fot. prywatne archiwum Elżbiety Zdrojowej-Krawiec

Młodość wierzy, że może więcej

„Dorastając w latach osiemdziesiątych, można było poczuć się jak zbawca, człowiek z misją i kreator wolności. Młodzież tak się czuła, aż do wprowadzenia stanu wojennego. Wtedy, aż do 1989 roku, traciliśmy nadzieję. A właśnie w tym czasie zaczynało się dorosłe życie – praca, ślub, dzieci, walka o byt, a czasami emigracja” – mówi Elżbieta Zdrojowa-Krawiec.

Sebastian Gabryel: Dokładnie pięć lat temu ukazała się pani książka pod tytułem „Nie machaj do mnie czerwoną chorągiewką”. Jak napisał jeden z recenzentów, opowiada ona „o poszukiwaniach siebie w świecie, który na to nie pozwalał”. Czego ludzie dorastający w latach osiemdziesiątych mogą zazdrościć dzisiejszej młodzieży? Stawiania pierwszych kroków w dorosłość w poczuciu wolności?

Elżbieta Zdrojowa-Krawiec*: Zgadzam się, że świat początku lat osiemdziesiątych w Polsce nie pozwalał znaleźć własnej drogi i zaskoczył nastolatków. Bohaterowie książki uczyli się w najlepszym liceum w mieście. Jak wszyscy wtedy i dziś chcieli zdać maturę, dostać się na studia. Mieli bezpieczny – cóż z tego, że szary i zamknięty – świat.

 

W komunistycznej rzeczywistości słuchali muzyki, czytali poetów amerykańskich, a w konsulacie oglądali „Hair”.

Elżbieta Zdrojowa-Krawiec, fot. prywatne archiwum Elżbiety Zdrojowej-Krawiec

Wszystkimi sposobami wydzierali się z tej klatki na wolność. I nagle ktoś w szkole zaczął zbierać pieniądze na mszę za Katyń, o którym nikt nie słyszał. Podczas wakacji Ewa, główna bohaterka, spotkała chłopaków z węgierskiej szkoły. Mieli kolorowe kurtki i długie włosy. Ich wygląd stał się pierwszym powiewem wolności. To właśnie oni powiedzieli jej o strajkach nad morzem. I już nie było wyjścia, lawina ruszyła. Skończyło się dzieciństwo i zaczęła dorosłość, w którą wkraczano po omacku. Dorastając w latach osiemdziesiątych, można było poczuć się jak zbawca, człowiek z misją i kreator wolności. Młodzież tak się czuła, aż do wprowadzenia stanu wojennego. Wtedy, aż do 1989 roku, traciliśmy nadzieję.

 

A właśnie w tym czasie zaczynało się dorosłe życie – praca, ślub, dzieci, walka o byt, a czasami emigracja.

Kilka lat życia w trudach dnia codziennego, w poczuciu przegranej, mogło sprawić, że życie ze sobą stawało się rozczarowujące. Dzisiejszej młodzieży można zazdrościć tego, że urodziła się wolna. Myślę, że to wielka wartość, która od urodzenia definiuje nasze człowieczeństwo. Moje pokolenie pragnęło tej wolności, a gdy już staliśmy się państwem, które jeszcze kilka lat temu podziwiali Europejczycy, wiedzieliśmy, że mieliśmy w tym jakiś udział.

 

SG: Nie wiem, czy pani się ze mną zgodzi, ale to chyba symptomatyczne, że dziś tak wiele mówi się o depresji wśród młodych ludzi. To mogłoby wskazywać na to, że choć mają wolność, jakiej w tym wieku pani pokolenie nie miało, to zupełnie nie wiedzą, co z nią dla siebie dobrego zrobić. Jak pani na to patrzy ze swojej perspektywy?

EZ-K: Tak, to prawda, o depresji wiele się dzisiaj mówi i na szczęście się ją leczy. To ciężka choroba, na którą młodzi ludzie z mojego pokolenia też chorowali. Ale wtedy, często niezdiagnozowana, nienazwana oraz ukrywana, wydawała się nieobecna.

 

Dzisiejsi nastolatkowie urodzili się wolni.

Ale ostatnie kilka lat pokazało, jak mylne jest przekonanie, że to wystarczy, by czuć się wolnym. W zeszłym roku z wdzięcznością patrzyłam na młodych ludzi, którzy bronili swoich praw i godności, także w moim imieniu. Druga część książki pt. „Taniec na pustym moście” też jest o młodzieży.  Myślę, że gniew młodych ludzi bierze się stąd, że zabiera im się wolność, nie pozwala decydować o sobie – coś im się każe, nie dając wyboru. Ostatnio młodzież przekonała się, że mając wszystko, można nie mieć nic. Ich start w dorosłość zrobił się trudny, stąd tak bardzo potrzebują nadziei, uwagi i pomocy.

 

SG: Dekada, w którą przenosi pani czytelnika „Nie machaj do mnie czerwoną chorągiewką”, cieszy się w popkulturze ogromną popularnością. Jednak czerpie ona nie z wszechobecnej szarości, jaka panowała wówczas w Polsce, ale z „różowych lat osiemdziesiątych”, w których bawił się Zachód. Czuliście niesprawiedliwość, swego rodzaju złość, że przyszło wam dorastać w rzeczywistości Barei, tak dalekiej od tej rodem z klipów Cyndi Lauper?

EZ-K: Może zaskoczę odpowiedzią, ale nie czuliśmy złości czy niesprawiedliwości, że przyszło nam dorastać w takich czasach. Innych nie znaliśmy. Szarość nie równała się stagnacji czy rezygnacji. W 1979 roku w poznańskiej Arenie odbywały się koncerty Muzyki Młodej Generacji. To tam zobaczyłam Korę. Konsulat amerykański organizował pokaz filmu „The Wall” zespołu Pink Floyd. Exodus koncertował ze swoją płytą „Ten najpiękniejszy dzień”, odbywały się pokazy zachodnich filmów w ramach Dyskusyjnych Klubów Filmowych.

 

Intuicyjnie czuliśmy, że chcemy żyć inaczej.

Być może, gdybym obracała się w kręgu dyskotekowych świateł, miałabym większy problem, ale wtedy tamten świat był mi obcy. Rozrywką stawało się chodzenie po antykwariatach i wyszukiwanie „poetyckiej żółtej serii”. Rozmowy o życiu stawały się główną częścią naszych spotkań i myślę, że one sprawiły, że mieliśmy świadomość zmian. W liceum protestowaliśmy na przerwach, milcząc – to były tzw. „ciche przerwy”. Na manifestacjach, ubrani na czarno, przyczepialiśmy mały elektryczny opornik, drukowaliśmy ulotki. Nie baliśmy się, raczej czuliśmy dumę i mieliśmy wiarę w to, że zmienimy ten świat. Młodość taka jest – wierzy, że może więcej.

 

Podczas mojego spotkania z młodzieżą zaskoczenie i współczucie wywołał fakt, że pierwszą colę w szklanej butelce piłam jako dorosła osoba, dżinsy kupiłam „z paczki”, a następne za talony w Peweksie.

Ale wtedy to nie miało znaczenia, co nie znaczy, że nie staraliśmy się oryginalnie ubrać. Farbowaliśmy tetrę, zawiązując supełki gumką, by powstały wzory. Codziennie, na zmianę, staliśmy w kolejce pod Okrąglakiem, mając nadzieję, że dostaniemy upragnione buty zamszaki, tzw. „szczury”. Gdy otworzyły się drzwi, biegliśmy po kręconych schodach na piąte piętro. Ja nigdy nie miałam szczęścia, dlatego buty wykonał mi miejscowy szewc.

 

SG: W ramach stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury wyda pani drugą część swojej książki. Czego po „Tańcu na pustym moście” mogą spodziewać się czytelnicy, którzy poznali już historię Ewy?

Elżbieta Zdrojowa-Krawiec, fot. Janusz Jurek

Elżbieta Zdrojowa-Krawiec, fot. Janusz Jurek

EZ-K: Po trzydziestu latach od stanu wojennego niektórzy prorocy z młodych, gniewnych lat obrośli w kurz. Dla innych, nieobojętnych na siebie – ludzi i świat – wciąż ważne są wartości, takie jak tolerancja i godność. To książka o kobietach i miłości, która przenosi góry, ale też potrafi kłuć i poszarpać. W głębi, a czasem w tle, pokazany jest świat, który dyktuje warunki i sprawia, że droga do spełnienia własnych pragnień staje się ślepą uliczką. Kobieca solidarność to nie tylko podobne odczuwanie, spędzanie czasu, wyjazdy i pogaduszki przy winie. To przede wszystkim walka o swoje prawa wyszarpywane zębami. To dzięki kobiecej przyjaźni czasami łatwiej zatrzymać się, zmienić kurs lub iść dalej, bez względu na wszystko. Książka została napisana na gorąco, latem i jesienią ubiegłego roku.

 

SG: Choć pani twórczość można określić mianem retrospekcyjnej powieści historycznej, to podejrzewam, że nie pisze pani wyłącznie do swoich rówieśników. Dlaczego warto po pani książki sięgnąć również czytelnikom młodszego pokolenia? Pytam, bo mam wrażenie, że może to pozwoliłoby spojrzeć im na swoje życie, swoją rzeczywistość, realia, w jakich dziś się znajdują, z nowej, może skłaniającej do refleksji perspektywy?

EZ-K: Tak, zgadza się. Obie części pisałam, by pokazać ludzi, którzy idą drogą w głąb siebie. Czasami pokonują wyboisty kawałek, by zmierzyć się z własnymi uczuciami. W pędzie posiadania, zamykania oczu na wiele niewygodnych spraw, czasami trudno stać się częścią samego siebie. Młodsi czytelnicy poznali rzeczywistość lat osiemdziesiątych pokazaną w beletrystyczny sposób.

 

Wiem, że ich to zaciekawiło. Ale też – co było dla mnie zaskoczeniem – większość zgodnie stwierdziła, że „tak naprawdę niczym się nie różnimy”, „i wtedy, i dziś potrzebujemy bliskich ludzi, miłości, szacunku, pieniędzy i własnego kąta”.

Jestem ciekawa, jak na drugą książkę spojrzą moi rówieśnicy. Mam nadzieję, że historie Ewy, Adama, Joli, Wioli, Debory, Karola, Piotra, Gochy i innych będą tymi, które wpisując się w naszą rzeczywistość, skłonią do refleksji nad własnymi wyborami.

 

SG: Oprócz wydania „Tańca na pustym moście’’ w ramach przyznanego stypendium zrealizuje pani cykl spotkań warsztatowych z czytelnikami, których głównym tematem będzie rozwój osobisty. W jaki sposób zamierza pani je przeprowadzić i do kogo przede wszystkim są one adresowane?

EZ-K: „Taniec na pustym moście” ukaże się jesienią. Chcę spotkać się z czytelnikami – tymi nastoletnimi i starszymi – by porozmawiać o drodze do siebie. Dla każdego przecież jest ona inna i trwa w każdym wieku. Życie w zgodzie z własnymi uczuciami wymaga poznania własnych potrzeb, często tłumionych lub niemożliwych do spełnienia. Podczas spotkań chcę również czerpać z doświadczeń innych kobiet – zresztą myślę, że to właśnie kobiety będą głównie czytelnikami moich książek. Mam nadzieję, że w sylwetkach bohaterów będą mogły choć trochę odnaleźć siebie – dziecko wyrywające się w świat i dorosłego człowieka, który w każdym momencie swojego życia może być tym, kim zechce. Własna wolność jest najważniejsza. Zawsze powinniśmy mieć wybór.

 

*Elżbieta Zdrojowa-Krawiec – ukończyła Akademię Ekonomiczną w Poznaniu oraz matematykę na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracowała jako nauczycielka matematyki w gimnazjum. W 2005 roku zdobyła wyróżnienie w konkursie gazety „Wysokie Obcasy” na opowiadanie o pierwszej miłości. Jej lata studenckie przypadły na czas strajków studenckich i wprowadzenia stanu wojennego. Jako obserwatorka i uczestniczka tych wydarzeń w swoim debiucie literackim z 2016 roku pt. „Nie machaj do mnie czerwoną chorągiewką” ukazuje świat uczuć tych, którzy w 1980 roku mieli osiemnaście lat. Jesienią tego roku ukaże się kontynuacja powieści – „Taniec na pustym moście”.