fot. Marta Konek, na zdjęciu Bernadeta Violetta Kulińska

Małe nie znaczy gorsze

W bibliotece najważniejsze są czytelnik i książka. Wszystko inne jest działalnością dodatkową. Czytelnik przychodzi do biblioteki, bo chce czytać. I muszą na niego czekać nowe, aktualnie ukazujące się na rynku pozycje, żeby nie wyszedł z przeświadczeniem, że biblioteka nie nadąża za duchem czasu. O tym, jak wygląda praca w bibliotece w najmniejszej gminie powiatu pilskiego opowiada Bernadeta Violetta Kulińska.

Violetta Bernadeta

 

Jako jedyna z szóstki rodzeństwa urodziła się w szpitalu w Wyrzysku. Cała reszta rodziła się w domu - najstarszy syn w Gawlikach (gmina Dobrotwór, województwo tarnopolskie) na Kresach, pozostali już w nowej, powojennej Polsce.

Z jej narodzinami wiąże się jeszcze taka historia, że ksiądz miał wątpliwości, czy imię, jakie jej rodzice chcieli nadać podczas chrztu należało do jakiegoś świętego. Dlatego została Bernadetą Violettą, choć przez całe życie nikt na nią Bernadeta nie mówił.

 

Dla wszystkich jest Violettą – dla rodziny, przyjaciół i czytelników.

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

Rodzice Emilia i Władysław Jaskuła do Wolska trafili po długiej wojennej tułaczce. On został wywieziony na roboty do Niemiec. Ona z Gawlików została wysiedlona, do Polski jechała bydlęcym wagonem z synkiem i rodzicami. Wieźli tylko to, co w rękach zdołali unieść, bo Niemiec im jedynego konia zabrał gdy jechali na pociąg i zostali na polnej drodze z samą furmanką.

Emilia Jaskułowa trafiła do Dębicy. Władysław Jaskuła po zakończeniu wojny zaczął szukać rodziny przez Czerwony Krzyż. Mały nawet taty nie pamiętał, więc gdy spotkali się na jakimś targowisku, Emilia mówiła do dziecka:

 

"Zobacz Tadziu, to twój tata".


Te opowieści z Kresów i powojennej Polski towarzyszyły Violetcie od dzieciństwa. Śmieje się, że historia lubi zataczać koło:

 

"Babcia ze strony mamy była potomkinią osadników holenderskich. Dzisiaj mój syn na stałe mieszka w Holandii." – mówi

 

Dziadkowie ze strony taty wyjechali do Argentyny. 

 

"To chyba takie wspólne doświadczenie dla mieszkańców Kresów, które pokazane zostało w filmie „Sami swoi”. Nasze kości też się będą po świecie szukać – zamyśla się, a potem dodaje – Te kresowe geny wpływają chyba też na to, jak postrzegamy świat. Jak nam ktoś krzywdę zrobi, to wybaczymy, ale na pewno nie zapomnimy."

Krajeńska łąka, fot. Marta Konek

Krajeńska łąka, fot. Marta Konek

Krajna - miejsce do życia

 

Emilia i Władysław szukali nowego miejsca do życia. Trafili do Wolska (gmina Miasteczko Krajeńskie). Ojciec wyszukał to miejsce z kuzynem, pod strachem jechali i pytali miejscowych, czy aby na pewno tu jest jeszcze Polska.

 

Jaskułom dostało się ostatnie wolne gospodarstwo, najbardziej zaniedbane. Takie, którego żaden z repatriantów nie chciał.

Przyszli do Wolska w listopadzie. Nie mieli opału, nie mieli niczego. Violetta mówi, że trzyma w domu wykaz sprzętu, jaki znajdował się w domostwie. Była to komoda z lustrem, szafa dwudrzwiowa, skrzynia, jedno łóżko i stół. Mamie udało się przewieźć z Gawlików niewielką figurkę Matki Boskiej.

Violetta mówi, że dzieciństwo miała szczęśliwe. Pamięta babcię Agnieszkę, która siedziała na ławeczce przed gankiem, albo zabierała ją paść krowy na łąki. Pamięta ojca, który saniami zajeżdżał zimą do Miasteczka Krajeńskiego, żeby ich ze szkoły odebrać.

Nie wie dlaczego do Miasteczka chodzili, bo przecież w Wolsku też była szkoła, ale rodzice musieli mieć w tym jakiś zamysł.

 

Ja już nie pamiętam czasów, kiedy w Wolsku nie było prądu, ale moje rodzeństwo uczyło się przy lampach naftowych. – mówi

 

Krajeńska łąka, fot. Marta Konek

Krajeńska łąka, fot. Marta Konek

Pamięta też jak ojciec przed wyjściem do pracy do Miasteczka (a pracował w GS-ie i przy tartaku), brał kosę i szedł na łąki trawę kosić zanim się konnej kosiarki dorobili.

 

Dzisiaj to nawet trudno sobie wyobrazić, że jeden człowiek taki kawał łąki mógł skosić – zamyśla się - mieliśmy plantację porzeczek. My je zrywaliśmy, a rodzice oprócz przyborów do szkoły kupowali nam coś, co było przedmiotem pożądania na wsi. 

 

Violetta wspomina, że któregoś roku ojciec kupił im radio tranzystorowe, żeby przy hakaniu buraków mogli słuchać relacji z Wyścigu Pokoju. Bo kiedyś Wyścig Pokoju to było prawdziwe wydarzenie, które odrywało ludzi od roboty i o którym się dyskutowało! A tak dzięki pomysłowi ojca młodzi Jaskułowie radio stawiali między rządkami i hakali dalej.

Książki

 

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

Pierwsza książka, jaką pamięta z dzieciństwa to baśnie Andersena z takimi strasznymi, smutnymi ilustracjami. Bała się, ale z zapartym tchem czytała kolejne historie. Mówi, że wnuczki po niej mają tą łatwość wzruszania się i przeżywania losów bohaterów.

Kolejne książki pojawiały się a to za sprawą rodziców, którzy regularnie prenumerowali Zielony sztandar, Gazetę Pomorską czy Przyjaciółkę, a to za sprawą starszego rodzeństwa.

 

Później zapisała się do szkolnej biblioteki i wtedy to już w ogóle świat książek stanął przed nią otworem.


Ósmą klasę skończyła z wyróżnieniem. Nie udało jej się załatwić papieru, że będzie miała gdzie odbywać praktykę zawodową, więc zaczęła naukę w liceum ogólnokształcącym. Dopiero później ojciec zdobył stosowne zaświadczenie w Gminnej Spółdzielni w Białośliwiu i mogła się przenieść do wymarzonego ekonoma w Pile.

Kiedy była w maturalnej klasie, w czasie stanu wojennego zmarł jej tata. Zostały z mamą same na gospodarstwie, bo starsze rodzeństwo zdążyło wywędrować w świat.

Biblioteka

 

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

W maju zdała maturę. Od 1 lipca poszła do pracy w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Pile. Miesiąc pracowała w dziale gromadzenia i opracowania zbiorów, a potem przeniesiono ją do wypożyczalni dla dorosłych.

 

Praca pod okiem Marii Bochan to była prawdziwa szkoła bibliotekarstwa.

Młode adeptki bibliotekarstwa uczyły się od starszych, nabierały nawyków koniecznych do pracy z księgozbiorem, a pani Bochan pilnowała, by jej dziewczyny nieustannie podnosiły kwalifikacje. Violetta ukończyła kurs w Centrum Ustawicznego Kształcenia Bibliotekarzy w Jarocinie, a potem dwuletnie studium bibliotekarskie w Poznaniu.


Później miała chwilę przerwy na dzieci, ale już na końcówce urlopu wychowawczego zaczęła pracę w filii Biblioteki Gminy Białośliwie. Pod okiem Grażyny Skarweckiej pracowała w Miasteczku Krajeńskim.

W grudniu 1991 roku Miasteczko Krajeńskie stało się na powrót samodzielną gminą. Wtedy to filia białośliwskiej biblioteki zyskała status Gminnej Biblioteki Publicznej w Miasteczku Krajeńskim. Biblioteka zmieniła także siedzibę – z budynku przy ulicy Dąbrowskiego 16, księgozbiór został przeniesiony do budynku na ulicy Kościuszki. W międzyczasie remontowano budynek domu kultury przy ulicy Dąbrowskiego 39.

 

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

"Biblioteka była pierwszą instytucją, która się do niego wprowadziła. Przez te przeprowadzki każdą książkę miałam co najmniej cztery razy w ręku." – opowiada

 

Do 2006 roku Violetta była pracownikiem Urzędu Gminy na stanowisku inspektora ds. Gminnej Biblioteki Publicznej w Miasteczku Krajeńskim. W 2006 roku biblioteka stała się odrębną instytucją i pani Kulińska została dyrektorem. W międzyczasie ukończyła studia licencjackie w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Bydgoszczy na kierunku „Bibliotekoznawstwo i informacja naukowa”, a potem studia magisterskie na UMK w Toruniu.

 

Byliśmy pierwszą biblioteką w powiecie (po bibliotece w Pile), która miała księgozbiór wprowadzony do bazy internetowej i automatyczną obsługę czytelników – w małej, liczącej zaledwie 3200 mieszkańców gminie, to prawie wyczyn.

Tym bardziej, że dyrektor jest jedynym merytorycznym pracownikiem w instytucji.

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

Bernadeta Violetta Kulińska, fot. Marta Konek

Każda książka jest opisana w systemie, czytelnik może wyszukać ją w katalogu dostępnym on-line, zarezerwować, przedłużyć czas wypożyczenia. 

 

"Czytelnicy mają też wolny dostęp do półek, ale i tak mówią – niech pani mi coś ciekawego podpowie. Mają do mnie zaufanie, a ja znam moich czytelników, znam ich gust i wiem, jaką książkę im podsunąć."

 

Violetta mówi, że miała to szczęście, że włodarzami gminy były osoby, które wiedziały, że biblioteka musi mieć pieniądze na zakup książek. Jak dołożyć do tego wsparcie z Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa to efekt jest taki, że biblioteka w Miasteczku Krajeńskim ma w zbiorach nowości, które dopiero co pojawiły się na rynku i książki, które potrzebne są studentom i nauczycielom. 

 

"Staram się odpowiadać na zapotrzebowanie czytelników. Czuję, że moja praca ma sens, gdy nasi młodzi mieszkańcy studiujący w Poznaniu czy Bydgoszczy zaczynają szukanie książek od biblioteki w rodzinnym Miasteczku Krajeńskim." – opowiada

 

"Książki są drogie. Wśród czytelników mam osoby, które dawniej kupowały mnóstwo książek, ale teraz ich na to nie stać. Ludziom jest trudno. Przychodzą do biblioteki, bo to jedno z niewielu miejsc, gdzie ciągle można dostać coś za darmo."

Violetta twierdzi, że człowiek który czyta cokolwiek, stoi o niebo wyżej od osoby, która nie czyta w ogóle. Czytanie rozwija wyobraźnię, poszerza horyzonty. Sprawia, że świat nie jest czarno-biały, ale posiada różne odcienie szarości.

 

"Violetta edukację czytelniczą zaczyna już wśród przedszkolaków."

 

Linia kolejowa, Krajna, fot. Marta Konek

Linia kolejowa, Krajna, fot. Marta Konek

Ciepło robi jej się na sercu, gdy te jej pierwsze przedszkolaki przyprowadzają do biblioteki swoje dzieci i wspominają, jak to pani czytała im bajki i opowiadała świat.

 

Czasami oczy szeroko otwiera, gdy któryś z autorów książek, którego gościła na spotkaniu z czytelnikami, trafia do kanonu lektur szkolnych.

Tak było z Marcinem Pałaszem, autorem „Sposobu na elfa”, który był na spotkaniu w Grabionnej. Czytelnicy z małego Miasteczka Krajeńskiego mieli okazję do spotkania między innymi z Barbarą Gawryluk, Andrzejem Grabowskim, Stanisławem Srokowskim.

 

"Kiedy pracowałam w Pile to marzyło mi się, żeby pracować w bibliotece, w której będę miała wpływ na wszystko. To marzenie się spełniło. W Miasteczku Krajeńskim wybieram książki, kupuję je, przygotowuję do udostępniania, udostępniam, a kiedy ulegną zniszczeniu ubytkuję. Na 3200 mieszkańców gminy ponad 700 to moi czytelnicy. Cały księgozbiór jest w systemie, co roku kupuję nowe książki. Myślę, że mogę być dumna z mojej biblioteki." – puentuje.

 

Sama sprawdza, co w danym roku pojawi się w programie nauczania i dba o to, żeby dzieci znalazły w bibliotece potrzebne lektury.

 


"Czytający w gminie są jak rodzina. Znamy się, znamy swoje czytelnicze gusta."

 

Krajeńska łąka, fot. Marta Konek

Krajeńska łąka, fot. Marta Konek

Violetta mówi, że co roku bierze udział w akcjach „Mała Książka, Wielki Człowiek”, „Narodowym Czytaniu” i „Nocy Bibliotek”.

Podczas pandemii nie mogła zostawić swoich czytelników bez książek. Zorganizowała biblioteczną kwarantannę dla tytułów wracających od czytelników, zorganizowała bezpieczny system wypożyczeń. Zamknięci w domach ludzie czytali więcej i trzeba było na to zapotrzebowanie odpowiedzieć.

 


"Od dwudziestu lat organizowaliśmy spotkania wigilijne dla samotnych mieszkańców naszej gminy. W tym roku po raz pierwszy ze względu na pandemię nie możemy się spotkać i podzielić opłatkiem." – dyrektor Kulińska podkreśla, że to więź z czytelnikami, z mieszkańcami gminy, nadaje jej pracy sens


"Nie mam wygórowanych oczekiwań od życia. Moje szczęście to moje wnuki. Każdy ma swój kąt w moim domu, swoje rzeczy, ulubione miejsca."

Marzenia

 

Violetta dzieli się refleksją, że w życiu każdego zdarzają się takie sytuacje, które przewartościowują patrzenie na to, co jest ważne, a co jest zupełnie nieważne. Dla niej taką sytuacją była choroba męża. Jeśli czegoś chce od życia, to zdrowia, spokoju, możliwości obserwowania jak dorastają wnuki.

 

Krajeńska łąka, fot. Marta Konek

Krajeńska łąka, fot. Marta Konek

I tego, żeby do końca życia mogła mieszkać na tym swoim kawałku ziemi pomiędzy wzgórzami morenowymi, linią kolejową a łąkami doliny Noteci.


Mówi, że nie wyobraża sobie, żeby mogła zamieszkać gdzie indziej. 

 

"Rodzice wpoili mi szacunek do pracy, do tego, co wytworzone. Nic się nie mogło zmarnować."

 

Violetta mówi, że dlatego uprawia warzywa i owoce w swoim ogrodzie, utrzymuje dziesięć kurek. Ma psa i koty. Gdy przyjeżdżają wnuki, dzieli się z nimi przetworami i wiedzą o dobroczynnym działaniu ziół. Dzieciaki piją soki z pokrzyw i liści selera. Babcia parzy im herbatki z własnoręcznie nazbieranych ziół – mięty, majeranku, czarnego bzu, forsycji. Łąki nad Notecią to prawdziwa ziołowa enklawa, a do tego przyrodniczy raj.

"Wiosną wychodzę wieczorem na podwórko i słyszę głosy tysięcy przelatujących ptaków. Latem obserwuję bociany, które mają gniazdo na słupie przy moim domu i dudki zalatujące do ogrodu. Jesienią słyszę porykiwanie jeleni podczas rykowiska. Zimą czasami na łąkach można zobaczyć wilki i łosie – tu jak nigdzie człowiek czuje się częścią przyrody. Nabiera pokory, umiejętności cieszenia się z małych rzeczy."

 

"Nie umiem mówić o sobie, to jest trudne. Jestem, bo jestem. Prosta dziewczyna ze wsi, twardo stąpająca po ziemi."

 

Gdy czasem traci cierpliwość, bo życie nie zawsze układa się zgodnie z planami, zanurza się w świat książek. A potem pyta się po kilka razy – na pewno tego chcesz? Ale czy na pewno tego chcesz? I zwykle życie układa się lepiej, niż sama by to zaplanowała.