fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Marie, piękna volksdeutschka

Udając volksdeutschkę, od września 1942 roku przewoziła pomiędzy Warszawą, Poznaniem a Berlinem tajną pocztę z materiałami wywiadowczymi. Na przykład plany u-bootów. Chowała je w walizce z podwójnym dnem.

Można powiedzieć, że była rówieśniczką wolnej Polski. Urodziła się w Berlinie w 1918 roku. Pochodziła z mieszanej polsko-niemieckiej rodziny, po niemiecku mówiła niczym rodowita Niemka. Przed wybuchem wojny mieszkała jednak w Poznaniu. Tu uczyła się w Miejskiej Szkole Handlowej. Tu wyszła za mąż za kupca Janusza Rappa.

 

Idylla szybko prysła. Jesienią 1939 roku zostali wysiedleni do Generalnego Gubernatorstwa. Dwa lata później zmarł jej mąż.

Najlepszy strzał wywiadu

Polski wywiad nie przepuścił takiej okazji.

 

„Miała dwadzieścia dwa lata, włosy koloru zboża, czarujący, trochę melancholijny uśmiech. Żałoba po mężu, czarna sukienka, podkreślała jeszcze jej urodę. Równie ładnie wyglądała na fotografiach, które wklejaliśmy do fałszywych dokumentów, wyprawiając ją do Rzeszy jako kuriera wywiadu AK” – tak zapamiętał ją Stanisław Jankowski „Agaton”, szef Wydziału Legalizacji i Techniki w Oddziale II Komendy Głównej Armii Krajowej.

Już we wrześniu 1942 roku pojechała po raz pierwszy jako kurierka wywiadu Armii Krajowej. Z polską kenkartą i przepustką, którą Rapp wystawiła sobie sama na prawdziwe nazwisko. Od fałszerzy dokumentów spod znaku AK dostała pisma polecające i kartki żywnościowe. Dojechała nie tylko do Poznania – ale do Berlina.

 

Marie Rapp, fot. z archiwum autora

Marie Rapp, fot. z archiwum autora

Nawiązała tam cenne kontakty. Zatrzymując się u ciotki, której syn służył na pancerniku „Tirpitz”, spotkała się z młodym porucznikiem Kriegsmarine, który akurat przyjechał na urlop do rodziny. A że piękna kuzynka mu się z miejsca spodobała, pochwalił się zdjęciami pancernika. I opowieścią o swojej służbie.

Dzięki jego gadatliwości Marie Springer określiła liczbę załogi pancernika, ilość samolotów i kaliber dział okrętu. Dowiedziała się wreszcie, że „Tirpitz”, chroniony przez potrójną sieć przeciwtorpedową, stoi w jednym z norweskich fiordów. Jego nazwę młody Niemiec również wyjawił. Marie zdobyła nawet kilka zdjęć okrętu od zabujanego w niej oficera.

Informacje Marie Springer, przekazane do Londynu, okazały się bezcenne. Pancernik został zaatakowany przez miniaturowe okręty podwodne i uszkodzony. Unieruchomiony do listopada 1944 roku, został ostatecznie pokonany dwoma 4,5-tonowymi bombami Tallboy”, zrzuconymi z brytyjskich bombowców Lancaster.

Niemka z gardłowym „r”

W następną podróż do Niemiec pojechała już na fałszywych AK-owskich papierach: jako Marie Springer, volksdeutschka. „Mówiła po niemiecku jak rodowita Niemka, z charakterystycznym gardłowym »r«” – wspominał „Agaton”.

 

Od września 1942 roku Marie jeździła do Rzeszy co miesiąc, aż do maja 1943 roku. Kursowała na najtrudniejszych kierunkach: do Berlina, Hamburga, Heidelbergu, Hanoweru, Ludwigshafen, czy Saarbrücken. Doskonale mówiła po niemiecku, miała wiarygodne papiery. A ponieważ była przy tym elegancka i śliczna, wychodziła z licznych opresji. Opanowana i odważna, miała też wiele szczęścia.

 


Od Polaków z fabryki „Hannover-Stöcken”produkującej akumulatory do okrętów podwodnych – Marie Springer dowiedziała się o wielkości produkcji oraz uzyskała plany miasta. Alianci przeprowadzili dzięki nim skuteczny nalot na zakłady.

Aresztowanie

W marcu 1943 roku Zofia Rapp wyszła znowu za mąż – za Jana Kochańskiego (pseudonim „Maciek”), cichociemnego w Wywiadzie Ofensywnym Armii Krajowej. Akurat wtedy siatka kurierów zerwała się i załamała. Aby uniknąć wsypy, Zofia – w ciąży – pojechała z mężem do Lwowa. To tam dostał bowiem nowy przydział jej ukochany. Od teraz nazywali się Maciej i Zofia Zubowiczowie.

 

Lwów, gmach Gestapo, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Lwów nie okazał się dla nich szczęśliwy. W niedzielę 1 listopada 1943 roku nad ranem do mieszkania weszli uzbrojeni Niemcy. Kochański – w trosce o ciężarną żonę – nie stawił oporu. Trafili na gestapo. Gdy ich rozdzielono, Zofia szybko ułożyła sobie „legendę”: jest naiwną, przestraszoną kobietą w ciąży, która nie zdawała sobie sprawy z  konspiracyjnej działalności męża. Nie przyznała się nawet do znajomości niemieckiego. Podczas pierwszego przesłuchania domagała się tłumacza. Gestapowcy jej nie uwierzyli. Ale jej nie pobili.

Podczas konfrontacji z mężem dowiedziała się, że Niemcy wiedzą wszystko. Zmieniła więc taktykę: przyznała się, że zna niemiecki. I że jeździła do Rzeszy, dostarczając kartki żywnościowe Polakom wywiezionym na roboty przymusowe.

Ucieczka

Grała na czas, wiedząc, że zbliża się termin porodu. Chcąc uniknąć pobicia, obiecała śledczym, że wskaże miejsca w niemieckich miastach, w których spotykała się z Polakami.

 

Defilada żołnierzy niemieckich przez poznańskim zamkiem, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Gdy do terminu porodu pozostało 6 tygodni, wprowadziła Niemców w błąd, że termin mija za dwa tygodnie. Symulując bóle porodowe, trafiła jednak nie do szpitala – a do obozu dla Żydów na ulicy Janowskiej. Do baraku z chorymi na tyfus Żydówkami. Tam cudem przeżyła likwidację pacjentów obozu przez własowców i szaulisów (litewskich faszystów) pod dowództwem gestapowców.

Po powrocie do więzienia umieszczono ją w izolatce, na oddziale męskim. Znowu symulując ciężki poród, znalazła się w końcu w szpitalu. Leżała w sali na wysokim parterze. Mimo dziewiątego miesiąca ciąży poradziła sobie – tuż obok łazienki odkryła żelazne drzwi do piwnicy. Kilka dni później przez kotłownię, portiernię i bramę uciekła na ulicę. Tramwajem dojechała do mieszkania Marii Strońskiej, od której dostawała grypsy w więzieniu.

Gestapo szalało z wściekłości, ale nie było w stanie jej odnaleźć.

Syna Maćka urodziła 4 stycznia 1944 roku Warszawie, ukryta w prowadzonym przez siostry zakonne „Macierzyństwie” na Hożej. 16 lutego 1944 roku cichociemny „Maciek”, mąż Zofii i ojciec dziecka, został rozstrzelany w ruinach getta.

Trzeci mąż

Ukrywała się do wybuchu powstania warszawskiego. Z płonącej stolicy wyszła z chorym na odrę Maciusiem w 40-stopniowej gorączce. Przeszli przez obóz w Pruszkowie. Potem znowu ucieczka – i koniec wojny.

W 1946 roku mimo „zainteresowania” ze strony majora Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Jacka (Józefa) Różańskiego uniknęła aresztowania przez służby nowej władzy.  Ukrywała się na tej samej ulicy, przy której mieszkał Różański.

 

Widok zewnętrzny Domu Żołnierza Polskiego w Poznaniu, późniejszej siedziby Gestapo, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Widok zewnętrzny Domu Żołnierza Polskiego w Poznaniu, późniejszej siedziby Gestapo, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

W tym samym roku poznała w Gdańsku starszego o trzy lata Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, oficera Armii Krajowej i uczestnika powstania, dwukrotnie odznaczonego Virtuti Militari. Pobrali się w 1948 roku. Nie mieli własnych dzieci, wspólnie wychowywali Maćka. Zofia wróciła z rodziną do Poznania, zamieszkała z mężem przy Wrocławskiej.

Według dokumentów byłej UB, w 1947 roku Ścibor-Rylski został zarejestrowany przez Urząd Bezpieczeństwa jako TW „Zdzisławski”. Nieżyjący już dziś generał zaprzeczył, jakoby inwigilował żonę – twierdził, że współpracę z UB podjął celowo, by wyciągać od ubeków informacje zagrażające jego byłym towarzyszom broni. Swoje spotkania z UB miał relacjonować żonie.

W 1963 r. przenieśli się do stolicy. Zofia Rylska prowadziła warsztat rzemieślniczy w Warszawskiej Spółdzielni „Reflex”. Dopiero w 1991 roku TVP nakręciła o niej film dokumentalny. Zofia Rapp-Kochańska-Rylska zmarła w 1999 roku.

 

Piotr Bojarski – pisarz i publicysta, autor m.in. powieści „Coraz ciemniej w Wartheland”.