fot. P. Kosicki

Małe karnawały w czasach postu

Jakie jest dzisiaj miejsce karnawału w kulturze? Czy w czasach żałoby i zaciskania pasa karnawał ma rację bytu? O tym, że dawne tradycje nie są archaiczne, ale mogą być przedmiotem współczesnej refleksji mówi profesor Przemysław Rotengruber, kulturoznawca i filozof. 

Barbara Kowalewska: W znanej książce „Homo ludens” Johan Huizinga stawia tezę, że zabawa jest źródłem kultury. Jak pan to postrzega jako filozof i kulturoznawca?

Przemysław Rotengruber: Zabawa radość, twórczość to cechy ludzkie. Bez nich nie doświadczamy w pełni naszego człowieczeństwa. Natomiast nie jestem pewien, czy Huizinga miał rację, dokonując takiego zawężenia. „Homo ludens” to nadmiernie wyeksponowana przez niego cecha definicyjna człowieka.

 

Owszem, jesteśmy ludźmi zabawy, ironistami, aktorami. Jesteśmy jednak nie tylko nimi.

W sporze o pożądany stan kultury oraz naturę człowieka bliżsi są mi Friedrich Nietzsche i Sigmund Freud. U obu tych autorów człowiek pojawia się w wielu aspektach. U Nietzschego mamy rozdarcie między kulturą apollińską opartą na dyscyplinie, codziennej pracy, podporządkowaniu się normom (również tym związanym z czasem żałoby) a kulturą dionizyjską, obejmującą to wszystko, co nas wyzwala ze schematu, pozwala nam się zdystansować od spraw powszednich, a poprzez dystans zmieniać nasze podejście do nich.

Dotyczy to także naszego stosunku do śmierci – możemy boleć nad przemijaniem lub widzieć jego pozytywne aspekty. Tak uczynił Heidegger – uczeń Nietzschego.  

 

Przemysław Rotengruber, fot. Paweł Kosicki

Uważał on, że skoro nasza egzystencja ma swój kres, to właśnie nakierowanie na ów kres sprawia, że każda przeżywana przez nas chwila może być cenna. Świadomość własnej skończoności nie tylko pomaga nam zerwać z wszechobecnymi pozorami stałości – takimi jak moda czy preferowana doktryna filozoficzna – lecz przede wszystkim skłania nas, by zatroszczyć się o czas, który nam pozostał. Dopiero to czyni nas zdolnymi od tego, by zmieniać świat. Freud z kolei uważał, że naszym życiem rządzą dwa popędy – Tanatos i Eros. Tanatos, bóg śmierci, symbolizuje zdolność do obrony własnego terytorium, Eros natomiast związany jest z tworzeniem.

Konrad Lorenz twierdzi, że pod koniec życia Freud traktował oba popędy jako siły wzajemnie ze sobą powiązane: o tyle możemy być twórczy, o ile potrafimy się przeciwstawić temu, co tej twórczości zagraża.

 

BK: Po co nam karnawał? Jakie ma znaczenie dla społeczeństw świata?

PR: Po co karnawał? Dionizje organizowane były przez Greków, Bachanalia przez Rzymian, my mamy karnawał. Tych, którzy uważają, że jest to zbyt śmiałe porównanie, odsyłam do XVIII-wiecznego „Opisu obyczajów…” ks. Jędrzeja Kitowicza.

 

Ludzie szukają stanów ekstremalnych po to, by – od czasu do czasu – zdystansować się do powszednich obowiązków… z pracą na czele.

Podążając tym tropem, nie należy traktować karnawału jako ucieczki przed trudami życia, lecz jako historycznie ewoluujący przepis na ich lepsze znoszenie. Łącząc poglądy Nietzschego i Freuda, uczciwa praca nie jest możliwa bez momentów oderwania się. Nie muszą one mieć charakteru zabawy. Ważne jest, by dawały nam możliwość odrywania się od ról społecznych, w które wcielamy się na co dzień.

Pamiętam scenę z serialu „Tajemnica twierdzy szyfrów”, w której kryptologom niemogącym poradzić sobie z powierzonym im zadaniem szef zaproponował wspólne pójście na wódkę. Ta zmiana perspektywy, reset umysłu, pozwoliła im inaczej spojrzeć na problem. Powrócili do pracy wolni od skojarzeń krępujących ich myślenie.

 

Przemysław Rotengruber, fot. Paweł Kosicki

Jest jeszcze inna kwestia. Mój ukochany filozof Jürgen Habermas w swojej pracy habilitacyjnej zatytułowanej „Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej” ukazał położenie społeczeństw zachodnich w czarnych barwach. Uważał, że w ich praktyce politycznej miejsce obywateli zajęły masy – na wzór mas antycznych – niepragnące niczego poza chlebem i igrzyskami. Tę opinię Habermas wyraził w 1962 roku. Tymczasem, przyszedł rok ’68 a po nim lata 70. Obywatelski potencjał społeczeństw zachodnich ujawnił się z całą mocą. To skłoniło Habermasa do zmiany poglądów – miejsce krytyki nowoczesnego projektu społecznego zajął zamiar jego „dokończenia”.

Zdaniem Habermasa człowiek współczesny  wywiązuje się ze swoich powszednich zobowiązań wynikających z przynależności do państwa zdefiniowanego jako system administracyjno-gospodarczy. W tym systemie wciela się on w rozmaite role – nauczyciela, księgowego, policjanta – z których trudno uwolnić się mu w życiu prywatnym.

Krańcowe stadium tego procesu Habermas nazywa „kolonizacją świata życia przez system”. Uważa jednak, że tak być nie musi. Przeciwwagą dla działań systemowych jest nasza umiejętność dobrowolnego stowarzyszania się. Możemy razem spędzać czas – śpiewając w chórze, bawiąc się w teatr, działając w kole gospodyń wiejskich. Niemiecki filozof w tym widzi szansę na normalność – na zachowanie przez wspólnoty zachodnie ich zdolności podejmowania decyzji dotyczących ich preferencji politycznych, moralnych i estetycznych.

 

BK: W wielu kulturach świata karnawał został wpisany w rytm roku kalendarzowego. W jakiś sposób porządkowało to życie codzienne. Czy dzisiaj ma to jeszcze rację bytu?

PR: Karnawał jako obyczaj i jako sposób na kierowanie społeczeństwem był zawsze potrzebny. My uważamy, że ciężko pracujemy. Naprawdę ciężko pracowali jednak nasi przodkowie. Pracowali ciężej, otrzymując w zamian niewiele.

 

Przemysław Rotengruber, fot. Paweł Kosicki

Trzeba więc było uporządkować życie, tak aby było w nim miejsce na odpoczynek. Po to wymyślono niedzielę i inne święta, temu służyły reformy św. Grzegorza I Wielkiego. Podzielił on rok liturgiczny na różne pory – te, w których był czas na pracę, post i modlitwę i te, kiedy można było lepiej zjeść i zabawić się. To nie przypadek, że o nim wspominam. Grzegorz I, zanim został papieżem, był benedyktynem.

U benedyktynów mamy do czynienia z pewnym ekstremum, związanym z praktykowaniem życia duchowego. Benedyktyńskie wychowanie ukształtowało postawę Grzegorza I. Elementy życia zakonnego przeniósł on w świeckie realia. Dziś można by go uznać za patrona menedżerów. Zajął się bowiem nie tylko powierzoną mu instytucją, lecz także sprawami zwykłych ludzi odnajdującymi w jej przestrzeni przepis na łączenie – w obrębie roku liturgicznego – ich różnorakich potrzeb.

 

BK: Dzisiejszy świat cywilizowany raczej dąży do kumulowania przyjemności i konsumowania czasu, wysiłek jest pojęciem przereklamowanym. Post wydaje się archaiczny.

PR: Dzisiaj padamy ofiarą nadmiaru swobód obejmujących nasz dostęp do dóbr konsumpcyjnych. Wydaje nam się, że są one źródłem szczęścia. Tymczasem jest inaczej. Nie umiemy z nich korzystać, nie potrafimy przykręcić sobie śruby. Mamy dostęp do wszystkiego, czego dusza zapragnie. Niestety, to nam nie pomaga.

 

Czego potrzebowałby zatem współczesny człowiek? Być może ekwiwalentu dawnych obciążeń i ograniczeń.

Niekiedy musimy zadowolić się ich sztucznymi odpowiednikami – siłownią zamiast pracy fizycznej, dietą zamiast oszczędności. Warto jednak  po nie sięgać. Jeśli nie ma wyrzeczeń, nie ma także Dionizji. Dystansowanie się  od obowiązku ma swoją cenę. Kiedy przychodzi czas na karnawał, nie potrafimy się bawić. Być może instynktownie wyczuwamy, że nie zasłużyliśmy sobie na to.

 

BK: Historycznie rozmaite karnawały służyły też odreagowywaniu swojego miejsca w strukturze społecznej przez różnego rodzaju ludyczne wydarzenia, jak np. średniowieczne „święta głupców”. Odbywały się one w pewnych społecznie usankcjonowanych ramach. Czy dziś miałyby sens?

PR: Mówisz o bachanaliach, o święcie żaków, o trefnisiu u boku władcy, któremu wolno było z niego żartować – tak, to były zawory bezpieczeństwa. Stanowiły one przeciwwagę dla tego, co działo się na serio. Podstawową kwestią była konwencja, w której to się działo – swoisty „hyde park”, odgrodzony płotem od ulicy. Jeśli ktoś nie chciał, to nie musiał tam wchodzić. Dzisiaj zatarła się granica po obu stronach.

 

Przemysław Rotengruber, fot. Paweł Kosicki

Równie wiele do życzenia pozostawia naigrawanie się ze spraw poważnych, co dominujące w praktyce społecznej sposoby załatwiania owych spraw. Dotyczy to na przykład mechanizmu legitymizacji przywództwa politycznego. Kiedy ktoś ma 30 lat, to powinien najpierw nauczyć się czegoś, a później piąć się po szczeblach kariery stosownie do kwalifikacji posiadanych na danym etapie rozwoju zawodowego. Dziś okazuje się to niepotrzebne.

Wysokie stanowiska państwowe obejmują osoby rozpoczynające naukę zawodu w instytucji, którą mają kierować. Jeśli więc politycy stroją żarty z samych siebie, to po co nam jeszcze trefniś.

 

BK: Czy w czasach pandemii, gdy śmierć jest tak blisko, a my jako społeczeństwo nie przeżywamy żałoby, karnawał ma rację bytu? Jak poradzić sobie wobec tego, co budzi grozę?

PR: Społeczeństwo już udzieliło odpowiedzi na pytanie o to, jak żyć w covidowych czasach. Dla wielu obywateli kluczem do normalności jest wyparcie – z jakichś powodów nie chcą oni przyjąć do wiadomości, że zmarło tak wiele osób.

Mówisz o poczuciu grozy, które ci towarzyszy, ponieważ odnosisz to do własnego człowieczeństwa. Dla ciebie jest to najwłaściwszy sposób przeżywania tego, czego doświadczamy jako zbiorowość. Ktoś inny woli zapomnieć o kruchości życia, wyszydzić to, co mu o tym przypomina. Wierzy, że odrywając się od tego, może uporać się z przemijaniem. Covid nas przeraził, ale też zderzyliśmy się z bezsilnością rządzących. Trudno więc dziwić się zwykłym ludziom, że unikają żałoby.

 

BK: Śmiech wydaje się jednak równie potrzebny, żeby nie zwariować.

PR: Przypomina mi się historyjka ze „Szkiców spod Monte Cassino” Wańkowicza. Opisuje on atak, w trakcie którego żołnierze przylgnęli do ziemi. Znaleźli się pod tak silnym ostrzałem karabinów maszynowych, że nie byli w stanie się ruszyć. Wydawało się, że to już koniec, że Niemcy ich wszystkich zastrzelą. Wtedy usłyszeli głos dowódcy stojącego nad nimi. Podniósł do góry but i powiedział: „O, chłopcy wdepnąłem w gówno, będę miał szczęście”. Po tym dowcipie żołnierze wstali, ponownie ruszyli do ataku i wygrali. Postanowili nie skupiać się na ryzyku śmierci, lecz na tym, żeby wygrać bitwę.

 

BK: Pewnie potrzebujemy jednego i drugiego. Jeśli uznamy, że to co jest poważne, jest poważne, możemy też sobie pozwolić na dystans i śmiech. Nawet najgorsze czasy nie zabiły w ludziach potrzeby zabawy. Jak żyć między grozą a karnawałem?

PR: Gdyby odnieść to zagadnienie do przykładów historycznych, można by o nim napisać książkę. Zagłoba mawiał:

 

„Dziś pijesz, jutro gnijesz.”

 

Pierre Cambronne pod Waterloo miał odpowiedzieć Brytyjczykom:

 

„Gwardia umiera, ale się nie poddaje.”

 

W getcie warszawskim oraz w obozach koncentracyjnych w cenie były dowcipy o rozpaczliwej sytuacji, w jakiej znaleźli się osadzeni tam Żydzi. Jedno nie wyklucza drugiego.

 

Przemysław Rotengruber, fot. Paweł Kosicki

Groza, o której rozmawiamy w związku z covidem, powinna towarzyszyć nam zawsze. Heidegger pisze o trwodze, którą tylko nieliczni sobie uświadamiają. Jesteśmy istotami, które zmierzają od narodzin ku śmierci. Trwoga jest więc stanem ducha najpełniej określającym nasz stosunek do świata. Nie wszyscy jednak chcą przyjąć do wiadomości, że są śmiertelni. Na własną zgubę. Heidegger wyjaśnia to za pomocą fenomenu będącego pochodną trwogi. Jest nim troska o czas, który nam pozostał. Możemy go zmarnować lub wykorzystać na zrobienie czegoś dobrego dla siebie i innych.

Jest jeszcze inna perspektywa, wskazana przez Epikura. Lubimy skupiać się na tym, czego brakuje nam do szczęścia. Epikur proponuje odwrócenie perspektywy polegające na wyobrażaniu sobie stanu gorszego od obecnego – kłopotów z prawem, poważnej choroby, problemów najbliższych. Czyż wtedy nie pragnęlibyśmy powrócić do tego, na co obecnie narzekamy? To zmienia nasz pogląd na to, czym jest szczęście. Kiedy spojrzymy na nie oczami Epikura, jawi się ono nam jako wolność od przykrości. Warto to sobie uświadomić, zanim owe przykrości nadejdą.

 

BK: Jakie więc „karnawały” w czasach postu? Kiedy „zabawy huczne”, a kiedy „drobne święta”?

PR: Przyznam się, że obce mi są te rozróżnienia. Tańczyć nie umiem i nie lubię. Z tego powodu zabaw hucznych nie urządzam. Ważny dla mnie jest kontakt z ludźmi, choćby kontakt polegający na współpracy z nimi.

 

Atrakcyjność i produktywność powszednich interakcji przekłada się wprost na jakość mojego życia.

Tu powracają zaproponowane rozróżnienia. Spotkanie z drugim człowiekiem nazwałbym „drobnym świętem”. Karnawałem natomiast jest stan, kiedy spotkania się sumują i przynoszą efekty w postaci wspólnych dokonań. Nietrudno domyślić się, że post jest stanem przeciwnym. Nie zawsze mamy czas na budowanie relacji z otoczeniem, nie zawsze otoczenie jest zainteresowane kontaktem z nami. W takich chwilach pozostaje wierzyć, że nadejdzie kolejny karnawał. Pozostaje wierzyć oraz robić wszystko, by tak się stało. Kolejny karnawał nadejdzie bowiem pod warunkiem, że dobrze wykorzystamy czas postu.

 

Przemysław  Rotengruber  – doktor habilitowany, profesor UAM, etyk, kulturoznawca. Studia w klasie kontrabasu w Akademii Muzycznej im. I.J. Paderewskiego w Poznaniu, z zakresu filozofii oraz nauk o poznaniu i komunikacji (doktorat) na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Od 1993 r. pracownik UAM, obecnie kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa na Wydziale Antropologii i Kulturoznawstwa. Członek założyciel Polskiego Towarzystwa Kulturoznawczego, członek założyciel i wiceprzewodniczący polskiego oddziału European Business Ethics Network. Główne obszary badań: etyki stosowane, teoria kultury. Najważniejsze publikacje książkowe: Ideologia, anarchia, etyka. Dyskurs ponowoczesny a „dialog” (2000); Perspektywy społecznego porozumienia. Pragmatyka dyskursu władzy (2006); Dialogowe podstawy etyki gospodarczej (2011, wersja anglojęzyczna 2019); Państwo, region, debata publiczna. Dylematy integracyjne i rozwojowe wspólnoty lubuskiej (2018); Cultural Course Correction or Back to the Past? (2021).

 

Podziel się kulturą!
Ciekawe
Ciekawe
1
Świetne
Świetne
1
Smutne
Smutne
0
Komiczne
Komiczne
0
Oburzające
Oburzające
0
Dziwne
Dziwne
0