fot. D. Tatarkiewicz

Mądrość pieśni dziadowskich

W archaicznych pieśniach dziadów – wędrownych śpiewaków kryją się uniwersalne prawdy zaskakująco aktualne. Współcześnie można je usłyszeć w wykonaniu Jacka Hałasa, który wędrując po całym świecie, wykonuje pieśni dziadowskie przy akompaniamencie liry korbowej i innych instrumentów. 

BK: Jak się zaczęła twoja przygoda z muzyką ludową?

JH: Z muzyką tradycyjną zetknąłem się najpierw w formie przetworzonej artystycznie. W okresie licealnym, przyszedł czas odwilży i spotkań z ludźmi – przede wszystkim związanych z teatrem. Krzysztof Czyżewski, w tamtym okresie aktor Teatru Gardzienice, pojawił się w Poznaniu i trafił do naszej szkoły, Liceum Plastycznego jako polonista. Charyzmatyczny mówca skupił wokół siebie grupę uczniów, zabrał nas też do Gardzienic na „Gusła”, jeden z najważniejszych spektakli tego teatru. Równolegle staraliśmy się uczestniczyć w „podziemnej” działalności Teatru Ósmego Dnia. To były silne przeżycia, takie, które kształtują nastolatka.

 

Krzysztof po odejściu z Gardzienic założył w Poznaniu grupę teatralną Arka, której byłem członkiem. To były początki „praktykowania” tradycji, ale wciąż w kontekście teatralnym.  Z Krzysztofem trafiłem do Teatru Wiejskiego Węgajty, zaprzyjaźniliśmy się z rodziną Sobaszków i Niklausów, kolejnych tutorów na krętej ścieżce odkrywania siebie. W tym też czasie skończyłem liceum plastyczne i zacząłem studiować w ASP.

 

BK: Musiało to mieć znaczenie dla twojego holistycznego podejścia do sztuki.

Tak. W akademii już od drugiego roku studiów miałem szczęście być w pracowni konceptualisty Jarosława Kozłowskiego, znakomitego artysty i człowieka. To była kolejna osoba bardzo ważna na mojej drodze – sekundując moim poszukiwaniom w obszarze „wiejskim” wciąż przypominał, że jeśli chcę być twórcą, to muszę dbać o to, by uczyć się też przekładać te „osobiste” odkrycia na uniwersalny język sztuki.

BK: A jak się zaczęła przygoda z muzyką?

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

JH: Krzysztof przeniósł się do Sejn, ja zaś z Alicją – żoną i najważniejszą partnerką muzyczną –   zostaliśmy w Poznaniu. Przyjaźń z Węgajtami rozwinęła się. Dla Węgajt muzyka była też ważnym narzędziem działań społecznych. Uczestniczyliśmy w zdarzeniach parateatralnych, związanych z kalendarzem tradycyjnym, a to się już wiązało ze spotkaniami z ludźmi na wsi. Muzyka miała swoje „imiona”, utwory pochodziły od konkretnych ludzi , od pana Janka, od Chabajki. W Węgajtach zawsze było dużo młodych, niepokornych, poszukujących. I traf chciał, że pojawił się też w tym czasie profesor Andrzej Bieńkowski, malarz i „alternatywny” etnograf, który pokazał nam swoje filmy z Radomszczyzny i opowiedział o muzykantach. 

 

To była szalona muzyka, taki „punk-folk-rock”, emanowała z tego niezwykła energia i… nas porwała. Założyliśmy wtedy Bractwo Ubogich – grupę indywidualistów (Janusz Prusinowski, Witek Broda, Ania Broda, Adam Strug, Remek Hanaj, Agata Harz i Hałasowie), która w tej formule przetrwała trzy niezwykle intensywne lata podróży, spotkań, przyjaźni. Bractwo z hukiem się rozpadło, ale – nieskromnie mówiąc – dało początek całemu ruchowi odrodzenia muzyki tradycyjnej w Polsce.

BK: Miejsc, w których można Cię zobaczyć i usłyszeć jest dużo. W jakich inicjatywach uczestniczysz?

JH: Podzieliłbym je na trzy sfery działań. Pierwsza to inicjatywy związane z siecią przyjaciół,  małe, lokalne, ale za to od Rosji po Hiszpanię. Mają dla nas dużą wartość, bo oprócz bardzo podstawowego wymiaru pielęgnowania i celebrowania przyjaźni, często jesteśmy nie tylko wykonawcami, ale także współtwórcami projektów. Jako przykład mogę przytoczyć wędrówkę szlakiem św. Jakuba, miesiąc artystycznego „pielgrzymowania”, w międzynarodowym kilkunastoosobowym zespole 250 km z północy na południe kraju. Albo francuskie przedsięwzięcie pod nazwą „Constellations ephemeres” na które złożyło się kilkanaście koncertów, spotkań i prezentacji realizowanych w maleńkich XII-wiecznych kościołach centralnej Francji.

 

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

Drugą sferę aktywności stanowią koncerty i festiwale, na których grywamy przede wszystkim z naszym głównym, najdłużej działającym zespołem „Muzykanci” (Alicja i Jacek Hałasowie, Joanna i Jan Słowiński), a ja jako pianista gram w etno-jazzowym „Lautari Trio” (Maciej Filipczuk, Michał Żak, Jacek Hałas). Byliśmy chyba we wszystkich krajach Europy, ale też w Korei, Chile, USA, Maroku, Indiach.

Trzecia ścieżka to aktywność teatralna – jako śpiewak współpracuję ze Scholą Teatru Węgajty, jako reżyser z poznańską Sceną Roboczą (niegdyś jako aktor z Teatrem Strefa Ciszy), najświeższy romans wiąże mnie z Teatrem Brama z Goleniowa. Komponuję też dużo muzyki dla teatru, czasami grywając ją na żywo, więc i z tego powodu zdarzyły się wspaniałe podróże, na przykład do Japonii ze spektaklem „Dziady/Sorsai” Jadwigi Rodowicz, czy objazd po Bałkanach ze spektaklem „Moja Bośnia” Jacka Głomba.

BK: Jedną z ważnych części twojego repertuaru stanowią tzw. pieśni dziadowskie. Historycznie dziad, śpiewak przypominał innym podstawowe prawdy życiowe, próbował poruszyć słuchaczy, dokopać się do stwardniałego serca. Taka była jego rola?

JH: Tak. Pieśni dziadowskie tropię od dwudziestu paru lat i interesuje mnie właśnie ich wymiar uniwersalny, dotyczący podstawowych pytań o kondycję człowieka. Na traktach Europy, gdzieś od XV wieku pojawili się śpiewacy zwani „dziadami”, którzy wędrowali od miasta do miasta, od wsi do wsi, wykonując pieśni o świętych, o cudownych objawieniach, o końcu świata i Sądzie Ostatecznym, o śmierci i pośmiertnej wędrówce dusz, historie oparte na wątkach biblijnych i apokryficznych oraz opowieści o rozmaitych tragicznych zdarzeniach. Bogaty i zróżnicowany repertuar pieśniowy dziadów charakteryzował się tym, iż funkcjonujące w nim teksty posiadały swoistą wymowę religijną. W obrazowy sposób ukazywały ogólnoludzkie prawdy, jednocześnie przypominając o wynikających z nich zasadach moralnych.

 

BK: To repertuar bliski moralitetom. Słowo „dziad” dzisiaj inaczej nam się kojarzy.

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

JH: Bo zmieniło swoje znaczenie. Do końca XIX wieku „dziad” był określeniem profesji, a nie biedaka. Istniały zrzeszenia, cechy dziadów-lirników, do których dostać się nie było łatwo, zaś przynależność do nich oznaczała też dość dobrą pozycję społeczną i niezależność finansową. Występy dziadów odbywały się przeważnie w przestrzeni publicznych: na zgromadzeniach, targach, w czasie odpustów, i nie stroniły od entourage’u teatralnego: głośnego dramatycznego śpiewu, łachmanów czy znamion kalectwa.

 

BK: Wykonywane przez nich pieśni często miały też charakter długich epickich opowieści.

JH: Bo wędrowni śpiewacy pełnili też ważną funkcję informatorów w czasach sprzed gazet. Ponieważ przemieszczali się (często po całej wschodniej Europie), mieli w swoim repertuarze coś, co dziś nazwalibyśmy „śpiewanym periodykiem”. Dziad regularnie pojawiał się w jakimś miejscu raz czy dwa w roku i opowiadał, co się dzieje w świecie. Samą postać dziada   lokowano „pomiędzy światami” – między światem zwykłych ludzi a tym należącym do  świętych, nawiedzonych. Dlatego śpiewacy ci bywali też przewodnikami przy różnego rodzaju obrzędach przejścia. Stąd to pokrewieństwo w nazewnictwie: dziad-śpiewak, i „dziady” jako nazwa spotkania z przodkami.

BK: Jakie ta wiedza miała znaczenie, kiedy komponowałeś muzykę do niedawnej premiery „Dziadów” Teatru „Wierszalin” w reżyserii Piotra Tomaszuka?

JH: Na pewno miała jako punkt wyjścia. I to nie tylko wiedz o „dziadach”, ale generalnie o wiejskiej obrzędowości. Połączenie erudycji i dociekliwości Tomaszuka z moją skromną wiedzą o ludowej muzyce poprowadziło nas w bardzo ciekawe i odkrywcze – mam wrażenie – odczytanie tekstu Mickiewicza poprzez jego muzyczność.

 

BK: Często grasz też muzykę taneczną. To powrót do gatunku, którego społeczna funkcja wydaje się już dziś zmarginalizowana.

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

JH: Ludzie przestali tańczyć, ścieżki komunikacji się zmieniły. Ale myślę, że warto próbować na nowo wykorzystywać tę muzykę jako klucz do spotkania, wzbudzania emocji, radości. Tu bywam nie tylko wykonawcą, czasem wymyślam nową muzykę do starych tańców, czasem odwrotnie. Punktem odniesienia jest dla mnie zawsze spotkanie z ludźmi. Tę aktywność praktykuję w różnych formach: od Domu Tańca, gdzie chodzi o wspólne spędzenie czasu w formie zabawy i powołanie takiej energii, która jej uczestnikom da zastrzyk energetyczny na wiele godzin, dni. Źródłem tych działań były inspiracje z wizyt w podobnych domach tańca w Bretanii, Irlandii czy u Madziarów na Węgrzech. Taniec tradycyjny wpisany był kiedyś immanentnie w życie społeczności i dotyczył różnych form jej funkcjonowania. Stąd nie ograniczam się w swoich poszukiwaniach i praktyce tylko do tańca w parach, jako reprezentatywnych dla polskiego folkloru, wykorzystuję też bardziej archaiczne tańce korowodowe, czy grupowe, pochodzące z tradycji dworskich, a „wchłonięte” przez wieś. Oprócz tego grywam też muzykę instrumentalną – taką, która mi się po prostu podoba, która wywołuje konkretne emocje – we mnie i słuchaczach.

 

BK: Wybór instrumentów, na których grasz, jest podyktowany wiernością tradycji czy z niektórymi wiąże Cię szczególna więź?

JH: Pierwszy był akordeon. Pojawił się za czasów Bractwa Ubogich. Alicja miała grać na akordeonie, a ja na basach, ale mi przychodziło to łatwiej, bo byłem kilka lat w ognisku muzycznym i „miałem klawiaturę w palcach”. Odwróciliśmy role, żona gra teraz na basach i perkusji, a ja na akordeonie. Ma on swoje wyjątkowe zalety, bo to swego rodzaju „orkiestra” w jednym instrumencie: sekcja rytmiczna w jednej ręce i melodyczna w drugiej, a usta wolne do śpiewu, więc pozwala mi w razie czego pracować samemu. 

 

Lira korbowa z kolei pojawiła się w wyniku moich poszukiwań pieśni dziadowskiej, bo wędrowni śpiewacy grali głównie na tym instrumencie. Poznałem w Krakowie znakomitego muzyka, Stefana Puchalskiego, który pewnego dnia zaprosił nas, żeby pokazać swój nowy instrument przywieziony z Węgier. To była właśnie lira korbowa. Kiedy “próbowałem” grać na niej i śpiewać, zgromadzeni zgodnie stwierdzili, że to instrument dla mnie. I przyjaciel – chcąc nie chcąc – przekazał mi tę lirę, która do dziś jest ze mną.

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

BK: Ciekawie jest obserwować, jak zmienia się stylistyka twojego wykonawstwa wraz ze zmianą instrumentu.

JH: Ekspresja jest integralnie związana z motoryką gry, która jest inna na akordeonie, a inna na lirze korbowej. Inne są też wibracje – fizyczne, które odczuwam jako grający i wyobrażone, które niesie ze sobą brzmienie i pewne zaplecze „mentalne”. Dlatego wciąż obłaskawiam nowe instrumenty o ciekawych brzmieniach: na przykład pasterskie fujarki czy drumle. Gram też na fortepianie. Nie jestem wirtuozem, ale lubię ten instrument. To taki „fortepian osobisty”, czasem preparowany (mam nawet malutkie podróżne pianino).

 

BK: Wszystkie twoje dzieci też na czymś grają. Czy dlatego, że wyrastały w muzycznej atmosferze?

JH: Tak myślę. Staraliśmy się podróżować w miarę możliwości całą rodziną. W międzyczasie udało się też namówić dzieci, by skończyły I stopień szkoły muzycznej na instrumentach, które sami sobie wybrali. Do dziś z nami współpracują, chociaż są już dorośli. Zrealizowaliśmy wspólnie oparty na dziadowskich pieśniach spektakl „Zegar bije”, który kilka lat graliśmy z powodzeniem w całej Europie. Teraz mamy rodzinny zespół „Noiseband” i grywamy koncerty, muzykę do tańca, czasem do spektakli teatralnych.

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

Jacek Hałas, fot. D. Tatarkiewicz

BK: Uczyłeś  się od kogoś techniki śpiewu ludowego?

JH: Nie. Podsłuchiwałem śpiewaków na wsi, uczestniczyłem w jakiś warsztatach śpiewu, ale uważam, że było to spontaniczne „odblokowanie”, taki kwantowy przeskok z „nie umie” do „umie”. Kiedy pracowaliśmy w Węgajtach nad różnymi zadaniami teatralnymi, jedno z nich polegało na tym, żeby coś opowiedzieć śpiewem. Postanowiłem opowiedzieć sny, które mi się wtedy często powtarzały. I w trakcie tego ćwiczenia i ogromnej koncentracji po prostu „klik” – otworzyło się. Od tamtej chwili śpiewam. Śpiewanie pełnym głosem wymaga przebicia się przez wewnętrzne blokady. Otwarcie głosu może też mieć wpływ na to, żeby otworzyć się na życie. Jeśli potrafisz śpiewać pełnym głosem, to możesz też sobie pozwolić na inne rzeczy. To się pewnie wiąże też z tym, co sobie w życiu postanowiłem: że chcę się zajmować rzeczami dla mnie ważnymi i w taki sposób mogę najwięcej zdziałać w świecie.

 

BK: Wykonujecie pieśni pochodzące z różnych kultur i regionów Polski, także tej o dawnych granicach. Czy macie w repertuarze utwory pochodzące z Wielkopolski?

JH: Tak, nie ma tego na razie zbyt wiele, głównie melodie taneczne. Ale powoli odkrywamy Kresy Zachodnie, dużo mniej znane i rozpoznane. Tym między innymi zajmuję się jako współpracownik Teatru Brama w ramach dużego transgranicznego projektu RegioActive, obejmującego województwo zachodniopomorskie, Meklemburgię i Brandenburgię. Szukamy punktów stycznych dla społeczności, artystów, animatorów, lokalnych grup i każdego, kto będzie chciał się stać jego częścią, a łącznikiem jest sztuka.

Jacek Hałas – Absolwent Akademii Sztuk Pięknych, muzykant, śpiewak, tancerz, kompozytor. Współtwórca wielu formacji muzycznych  (Reportaż, Bractwo Ubogich, Muzykanci, Kapela Hałasów, Ket Jo Barat, Lautari, Dżezbandyta, Kwartet Wiejski, Eastwind, Noiseband), projektów artystycznych  (Poznański Dom Tańca, Tikkun, Nomadzi Kultury) oraz teatralnych (z A3Teatr, Teatr Cinema, Teatr Strefa Ciszy, Teatr Węgajty, Schola Węgajty, Kimbri Teatret, Teatr Modrzejewskiej w Legnicy, Teatr Studio, Teatr Wierszalin). Zajmuje się tańcem korowodowym, tradycjami wędrownych śpiewaków, działalnością warsztatową i edukacyjną. Pisze i nagrywa muzykę dla teatru, filmu i tańca. Reżyseruje autorskie spektakle. Jego twórczość znaleźć można na kilkunastu płytach CD, winylach, w Bibliotece Narodowej, archiwach radiowych czy w sieci. Razem z żoną Alicją jako Nomadzi Kultury podróżują po Europie, realizując przedsięwzięcia z artystami z całego świata.