gatunkiem: „Plaisir d’amour” Jeana-Paula-Égide’a Martiniego, „Wien, Wien nur du allein” Rudolfa Sieczyńskiego oraz najbardziej znaną arię „Walc Caton” z zapomnianej opery Ludomira Różyckiego „Casanova”, powstaje niezwykła galeria operetkowych bohaterek.

 

Katarzyna Hołysz podczas koncertu sylwestrowego w Filharmonii Poznańskiej im. T. Szeligowskiego, fot. z archiwum Filharmonii Poznańskiej

W interpretacji Katarzyny Hołysz każda z nich była inna. W „Pieśń o Wilii” urzekła nostalgią, którą było słychać w głosie. W dwóch czardaszach – „Heia, heia in den Bergen” z operetki „Księżniczka czardasza” i „Kiedy skrzypki grają” z operetki „Cygańska miłość” – artystka dowiodła głosem i środkami aktorskimi, że czardasz niejedno ma imię.

Wiele bym dał, aby zobaczyć, jak Katarzyna Hołysz kreuje te operetkowe diwy na scenie. Pieśni rządzą się swoimi prawami, nie mają teatralnego kontekstu, a jednak artystka znalazła oryginalny pomysł na ich interpretację, tworząc za każdym razem niepowtarzalną miniscenkę.

Katarzyna Hołysz śpiewa pięknym dźwiękiem i skupia się na interpretacji. Kiedy jej bohaterka kocha – śpiewaczka pokazuje pazur, kiedy jest nostalgiczna – zmienia się w „samą słodycz”, a gdy uwodzi – staje się zmysłowa. Aktorstwo artystki idzie w parze z głosem (a tego wyjątkowego wieczoru także z suknią, biżuterią i uczesaniem).

 

Katarzyna Hołysz podczas koncertu sylwestrowego w Filharmonii Poznańskiej im. T. Szeligowskiego, fot. z archiwum Filharmonii Poznańskiej

Katarzyna Hołysz podczas koncertu sylwestrowego w Filharmonii Poznańskiej im. T. Szeligowskiego, fot. z archiwum Filharmonii Poznańskiej

Katarzynie Hołysz się wierzy od początku do końca. Uwierzyła jej także orkiestra Filharmonii Poznańskiej pod batutą Łukasza Borowicza. Emanowała takim samym blaskiem, jak głos solistki.

Równie pięknie zagrała utwory instrumentalne, które od lat grywa podczas koncertów sylwestrowych: „Pizzicato polka”, „Walc cesarski”, „Banditen-Galopp”, „Nad pięknym modrym Dunajem” czy „Marsz Radetzky’ego”.

Haydn z polorem, Mozart z chłodem

W karnawale oczekujemy zwykle koncertów lekkich, łatwych i przyjemnych. Nie wiem, czy sprostał temu wymaganiu wieczór zatytułowany „Gwiazdy światowych estrad”, podczas którego gościnią Łukasza Borowicza była słowacka sopranistka Simona Šaturová. Artystka najlepiej czuje się w repertuarze mozartowskim, ale śpiewa także w operach Donizettiego czy Belliniego.

 

Simona Šaturová w Filharmonii Poznańskiej im. T. Szeligowskiego, fot. archiwum Filharmonii Poznańskiej

Simona Šaturová w Filharmonii Poznańskiej im. T. Szeligowskiego, fot. archiwum Filharmonii Poznańskiej

Można ją spotkać na niemalże wszystkich ważnych scenach operowych i estradach koncertowych świata. Na koncert w Poznaniu wybrała dwie arie koncertowe i dwie arie operowe Wolfganga Amadeusa Mozarta.

Koncert Filharmonii Poznańskiej, który odbył się 22 stycznia 2021 roku, był wyjątkowy nie tylko ze względu na udział światowej gwiazdy. Łukasz Borowicz skonstruował go zupełnie inaczej. Podzielił Symfonię D-dur nr 86 Josepha Haydna – w ślad za kompozytorem – na cztery części. Pomiędzy wstawił wybrane arie Mozarta. Efekt? Rewelacyjny. Rzadko grywana Symfonia dostała moim zdaniem nowe życie. Zajaśniała nowym blaskiem.

 

Simona Šaturová w Filharmonii Poznańskiej im. T. Szeligowskiego, fot. archiwum Filharmonii Poznańskiej

Simona Šaturová w Filharmonii Poznańskiej im. T. Szeligowskiego, fot. archiwum Filharmonii Poznańskiej

Każda część stała się samodzielna, niczym arie, które je przedzielały. W odróżnieniu od innych symfonii Haydna, ta pozbawiona jest podtytułów, nie narzuca interpretacji, otwiera się na słuchacza, pozwala mu się domyślać, co autor chciał wyrazić swoimi dźwiękami…

Mnie najbardziej urzekła część III, którą bardzo celnie przed laty scharakteryzował Kacper Miklaszewski, że jest ona:

 

„prawdziwą opowieścią z dygresjami i kilkoma wątkami”.

 

Aczkolwiek, gdy się wsłuchamy w rozmach części I, epickość części III nie dziwi. Poszczególne sekwencje Symfonii D-dur nr 86 Josepha Haydna orkiestra Filharmonii Poznańskiej pod kierunkiem Łukasza Borowicza zagrała z polorem. Muzycy poznańscy w tej kompozycji wznieśli się na wyżyny i chyba trochę przyćmili gwiazdę.

Simona Šaturová śpiewała niezwykle szlachetnym dźwiękiem, ale powściągliwie. Mnie brakowało w jej interpretacji emocji. Niektórych mogło to nie razić, wszak estrada to nie scena operowa (zwłaszcza w ariach koncertowych). Ale w arii Donny Anny „Crudele, ah no mio bene…/ Non mi dir” z opery Don Giovanni po prostu wiało chłodem. Ktoś, kto wie, o czym śpiewa Donna Anna, ani przez chwilę nie uwierzył Šaturovej. Na tym samym poziomie emocji artystka wykonała arię Elettry „Chi mai…/ Idol Mio” z opery „Idomeneo”. O dziwo, dopiero w arcytrudnej arii koncertowej „Bella mia fiamma, Addio” śpiewaczka pokazała, że jej głos emanuje także emocjami i potrafi na estradzie stworzyć sytuację dramaturgiczną.

Brunetki, blondynki…

Odnosząc się do konwencji pierwszego koncertu, chciałoby się przywołać piosenkę Roberta Stolza napisaną dla Jana Kiepury. Każdy, kto wysłuchał i obejrzał w Internecie dwa bardzo różne koncerty, mógł wybrać, czy bardziej odpowiada mu Katarzyna Hołysz (blondynka), czy może Simona Šaturová  (brunetka). Jedno jest pewne: w obu przypadkach orkiestra pod dyrekcją Łukasza Borowicza grała świetnie.